niedziela, 25 października 2015

PAN ZENEK

Kiedy twarz Piosenkarki niknie za kurtyną pan Zenek perkusista wstaje, idzie do bufetu gdzie wypija czystą polską wódkę zagryzając tartinką z łososiem w majonezie. Ocierając usta śmiało zmierza do kajuty-garderoby piosenkarki.

- Mam dosyć! Oświadcza stanowczo, zapalając papierosa. Mam dosyć ciebie, siebie i tego całego bajzlu... Zatacza ręką krąg, który ma wyobrażać cały ten bajzel, cały świat i całe życie, którego Pan Zenek ma dosyć. Piosenkarka przerywa wycieranie makijażu, patrząc na niego z uprzejmą obojętnością.

- Co proponujesz?

- W Gdyni schodzę i moja noga nigdy więcej nie postanie na żadnym pokładzie.

Zapada milczenie, więc pan Zenek wysuwa szufladę po prawej stronie Piosenkarki i wyciąga z niej butelkę.

- Nalać ci?

- Nalej.

Piosenkarka wraca do demakijażu.

- To rozumiem, że za cztery dni się rozstajemy? Pyta skwapliwie, co nie umyka oczom Pana Zenka. Bo ja, mój drogi, nie mam zamiaru rzucić pracy w Liniach.

- Twój wybór, twoja wola. Niech się stanie.

- Amen.

Nie rozmawiają o przyczynach. O przyczynach mówią ze sobą ludzie pragnący naprawienia zła, ratowania związku. Wzruszenie ramion jest dowodem śmiertelnej nekrozy uczuć: mów, co chcesz, mnie to...


Gdynia jest mglista, duszna i parna o poranku, w którym Pan Zenek ładuje perkusję do vana i odjeżdża z kolegą do Gdańska. Jest środa i wszystko odbyło się terminowo: przybili o czasie, przeszli odprawę i rozjechali się; Piosenkarka z ochmistrzem Ryśkiem, Pan Zenek z perkusją. Pan Zenek i Piosenkarka przemierzyli razem wszystkie oceany, morza i zatoki; przybijali do wysp Południowych i Południowo-Wschodnich. Grali i śpiewali Bahama, Bahama mama albo Broken hearts czy One-way ticket, albo ulubioną przez wszystkich Moja droga, ja cię kocham. Kąpali się nago w lagunach, żłopali pina-coladę pod palmami a piaski Tahiti nosiły ślady ich stóp. Wybaczali sobie małostkowość, drobne zdrady i duże kłamstwa; podbite oczy i podarte fotografie. Aż tu raptem kiedyś, gdzieś na jakimś równoleżniku coś pękło, jak pęka zużyta opona i wszystko bezgłośnie runęło nie wydając przy tym nawet pluśnięcia. Poszli na dno nie wyciągając rozpaczliwych dłoni, nie wołając pomocy. Ot, jeszcze jedna historia o budowaniu mostu, który okazał się molem...

Sen nie przynosi Panu Zenkowi ukojenia; drugi dzień siedzi na fotelu gapiąc się w ścianę, na której piękna kolekcja masek z Beninu, Togo i Dahomeju, oprawione w ramki rysunki prymitywistów z Czadu i Mozambiku; włócznie, strzały, łuki, krzywe drewniane miecze najeżone zębami rekinów. Pan Zenek, co naturalne, po powrocie zadzwonił do Jednej Takiej i przespał się z nią, w rewanżu oferując parę dolarów i tandetne koronkowe body. Kiedy Jedna Taka poszła, nagotował sobie „Baltonowskiego” rosołu z puszki, zjadł, pozmywał, wytarł ręce, znowu usiadł w fotelu i znowu zapalił papierosa. A ponieważ z kartonu wychylały białe główki butelki whisky więc sobie wyjął jedną, odkręcił, polał do szklaneczki i zaczął sączyć. I bezgłośnie szlochać. Pan Zenek nie ma koncepcji na to co robić od dziś do, powiedzmy, końca świata ale wie, co robić w czasie najbliższych kilku dni: pojedzie na wieś, do ciotki Heleny. Do sadu, pod grusze, śliwy i drzewko morelowe, to przy studni z zielonoomszałym daszkiem. Niech zapachnie zdziczałym koprem i butwiejącą słomą. Więc postanowione: jedzie na wiochę wieczorem, kiedy upał zelżeje i osłabnie ruch na dziurawych szosach. Kilkadziesiąt kilometrów asfaltu, to męcząca perspektywa dla wilka morskiego, mającego w nogach świeżutko przepłynięte transatlantykiem parę tysięcy mil morskich. Ale co tam!

