niedziela, 4 października 2015

Exodus


Wanda Szczypiorska















Słychać było huk ognia, trzask palącego się za nimi domu a one leżą w kartoflisku. Inne domy płonęły również, ale głosy, krzyki były stłumione. Tam byli przecież Niemcy i coś się działo, coś strasznego. Leżały nieruchomo, dziecko też, nie odważyłyby się podnieść głowy. Udało im się uciec jakimś cudem, zrządzeniem losu chyba, zabrały nawet kołdrę i poduszkę, a także dokumenty, bo ten ich domek był ostatni, może pierwszy licząc od strony lasu i nieco na uboczu, a więc wiedziały co sie dzieje. Dom wynajęty był na lipiec. W sierpniu nie było już powrotu. Z daleka widać łunę nad Warszawą. Jeszcze pod koniec lipca dziadek ich odwiedził, a potem wracał w tamtą stronę. Wtedy widziały go ostatni raz, nie wiedząc jeszcze o tym, a mimo to jak gdyby przeczuwały, bo stały i patrzyły za nim dopóki gdzieś nie zniknął daleko. Dziewczynka zapamięta to na całe życie. Dziadka, jak się odwraca, macha ręką, raz, drugi, trzeci, a potem już go nie ma. Wydawał jej się jakiś inny, niecodzienny, ubrany w spodnie pumpy i narciarskie buty. Nigdy go więcej nie zobaczy. 
 
Leżały w kartoflisku nieruchomo, Maria i matka Marii sparaliżowane strachem, a dziecko się nie bało, a może tego nie pamięta? Pamięta tylko zapach ziemi i to że leży w kartoflisku. Matka na wyciągniecie ręki, a babka dalej, niewidoczna. Słychać krzyki, strzały, warkot odjeżdżających samochodów . A jednak minie sporo czasu zanim ośmielą się poruszyć. Domu już nie ma, komin tylko sterczy. Coś się dopala. Cisza. Potem okaże się że oprócz nich jest jeszcze tamtych dwoje, ona i on. Też przeleżeli w kartoflisku. Tamci nie wiedzą co się stało i one też nie wiedzą. Nie ma nikogo. Wieś jest pusta. 
 
Kiedy podeszły do pogorzeliska było już dobrze po południu, bo wszystko to zaczęło się o świcie. Z domu pozostał tylko komin, piec kuchenny i osmolone garnki, a na jabłonce upieczone jabłka. Nie ma już ani jednego domu we wsi, a one przecież muszą spędzić jakoś noc. Wydaje im się że na skraju lasu jest bezpieczniej. Tamtych dwoje uciekinierów też tak sądzą, wchodzą na rozłożystą sosnę, myślą, że będą niewidoczni z dołu. Pod lasem jest głęboki suchy rów, Maria rozkłada kołdrę w rowie. Czuje strach, rozpacz, ale i determinację,. Jest jakieś jutro, coś musi przecież postanowić, uciekać, ale gdzie? Trzeba przeczekać noc. Kulą się obok siebie na dnie rowu lecz nawet nie próbują zasnąć. To co dziewczynka zapamięta i co kojarzyć jej się będzie zawsze z ogniem, strachem, nocą spędzoną w tym wilgotnym rowie, to komary.

O świcie tamci dwoje, którzy spędzili noc na sośnie odchodzą w swoja stronę, a one musza przejść przez las. Za lasem gdzieś są inne podwarszawskie wsie, tory kolejki do Podkowy Leśnej, gdzie ktoś udzieli im pomocy, bo tam się schronił wuj z rodziną. Przez las, wydaje im się, będzie najbezpieczniej. W lesie było AK. (Kiedyś powstańczy oddział gotował na podwórku zupę w kotle). Są głodne, ale nic nie ma do jedzenia. Lasu nie znają. Lato to nie był odpowiedni czas na wałęsanie się po lesie, gdzieś tam stacjonowało NSZ, ludzie mówili o tym z niepokojem. Ścieżka prowadzi przez głęboki jar, ale donikąd, kończy się na wysokim wyrobisku. Trzeba wyjść z jaru iść na ślepo. Trochę na zachód trochę na południe . Babka jest chora, nie ma sił, ale nie mówi o tym, idzie. Idą przez gęste chaszcze, tak bezpieczniej, bo Niemcy pewno będą szukać tych, którzy zdołali uciec ze wsi. To się dzieje. Słychać szczekanie psów. Jeszcze daleko, ale być może idą tyralierą? Wiec Maria musi wepchnąć obie w krzaki, przykryć liśćmi, bo nic innego nie ma, sama się chowa obok, tobołek z kołdrą też upycha. Leżą. Tamci są coraz bliżej, bliżej, słychać już na wyschniętej ściółce szelest kroków. 
 
Dziewczynka widzi buty, widzi psa, wydaje się że żołnierz jest tuż, tuż, lecz on ich jakby nie dostrzega. Kiedyś pomyśli sobie o nim, że może nie chciał ich zobaczyć, co można wiedzieć o człowieku? Niemcy przechodzą, cichnie szelest kroków, a one leżą i czekają. Wrócą, nie wrócą? Chyba nie. Wreszcie podnoszą się ostrożnie, idą dalej. Gdzieś przecież musi być brzeg lasu. Nie były w lesie same. To tu, to tam ktoś się przemyka, jacyś ludzie, równie jak one zdezorientowani. 
 
