niedziela, 25 października 2015

TRAMPOLINA


Marek Jastrząb

Maurycy usiadł w kątku, przy kontuarze, w pobliżu półotwartych drzwi, obok muzyka, którego zatrudniono w Klubie na etacie wirtuoza. Poprzez kawiarniane opary widział, jak wsysały do środka zastępy smakoszy kawy. 


Co pewien czas wykopywały - nasyconych, a brzuchaty szatniarz kłaniał im się cyklicznie, jakby miał czkawkę z dobrego humoru.
Lubił tu bywać, kochał być „w przyczajeniu i rozmodleniu”, jak nazywał ten swój kibicowski proceder, po cichu i anonimowo patrzeć na gwarny ruch toczących się, dyskusyjnych sabatów, intelektualnych podróży donikąd, wędrówek, w których jeszcze nie tak dawno brał udział. O czym niechętnie i niemal z rozżaleniem wspominał sąsiadom od kieliszka.
A między stolikami, po dywanowej wykładzinie, laskonogie kelnerki wystrojone w służbowe uniformy i przyszywane uśmiechy, zwijały się mechanicznie: serwowały temu rachunek, tamtej - wino, a wszystkim bez wyjątku – ciepławe „sorry”.
Rozdygotane paniusie, wystrojone jak choinki na Wielkanoc, z mężami zamiast breloczków, kładły dłonie na szklankach cieczy z herbatą, podczas gdy krępy baryton dawał popalić słuchaczom. Śpiewał co żwawsze kawałki z „pieśni do słów”, a ujeżdżający po klawiaturze pianista, zachwycony własnym talentem, wsłuchany w swoje wizje, nadal improwizował, nieprzerwanie rąbał solówkę i, by nie wypaść z roli artysty, wadził się z własną nieudolnością, zachęcał, prosił, szturchał klawiaturę grubymi kiełbaskami. Grał z nerwem, stroił wirtuozerskie grymasy nie zwracając najlżejszej uwagi na wyczyny śpiewaka, który omdlewająco dyszał w stronę zabłąkanych melomanów.
Wkrótce baryton przestał szlochać do słuchu, lecz, uparcie zachwycony własnym talentem, wsłuchany w swoje wizje, nadal improwizował, nieprzerwanie rąbał co rusz inne arie, aż kilku zniecierpliwionych ludzi wzięło się za kurtuazyjne brawka dając mu znak, że ma spadać i zapadła cisza przerywana mlaskaniem.
W części sali, tuż przy drzwiach do kibla, znajdował się stolik Klubu. Jak zawsze, siedzieli jego znajomi. Postanowił, że zanim wyjedzie z miasta, pożegna się z nimi, więc podszedł do siedzących i opadł na krzesło. Popatrzył na apaszkę Piotra, zamówił herbatę i spytał:
W czym rzecz?
A tak, mówimy o królach i wojnie - powiedział Franio – Niegdyś było oczywiste, gdzie żmija ma ogon, a teraz są na ten temat chytre koncepcje.
Z tego, co słyszał, wysnuł wniosek, że Franio, profilaktyczny cwaniak, radykał i wolny strzelec jakichkolwiek idei, złagodniał ostatnimi czasy, jakby obluzowały mu się szare komórki. Wycofał się z dotychczasowej agresji, przycichł i przestał odstawiać specjalistę od cudzego postępowania, co dla klubowiczów oznaczało, że się mentalnie rozcieńczył.
Krążyły nawet pogłoski, że dokonał w sobie przebudowy dotychczasowych mniemań. Nagle zmętniały mu poglądy, stały się płynne i trudno pojmowalne. Z taktycznym wyczuciem przegracował szare komórki i wskoczył w sam środek zawracania gitary. Z dnia na dzień zrobił się z niego uśredniony wyznawca nowych przekonań, propagator lichych pojęć, wolny strzelec jakichkolwiek idei, roztropny pieczeniarz, ubrany w komżę i jarmułkę na wypadek zmiany światopoglądowej warty.
Gdy przychodził do Klubu, gdzie czuł się dopasowany do tapety i uroczy po dawnemu, w prywatnych glanach i bez krawatowych poglądów, zachowywał się jak płyta, która zanim pękła, przestała się zacinać.
