sobota, 3 października 2015

Michał Śniado-Majewski





Czarne światło





W nocy tak trudno odróżnić ciało od powietrza;

aksamitne, krótkowłose umyka pod palcami

z chyżością geparda. Obrazy wypełniają ciemność

dotykalną poprzez dźwięki i niedopowiedzenia.

Nasze współzależne terytoria oddalają się i przybliżają.

Negocjują niepewną obecność.



DEGUSTACJA

Wagony metra lekko kołysały się pokonując trasę z północnej dzielnicy do centrum miasta. Mknęły pomrukując. Łapczywie pochłaniały przestrzeń uwięzioną pod powierzchnią metropolii. Wśród pasażerów, jak zwykle o tej porze, dominował nastrój apatii; poranna przejażdżka metrem nie należała do ich ulubionych zajęć. Na monitorach ponad głowami stłoczonych w nieregularnych grupkach ludzi pojawiały się i znikały zdjęcia okraszone opisami lub komentarzami. Wraz z obrazami utrwalonymi na okiennych szybach tworzyły specyficzny niepowtarzalny klimat. Obcy i jednocześnie rozpoznawalny.
W piątki metro nie było przeludnione; oczekiwano miłego wieczoru skrywającego w sobie zapowiedź soboty i niedzieli. Ambitne plany odkładane przez zmęczonych ludzi na te właśnie dni, rzadko kiedy udawało się zrealizować w wyobrażonej postaci. Najbardziej wytrwali w postanowieniach też ulegali zniewalającej aurze. Lenistwo lub potrzeba żywiołowej zabawy, zaspokojenie intymnych pragnień, mieszały się z wydłużonym niespokojnym snem i przygotowaniami do skonsumowania następnego tygodnia.
Danie wyrafinowane wieloskładnikowe. Wieloskładnikowe i wielosmakowe.
- Tak by określił te dni niejeden szef kuchni w renomowanej restauracji.


LUCYNA


Po schodach, w wielkim mieście, idzie zmęczenie o twarzy samotnej matki, na którą czeka w ciasnym mieszkaniu przygotowanie obiadu dla trzyosobowej rodziny, mała przepierka, wizyta u lekarza, krótka rozmowa z przyjaciółką mieszkającą na tym samym piętrze i żmudne cerowanie.
    Zmierzch będzie smakować dobrą kawą, ulubioną szarlotką z bitą śmietaną, marzeniami odłożonymi na później, chaotycznie czytaną książką, kolacją na ciepło. Zmęczenie nie odejdzie daleko. Poczeka do piątej trzydzieści rano. Upomni się o nowy fragment życia.


Ono





bezwolne wydane na łup

osamotnione

ufne pierwotnie i ahistorycznie

piękne i zmienne w każdej chwili

o każdej porze wyśnionej

brzemiennej zapowiedzią odmiany

co nie nadejdzie

przez nielicznych obdarowane

odlatująca uwagą

do zawczoraj



drzewo


 
ODMIERZANIE CZASU

Pomieszczenie miało wymiary zbliżone do kwadratu. Był to duży pokój prawie pozbawiony umeblowania. Takie wrażenie można było odnieść wchodząc po raz pierwszy do jego wnętrza. Pośrodku pokoju stał stół. Jego prostokątny blat oświetlała lampa zwisająca bezpośrednio z sufitu. Lampa składała się z dwudziestopięciowatowej żarówki wkręconej w porcelanową oprawę. Jej przedłużeniem był cienki czarny kabel pokryty otuliną z bawełnianego włókna w kolorze butelkowej zieleni. Lampa posiadała mały ciemnoszary abażur wykonany z emaliowanej cienkiej blachy. Przypominał on swoim kształtem starodawny hełm lub miskę balwierską. Wokół stołu stały cztery puste krzesła. W pokoju unosiła się żywiczna woń. Stół i krzesła pachniały świeżym sosnowym drewnem. Światło lampy padało bezpośrednio na stół. Na tym szczególe skupił całą swoją uwagę Sven, gdy wchodził do słabo oświetlonego pokoju. Otrzymał uprzejme a nawet wytworne w formie pisemne zaproszenie, które niestety nie mogło być odrzucone. Zaproszenie zawierało w sobie fragmenty sugerujące, że nadawca może być wyrafinowanym erudytą o silnej osobowości. Prawdopodobnie był jednym z tych, co świadomi swej siły rzadko posuwają się do okrucieństwa, ale korzystają z każdej okazji, aby narzucić innym swoją wolę.
Sven zanim pojawił na spotkaniu, długo zastanawiał się nad tym, co przyniesie mu najbliższa przyszłość. Zdawał sobie sprawę, a może bardziej wyczuwał, że stoi przed trudnym wyzwaniem. Zaproszenie otrzymane od nieznajomego zostało podpisane imieniem i nazwiskiem, które wskazywały na azjatycką narodowość mężczyzny. Z uwagi na japońskie pochodzenie nieżyjącego już ojca, Sven snuł przypuszczenia, że na spotkaniu może dowiedzieć się czegoś, co dotyczyć będzie jego dalekiej rodziny. Czuł się Szwedem pielęgnującym pamięć po japońskim ojcu. Głęboko ukryta fascynacja jego osobowością sprawiła, że dorastał na pograniczu dwóch bardzo odmiennych kultur nie zapominając o tajemnicy przekazanej mu przez ojca. Nigdy nie był w Japonii ani w Azji. Tę podróż odkładał kilka razy. Chciał w odpowiednim czasie zmierzyć się z tym co nieuniknione. Gdy podjął już decyzję o wyjeździe do Japonii, nadeszło zaproszenie od nieznajomego, które przekazał posłaniec ubrany z wyszukaną elegancją.
Silna więź z matką, która urodziła się w południowej Szwecji, przyczyniła się do wyrazistego określenia tożsamości Svena. Skandynawia była jego domem rodzinnym. Tu czuł się u siebie. To co otrzymał od ojca w dzieciństwie i w trakcie dorastania, sprawiło, że chłonął otaczającą go rzeczywistość o wiele bardziej intensywnie niż jego rówieśnicy. Matka Svena, jako tłumaczka literatury japońskiej, uległa fascynacji ojczyzną męża jeszcze zanim stali się małżeństwem. Ojciec, poeta i filozof, bardzo wcześnie zainteresował Svena dalekowschodnimi tradycyjnymi szkołami sztuk walki.