- Zazuzizu-zu-zaaaaaaaaaaaa!

Nuci sobie Kolega prowadząc samochód a Pan Zenek śpi na tylnym siedzeniu, pochrapując leciutko, kołysany resorami i pienistymi falami wspomnień. Właśnie skręcają obok kapliczki strojnej we wstążki i farbowane błękitno hortensje. Gospodarstwo cioteczki Heleny jest okazałe: biały, czerwono kryty dom o wielu izbach, rozległy sad, ileś-tam ziemi pod szkłem, reszta - lasy i soczyste łąki. Psy witają samochód wyłaniający się z ciemności wściekłym ujadaniem hau-hau: przyjechali! Czekają u proga: ciotka Helena, kuzyn Witek z babą, inni kuzyni z babami:

- Zenek przyjechał!

No, a jak Zenek przyjechał, to będą dolary, bony Peweksowskie, wódka i suweniry; nieustający karnawał, fiesta, ochlaj i w ogóle - fajnie będzie, po hamerykańsku!

Zasiedli przy stole z pieczoną gęsią, wędzonym zadem świni, śledziami z cebulką, szczypiorem, ogóreczkiem kiszonym i majonezem; bateria whisky, berbeluchy, domowego wina stoją pośrodku. Kto nie ma, polewa, kto ma, ten pije! Oby nam się, kochani, oby nam się!

- No, a jak u was? Pyta ciotka i zakłada ręce na podołek. Pan Zenek gasi peta w spodeczku po grzybkach i uśmiecha się obojętnie,

- A nie ma nas, rozstaliśmy się.

- Ano, to i dobrze, Zenuś, to i dobrze. Ja tam nic nie mówię, ale...

- I niech ciotka nie mówi. Było, minęło.

- No, to zdrowie!

- Oby nam się, kochani, oby nam się!

Palą Lucky Strike, Astory, Camele. Sportów czy klubowych nikt nie tknie przez najbliższy tydzień - Ameryka!
Pan Zenek z dziewuchami czasami kotłował się na sianie, czasami siedział z ciotką i Kolegą pod gruszą, opowiadał o morzach i oceanach świata. Pokazywał zdjęcia. Wspominał to i owo, pomijając skrzętnie Piosenkarkę, ochmistrza i inne takie. Różne. Wieczorami z Kolegą zamykali się w pokoju, pili berbeluchę pod korniszony i minerałkę; szeptem gadali o wszystkim bez wyjątku. I kiedy padło tysiąc pytań, gdy postawiono zaporowe pola wątpliwości, kiedy ustalono w twardej, szczerej, męskiej rozmowie, że prawda o życiu jest, jaka jest, wtedy zrozumieli, że poszukując straconego czasu warto sobie postawić takie pytanie: po co szukać? Wprawdzie warto wszystko pamiętać, żeby nie zapomnieć ale czasami warto wszystko zapomnieć, żeby niczego nie pamiętać.
Jaka jest prawda prawd nie wiedzieli, bo odpowiedzi mogło nie być wcale albo tak wiele, że nie rozpoznasz, która prawdziwa, choćbyś na tym sprawdzaniu strawił całe życie. Całe życie strawić na babraniu się w pytaniach, wątpliwościach, niedopowiedzeniach, dociekaniach? Po co? Czego szukać? No, bo i po co szukać? Nie szukaj, Zeniu bo jeszcze, co nie daj Bóg, znajdziesz... Więc nie będzie mieć absolutnie żadnego znaczenia fakt, że Pan Zenek powiesił się w stodole pewnego ślicznego, słonecznego poranka, nie zostawiając pożegnalnego listu. Ani jednego słowa wyjaśnienia, potępienia, pogardy. Prawdopodobnie, owo Po co? było jedynym motywem.

Słucham w pamięci rozmów z Zenkiem nad jakimiś jeziorami, pośród Starówki, na kilku mostach i w paru lipowych alejach; przy piwku w parkowej pijalni Pod Kasztanami, na wódce w Starogdańskiej i Raduni. Tak, był Zenek, nie ma Zenka. Nie umiał żyć. Taka sprawa!


SŁAWOMIR MAJEWSKI


(Imiona postaci zostały zmienione)



Opowiadanie z tomu "Podręczny Zestaw Deja Vu",

publikacja m.in. w Kwartalniku Akcent nr 1/2010 i 4/2010