Odwracając się do Maurycego, Franio uzupełnił:
Mówimy, że równość w łóżku, to aktualne hasło wyemancypowanej baby. Popatrz na Jolę, prawomocną zdzirę Tadzia. Wiesz, co z niej zostało. Zastanów się, co wyrośnie z córeczek. Takie same, lub mniej więcej podobne, osowiałe „kreacje”. Ani się nasz Tadzio spostrzeże, jak znajdą wybranych jełopów, którzy pozwolą im na pomiatanie sobą. Awans w dół przypieczętował jego los. Jola tak go nakręciła, że nie ośmiela się myśleć na własny rachunek. Przysłoniła mu horyzont i jest jego refleksem. Kiedy nie ma jej w pobliżu, Tadzio kapcanieje, robi się wytarmoszony z wigoru.
Ona mu w glacę, a on dziękuje ze strachu – dorzuca Krystyna, nauczycielskie zjawisko. Jest tutaj brana za ciotkę-poczciwotkę, nieraz jednak rżnie błyskotliwą. Początkowo zagubiona w popisowych oracjach tutejszych mędrców, w ich swobodnym przerzucaniu się z tematu na temat, w uściślaniu, nawiązywaniu, abstrahowaniu i mówieniu śmiało i od rzeczy, bez sensu, lecz z przekonaniem, po przejściu erudycyjnej kuracji, nabrała stosownej ogłady, towarzyskiego poloru, szybkiej orientacji w tym, o co tu do cholery biega.
Owa sprytna mimikra pozwoliła jej być nie tylko niemą ozdobą klubowych pogawędek, ale pojednawczą negocjatorką. W razie potrzeby, kiedy stolik tracił animusz i należało przerwać nudę, gdy była przy rozumie, potrafiła Tadzia rozłożyć na czynniki pierwsze, zadać mu bobu, popędzić kota, umiała odrzeć go z objawionej prawdy i złachanych sentencji i nim zdążył doczołgać się do końca zdania, już, w ekspresowym tempie, wątlał i nikczemniał stając się jej łupem i ze wszystkich stron obśmianą padliną.
Tadzio, nawykły do zaprzeczeń i niewczesnych dygotów, przekonywał wtedy każdego, kto go słuchał, że został źle zrozumiany, a jego intencje - przekręcone. I w ten sposób osiągał cel, bo przez chwilę znajdował się w centrum stolikowego zainteresowania, był więc dla siedzących przy nim ludzi godny większej uwagi, aniżeli muchy stepujące po suficie. Gdzie może, niewinną odstawia, w koczku chodzi, nadgodziny ściboli, a do Klubu z powodu Piotra zagląda.
Piotr, naczelny Hamlecik stolika, jest przystojny, ma spojrzenie dogłębne, zaborcze. Pozuje na notorycznego uwodziciela. Tu i ówdzie bywały, z otwartymi ramionami przyjmowany, na zmiany gościnny, zipiący nowymi prądami, wesoły, jak trzeba, smutny, jak nie, obwołany arbitrem, zostawał nim: Frania przestawił, Tadziem potrząsnął, więc ze wszystkich stron podobał się Krystynie, a ona wiedziała, co dobre.
To dla niego wykierowała się na ludzi. Razem trafili na studia, wspólnie wojażowali po bagnach i przeręblach rozmów. Uważał ją za siostrzyczkę, traktował jak kumpelę, tylko jej zwierzał się ze swoich przebojów, podbojów, zgryzów i rozterek, przy czym, nieświadomie, druzgocze jej serce zachowując niczym lodołamacz serc; a osobne latka lecą: ani się człowiek obejrzy, jak wspólne życie będzie nieaktualne i tylko patrzeć, gdy przeistoczy się w mrzonkę.
Krystyna już linieje, Piotr będzie wkrótce zmurszały, stanie się lakoniczny, elokwentny z wysiłkiem, dla niepoznaki zębem błyśnie, brzuchem zaświeci, spocone cylindry przetrze i coraz częściej posłodzi twarz niepewnym uśmiechem z naftaliny. Co rusz dzieciństwo zacznie wspominać zapamiętując się w tkliwości, słaniając się z nostalgii: „hej! w góry, miły bracie, tam przygoda czeka na cię”. Ale jeszcze nadrabia miną, wciąż jest surowy, nieprzejednany, apodyktyczny, temat zmienia, senne oczy krótkowidza mruży, za rumianą przeszłością nostalgicznie wzdycha.
Tak, to dopiero nastąpi, przyjdzie znienacka, bez uprzedzenia.
- Tak, moja droga, żeby być idiotą, nie trzeba być nim ciągle - mówi. Nagle staje się zaduszkowy, zakłopotany, cylindry szmatką wyciera:
- Starczy poudawać mądrego - dodaje - czego żywy przykład siedzi przed tobą.