 
W POCZEKALNI, KILKA KROKÓW OD DOMU





Na drodze do ujawnienia silnych wzruszeń, stają na przeszkodzie bardzo często wytrenowane indywidualne zachowania. Presja najbliższego otoczenia, względy kulturowe i koniunkturalizm mogą skutecznie zablokować wzbierający potok; skierują go w bezpieczne rejony z rzadka odwiedzane i najczęściej nieznane depozytariuszowi. 
 

Czytanie gazety, spoglądanie przez okno, spożywanie obiadu, rozmowa telefoniczna, wszystko to na pozór zwyczajne i codzienne, jest katalizatorem lub nieoczekiwaną przyczyną wypływu uczuć; może to wystąpić i najczęściej tak się zdarza, w najmniej odpowiedniej chwili. Uregulowane życie entuzjastów nowoczesności, poddane rygorowi poprawności, zgodne z oczekiwaniami kręgów opiniotwórczych, staje się tematem rozważań autorytetów moralnych i ekspertów. Zmienia się w dziedzinę pozbawioną cech odrębności, pożądanych i niezbędnych do prawidłowego funkcjonowania w gąszczu spraw przerastających swoją specyfiką wyobraźnię wielu z nas. Gubimy poczucie sensu. Jesteśmy przekonani o słuszności uwarunkowań, na które nie możemy oddziaływać z powodu braku czasu lub na skutek niewiary we własne ograniczone możliwości. 
 

Przyglądamy się sobie ukradkiem, z pod oka. Odwracamy nieoczekiwanie głowę łudząc się, że spotkamy właściwego siebie. Prawdziwego. Bez niewidzialnej uzdy oddanej we władanie wielu dłoniom: chciwym, bezwzględnie dążącym do celu (obcemu naszemu rozumieniu rzeczywistości). Zespolona z wyobrażeniami i tęsknotami rzeczywistość, potrzebuje nas w nie mniejszym stopniu, niż my jej. Zostawieni na rozdrożu wielu prądów umysłowych, znoszących się doktryn, polemicznych interpretacji, uczymy się trudnej sztuki przyjaźni. Ze sobą.




Zaklinanie deszczu





kobieta w sukni koloru ecru

podlewa kwiaty rosnące w ogrodzie

zawsze tak czyni przed nadejściem żywiołu



odprawia rytuał

odbiera moc dzikim kroplom i zuchwałym strugom

uzurpuje sobie władztwo

przywołuje nieznane



Tylko ty znasz prawdę


Ulica pięła się i opadała łagodnie. Jej liczne zakręty pobudzały ciekawość, zachęcały do pokonywania wyboistej drogi pełznącej między parterowymi domami. Na progach siedzieli czujni wartownicy o spiczastych uszach, nieuczesanej sierści, hipnotycznych nieruchomych oczach. Odwiecznie zdziwieni, wytrwale obecni. Wszędzie pachniało wczorajszym czasem porzuconym niedbale tuż za wzgórzem wyrastającym buńczucznie na końcu kamiennej, szeroko rozlanej tęsknoty.


Rozstanie

wargi przytłumione pastelową bielą
ból wyostrzył rysy trudne do zapamiętania
w przelocie od pierwszego spojrzenia
twarz stężała w uśmiechu nieszczerym
oddzielona od ciebie papierowa
pozostała tylko na portrecie


Tetu-umo


codziennie podróżuję wśród półnagich ciał
mijam ulice place zabaw skwery
przystanki komunikacji miejskiej
i dalekobieżnej pozostawiam za sobą

martwe a piękne ciała siadają obok mnie
narzucają właścicielom styl bycia
uśmiechają się niedomkniętymi ustami
pytają o drogę godzinę samopoczucie
zjadają transgeniczną żywność
na oczach głodnych uchodźców
czekają na spełnienie w gabinetach odnowy
reprodukują mutantów
śniących w wielodniowych cyklach
o wypełnieniu życiowego posłannictwa
konsumenta ideologii i marketingu