A potem las się kończy, jest ściernisko, dalej chałupy, gospodarze. Wiedzą już o spaleniu wsi. Podobno kara za AK, tak mówią. Maria nie prosi o nic do zjedzenia, nie potrafi. W jednej z chałup mają na sprzedaż chleb, nie za pieniądze, za pierścionek. Maria zdejmuje z palca ten z szafirem, zostały jeszcze dwa. Chleb jakiś dziwny, szary w czarne cętki. Ktoś mówi; z trocin. Ale smaczny. Krąży pogłoska, że w sąsiedniej wsi jest jadłodajnia RGO. To dość daleko, to kawałek drogi. 
 
Stara kobieta idzie z trudem, Maria nie może pomóc, niesie tobołek z kołdrą, niesie małą. Wydaje się, że trwa to bardzo długo, a przecież to dopiero przedpołudnie. Maria spogląda na zegarek. Kiedyś dostała go od męża. Złoty, grawerowany, cenny. Dobrze że miała go na ręku. Jest jedenasta, Nie wiadomo, czy dojdą do Podkowy Leśnej jeszcze dziś. Ludzie mówią, że to trzydzieści kilometrów. Po drodze jest miejscowość letniskowa, gdzie urządzono jadłodajnię. Muszą tam dotrzeć i coś zjeść. To dawna szkoła, w sali porozstawiane stoły obok kuchnia. Dostają zupę z dyni, bardzo smaczną, wydaje się najlepszą jaką kiedykolwiek jadły. Ale czy będą miały siłę dalej iść? Babka mówi, że nie da rady, a Maria jest bezradna. Rozmawia z tym i owym, ci ludzie jakby są bez twarzy, obojętni. Ale pogłoski się rozchodzą. Podobno jest tu taki chłop, gotowy podwieźć ich furmanką. Musi się zebrać więcej osób. I oczywiście nie za darmo. Pieniędzy nie chce, woli kosztowności. Maria idzie z nim porozmawiać, może się za pierścionek uda, ale nie. Tamten pierścionka nie chce, to za mało za trzy osoby. Widzi złoty zegarek. Za zegarek, tak. Ale zapłatę chce od razu, zostawi żonie, bo przecież nigdy nie wiadomo, czy nie rozwalą ich po drodze. Maria daje zegarek chłopu. Ostatnią rzecz jaka została jej po mężu.

Z woźnicą pertraktuje kilka osób, ci, którzy jeszcze coś tam mają. Wreszcie ładują się i moszczą, wyruszą późnym popołudniem, będą jechali nocą, tak bezpieczniej. Wóz na drewnianych kołach jest nieduży, deski, tobołki, kilka kobiet, starców. Ciągnie go jeden koń. Podobno musza skręcić w boczną drogę, wiec podskakują na wybojach. Siedzieć na deskach niewygodnie, ale jadą. Na drogę jest bochenek chleba wytargowany za pierścionek. Mają co jeść zanim odnajdą szwagra. Bo szwagier przed powstaniem coś przeczuwał albo wiedział, wynajął w lecie stryszek na wsi gdzieś w okolicy tej Podkowy Leśnej i chyba jest tam jeszcze z żoną i teściową. Miały od niego wiadomości .

Ta podróż nocą nie pozostaje im w pamięci. Chwilami chyba drzemią na siedząco. Boją się myśleć o czymkolwiek, bo myśleć można tylko o najgorszym. Maria się zastanawia jak ukroi chleb nie mając noża. Pytać nie będzie, kto ma nóż, chlebem się przecież nie podzielą z nikim. Świta. Wkrótce okaże się, że dalej już nie jadą. Chłop boi się i koń zmęczony nie da rady. Podkowa Leśna niedaleko. Brwinów też, więc złażą z wozu po kolei. Maria bezradna, zrozpaczona, nie wie gdzie są. Muszą iść dalej same. Dadzą radę. Bagaż to tylko kołdra i poduszka. Mają na sobie ciepłe płaszcze, które zdążyły chwycić wybiegając z domu. Mijają jakieś gospodarstwo. Ktoś już nie śpi, wychodzi z wiadrem na dwór. Maria mówi niegłośno
    - Proszę pani.
Kobieta nie jest zaskoczona
    - Co tam?
    - Czy do Żółwina tędy? – pyta Maria
   - Za lasem – mówi tamta wykonując niewyraźny gest . Maria prosi o wodę. Kobieta niezdecydowana, wreszcie wynosi wyszczerbiony kubek, idą do studni, piją wodę z wiadra.

Uczucie ulgi, a więc są już blisko. Na miejscu znajdą szwagra. Pewno porobił znajomości. Umiał poradzić sobie w każdej sytuacji. Rzadki sosnowy las, piaszczysta droga, wydaje się, że lżej się będzie szło pomimo niepewności, co ich czeka. A jeśli tam nikogo nie ma, to co wtedy? Las jakby nie miał końca. Wreszcie jest prześwit, widać wieś.
W domu , którego numer znały z listu (to niby wieś, ale jak gdyby jeszcze miasto) Maria pyta kobiety która stoi w drzwiach, czy mieszka tu pan S…
    - Panie Stasiuuu – krzyczy kobieta
    - Już idę, schodzę – słyszą męski glos
Szwagier jest zaskoczony i wzruszony. A więc przeżyły. Lecz czy się cieszy, czy się boi? Nie wiadomo. Prowadzi ich na górę. Mieszkają w klitce. Nieźle nawet. On, żona i teściowa, dziecko. Witają się i płaczą. I co teraz? Teściowa widać zaniepokojona. Maria wie.. Będą ciężarem dla rodziny.


.