Popija łyczek. Milczy chwilę i powiada - nie, nie - mówi cichawo. Jest teraz bezradny.
- Skończyłem się, Krystyno...
Krystyno, wreszcie padło imię, na które czekała od dawna, od czasu, gdy odżywiała się nadzieją, że będą razem.
- Albo może nigdy się nie zacząłem - dorzuca - bo czy mam prawo mówić o sobie, skoro żyłem bez celu, odarty z indywidualności, która była zapożyczona, drętwa, skoro wiedziałem, że nie jest moja, że to jeszcze nie ja, tylko zarodek, wątłe pisklę rzucone na wodę.
- Pisklę? - wtrąca się Franio - każdy może tak powiedzieć!
- Ale ty masz za co być frajerem, masz za co się mylić – odpyszczył Piotr Franiowi - zaś ja jestem frajerem za darmo, bo nie miałem tatusia bałwana, który przymykał oko, spuszczał kurtynę, wyprowadzał na spacerek.
- Dosyć - mówi Franio - ludzie słyszą, a poza tym wszyscy mamy źle w głowie, co nie oznacza, że nikt nas nie kocha.
- Pax, pax - rzekła Krystyna - nie kłóćmy się, kto z nas ma większe parchy.
- Nie dramatyzuj, bo tobie wyszło - stwierdza Tadzio - w odróżnieniu ode mnie, miałaś całkiem różane życie.
- Zgadza się - rzuca Franio - syty z głodnym i całuj psa w nos.
- Franio wie, co mówi, a mówi mądrze - informuje Tadeusz i sączy lurę - mam czterdzieści lat i co ja takiego osiągnąłem, nieco wyrywkowych zwycięstw, ale chciałbym mieć ich więcej, zwłaszcza, że stara uważa mnie za etatowego nerwusa, któremu powiodło się psim swędem. Ma rację, bo czym tu zaimponować, żadnej przyszłości, podczas gdy małe rosną, z każdą chwilą, wyraźnie idą do przodu, powiększają przewagę, ponieważ mają do tego warunki, pomoce, szczęście w czopkach, wiedzę na klawisze ...
- Ale mendzisz - westchnęła Krystyna - przypomnij sobie Teofila i co mu zrobiłeś. Mógłby uzupełnić twoje poczucie winy. Nigdy nie był umięśnionym wieprzem, a ty o nim tak mówiłeś. Był zagubiony, zwłaszcza gdy Zofia puściła go kantem. A ty? Co jej dałeś w zamian, oprócz sterty dzieciaków i dodatkowych zmartwień? Twoje zasługi są rzeczywiście nijakie w porównaniu do gadania o świetlanej przyszłości, jakim ją omotałeś, zanim obwisło ci uczucie, a ona, bez spozierania na doraźne korzyści, uwierzyła w twoje bzdury, podczas gdy ja nie miałam okazji do gnębienia się poczuciem winy, hodowałam typka z wiecznymi pretensjami, żyłam konkretnym lękiem o wredną przyszłość i płaciłam za nią swoim systematycznym zanikaniem. Kiedy patrząc do lustra widziałam swoje pomarszczone marzenia, gdy kochałam i byłam kochana przez człowieka pragnącego zmienić ludzką mentalność, w tym też twoją, myślałam za pośrednictwem jego słów, wyrzekłam się miłości, by żyć w cieniu złudzeń, więc rację ma Piotr, rzeczywiście trzeba mieć zaplecze, trampolinę niezależności...
- Bo inaczej jest się tylko błaznem do potakiwania - wpadł jej w gadkę Piotr i znienacka rzekł:
- No dobrze, powiem wam, co mnie uwiera, co mnie skłania do wylewności, do ględzenia nie tyle o sobie, co o przypadku człowieczego bytu, choć, z drugiej strony, czy mam jakąś gwarancję, że mnie zrozumiecie? Żadnej! Wszystko, co się we mnie telepie, burzy, kipi i wycieka, co stanowi o mnie, przeleci przez moją głowę i zniknie w waszych.

Czasami mam wrażenie, że nawet dla mnie jest ona niedostępna, pogmatwana i zagadkowa, że nawet ja nie mogę przebywać w niej bezkarnie, jak u siebie, że nie umiem i nie potrafię sobie z nią poradzić, okiełznać, zmusić do posłuszeństwa, tak, jakbym sobie życzył, że nie jestem w stanie uczynić ją przystępną, otwartą, zachęcającą do zwiedzania, do tego, abym nareszcie został zrozumiany i by mówiono o mnie, „to ten, który usiłuje grać fair”. Mówiąc krótko, chciałbym dowiedzieć się: komu bardziej zależy na człowieku, wam, czy mnie?
Zacznę od pieca. Miałem starszego brata. Nauczono nas hipokryzji. Byliśmy wyszkoleni do potulnego przebywania w niemiłej atmosferze Ojca, który, jak nam się wydawało, był dzierżymordą. Doszło do tego, że było nam z tatusiem nie po drodze. Mając dwadzieścia lat, ciągle byłem spietranym gnojkiem, któremu w zamian za skrzętne zbieranie małych triumfów, zwycięstw i radości, płacono prychnięciami, upokorzeniem lub szyderstwem. Mając około trzydziestki, będąc w stanie pełnoletniego żółtodzioba, któremu wydaje się, że wie, co począć ze swoim żywotem, nadal miałem krótkie majteczki i wzorowe podkolanówki, dalej chodziłem z bananem w ręku, który miał mi zastąpić prawdziwe życie.
Z zazdrością patrzyłem na starszego; sprytnie wżenił się w okazały domek na urwisku, brnął w nieznany dla mnie obowiązek nałożnika. Trudno go było poznać. Zmężniał. Cierpki mydłek z naturką ugrzecznionego lokaja, nagle stał się apodyktyczny, niewzruszony, zaczął rządzić, pouczać i nakazywać.
Z wściekłą satysfakcją gnębił i pomiatał swoją babą z wystraszonym uchem, która ze skwapliwą pokorą spełniała jego rozkazy. Bratowa, przystojna cielęcina w szlafrokowym opakowaniu, trwała w nieustannej gotowości, w czujnym i rozśpiewanym pogotowiu. Pełna przeczuć i obaw, wierna jak pociągowy pies, zawsze w pobliżu, nie wyobrażała sobie innego życia, aniżeli w zaprzęgu z ukochanym.
Natomiast mój brat, jak było do przewidzenia, brał odwet; cieszył się swoją pańskością. Jego szarmancki serwilizm zapodział się, zniwelował w nowych przyzwyczajeniach. Wyparł się poprzednich przepisów, zwyczajów, dawnych sposobów fruwania nad problemami stworzonymi przez Ojca. Zaczął się od nich odżegnywać. Wstydził się za nie.
Ale wstydził się po swojemu; pod kołdrą, głuchą nocą, gdy nikt go nie obserwował, w pokoju zapełnionym rozmigotaną ciemnością i pijacką ciszą, podczas gdy ja, dużo od niego młodszy, zostałem daleko z tyłu, kuśtykałem za nim dźwigając jego kompleksy, frustracje i niepowodzenia.
A kiedy był przekonany, że jest sam na sam ze swoimi myślami, zaś jego „poddani” brykają po zielonych snach, gdy wydało mu się, iż rozbił bank z pomyślnością, że bezpowrotnie oderwał się od ojcowej gderliwości, nagle okazywało się, iż dysponuje szczerym uśmiechem, uśmiechem człowieka wyzwolonego. Uwolnionego od miazmatów poprzedniej epoki.
W istocie jego psychiczna tapicerka pozostawała tak samo nie do przyjęcia jak wtedy, gdy z butów wyłaziły mu wzniosłe ideały. Jawnie zrezygnował z nygusostwa. Okrzepł i przekształcił się w twardego przygłupa. Życie opierało mu się obecnie na spapranym i zaciekłym ignorowaniu takich, jak ja, którym wiatr zawsze wieje w oczy i wszędzie mają pod górkę (w trakcie skacowanej szczerości wyznał mi, że wobec Fortuny trzeba być ostrym, z orkiestrą i w girlandach wjeżdżać na szafot, ponieważ nie uchodzi być zabiedzonym wariatem w raju).
Jeżeli sądził, że nie dał się wykiwać i że zdążył się przestroić na lepszy ton tak dalece, że jego odnowiona, chitynowa skóra pokryła się nową łuszczycą, mylił się diametralnie. Gdy odwiedziłem go w urwiskowym królestwie, na próżno wytężał siły, by puszyć się swoim pozbawionym godności nuworyszostwem. Jak szydło z worka, wyłaziła z niego obawa przed zdemaskowaniem. Wyzierała z niego zalękniona twarzyczka „obwiesia na niby”.
Ale nareszcie dopadło go wiekuiste szczęście i kiedy bratowa, na poły zaskoczona, na poły rozradowana tym, że umarł, wysłała do mnie histeryczne zawiadomienie o pogrzebowej imprezce, stanąłem na wysokości zadania: pocieszyłem ją tak, że zobaczyła gwiazdy.
Wkrótce zapomniała, w jakiej sprawie zalewa się łzami. Za parę lubieżnych obietnic, kupiłem od niej domek. Brata nie żałowałem ani przez chwilę. Tak samo, jak wdowy po nim.
Myślicie o winie? Jeżeli o to idzie, skrupuły nigdy mnie nie prześladowały. Uważam, że kto nie uderzy pierwszy, zostanie łamagą, ciężkim frajerem z etykietą „dobrego człowieka”, któremu jest dzisiaj pisana śmierć.
Byłem podły, okrutny, czym tam chcecie. Być może z uczciwością też miałem na pieńku. Ale nie żałuję. Być kanalią, potrafi każdy. Lecz być kanalią profesjonalnym, to wyższa szkoła jazdy - rozżalił się.
- Ale twoje malownicze "skrupuły" podyktowane są chęcią usprawiedliwienia się w naszych oczach. Niczemu nie służą, nie tłumaczą twojej postawy wobec życia - powiedział Franio i dodał:
- Wyręczę cię, dokonam za ciebie malutkiego uzupełnienia - zamyślił się i zwrócił się do reszty:
- Jak wiecie, Piotr jeszcze nigdy nie zhańbił się szczerością. Przez długie lata żył samotnie, kontemplacyjnie. Kłamał bez przerwy na skruchę i czyni tak dalej. Matactwo jest jego druga naturą. Brata nie miał ani odrobinę. Roztkliwia się nad sobą, ale, że nie pamięta, co powiedział przed chwilą, wcale mu to nie przeszkadza wierzyć w swoją prawdomówność.
Mniej więcej tak to wygląda z zewnątrz. Jego czas dzieli się na pracę w domu i dorywczą, poświęconą zainteresowaniom. W domu zajmuje się noszeniem sprawunków, sprzątaniem i dbaniem o solidną cyrkulację banałów, które tak przyjemnie likwidują łupież, ujędrniają skórę, zwalczają hemoroidy i regulują stolec –
Naraz Maurycy poczuł się zmęczony. Rewelacje o Piotrze już od dawna nie były rewelacjami. Słyszał je wielokrotnie i za każdym razem nie mógł wyjść ze zdumienia, że choć pozostali w Klubie słuchają ich nadal, z zapartym tchem i kurtuazyjnym zaciekawieniem, nikt nie przerywał tokowania.
Z coraz większą, bezwzględną niechęcią wracał do tamtych kontaktów. Coraz chętniej bronił się przed nimi, coraz łatwiej przychodziło mu odmawiać uczestnictwa w rozmowie z kimś, kto mu przeszkadzał w pozostawaniu w snach. Zaczął wchodzić w hermetyczny świat swoich osaczeń i przeczuleń, w nieufną obserwację ludzi, którzy udawali, że cierpią, a chcieli wtłoczyć go w męczącą codzienność.
Już nie tolerował widoku przewlekle zgorzkniałych, tryskających obłudną energią; zakłócali smutek i rozpychali po lękach. W zabłoconym obuwiu szwendali mu się po myślach, udając, że ich cierpienia mają klasę, certyfikat i dobre pochodzenie, że są ekskluzywnymi przeżyciami, bardziej więc zasługują na zrozumienie, aniżeli jego.
Był rozczarowany miejscem, w którym, słowami spreparowanymi z dymu i puszek po piwie, grano w dyskusyjnego salonowca. I słyszał zdania zastępujące chustkę do nosa, ordynarną szmatę, w którą smarkano i oglądano jej zawartość pod światło.
Klub stawał się miejscem, w którym tramwaj w oku służył za olśniewającą metaforę, wyznaczał ślepym gadkom ślepą drogę. Działy się w nim „zbiegi okoliczności” i zdarzały „przypadki”, „wyjątki uzasadniające regułę”, „ewenementy”. One zaś pęczniały w nim na podobieństwo rozbrzmiewających, bukolicznych, pospolitych rżeń fircyków przykutych do sztampy, oblepionych w cierń.
Odważna jeremiada o naleśnikach ze śmietaną przynosiła im więcej satysfakcji, aniżeli sążnisty referat o bohaterstwie. Wyspiański nie miał takiego wzięcia, jak szczegółowa dysertacja o śledziach w oleju. Lowry bladł przy apoteozie szprotki, a Proust przegrywał na punkty z knedlami, toteż machnął im ręką na pożegnanie i wyszedł.