poniedziałek, 30 listopada 2015

O Krystynie zwykła rzecz…





DANIELA JARSZAK


Rok 2013 był dla niej paskudny, no może nie do końca, niemniej zdrowie jakoś nie dopisywało, bolały kości, przeleżała więc większość miesięcy w łóżku. Potem jeszcze ten wypadek, skończyło się tylko na połamaniu żeber ale że zajrzała śmierci w oczy, to fakt. Pomyślała, wena mi nie dopisuje, to gdy tak zapiszę ten stan, jak to się śmierci w oczy niemal wprost zagląda, to może być nawet ciekawe i wzbudzić w czytelnikach zainteresowanie. Ale nie zapisała. Nie dało się tego w żadne słowa ująć a może zwykłe lenistwo, a może to lub tamto było ważniejsze od babrania się we własnych doznaniach. Chciała napisać uczuciach ale takie miano nie mieściłoby się już w kategoriach babrania. Zresztą, żeby co? No, właśnie - żeby co? Komu to potrzebne i w ogóle to całe pisanie, w którym niby cała prawda i za grosz jej tak naprawdę nie ma. Od kiedy to można zapisać dokładnie, co się w danym momencie przeżywało, bądź przynajmniej w miarę przyzwoicie odtworzyć, unaocznić przebieg istotnych i tych pozornie nieistotnych zdarzeń. Wszystko to, to tylko próby przybliżania, uwidaczniania tego, czego i tak nie obejmie żadne pióro. Psyche to psyche a nie jakaś tam karafka z wodą do orzeźwienia w przydrożnej aptece. A język duszy? Górnolotnie zabrzmiało, no ale cóż… nie robić nic? W kołowrocie codzienności, zwłaszcza tej kobiecej; zakupy, sprzątanie, pranie, wymyślanie jak najmądrzejszych i zarazem tanich posiłków, by w ogóle przetrwać, zwłaszcza zimę przepędzić w miarę znośnie, coś trzeba robić ponadto. By nie skarleć umysłowo. O innych sferach rzeczywistości (jakiej rzeczywistości, zapytałby racjonalista), to wspominać raczej trudno. W każdym razie póki co, trudno.
Transcendencja, mistycyzm, wędrówki dusz… tematy zwiewne w swej istocie ale zbyt twarde i nie do strawienia dla większej większości populacji. Zresztą, to i tak tylko zaledwie przeczuwalny azymut a nie ostateczne prawdy. I całe szczęście, patrząc na to z zupełnie innej perspektywy. A więc hobby? Słuchanie dobrej muzyki, czytanie, rozwiązywanie krzyżówek, etc. Nie… Tworzenie to podstawa wszelkiej aktywności. Lubi pisać ale o czym, gdy życie ściągnęło ją w mury codzienności. Śmiesznie niemożliwe!? A jednak. Masz mało pieniędzy, umierają więc powoli wszystkie twoje kontakty. W każdym razie, niemal wszelkie kontakty. Bo jeśli posiadasz mało, to jesteś człecze niezaradny życiowo, więc kto z lebiegą zechce kontakt na dalszą metę utrzymywać? Jakżeś biedny, toś zwyczajnie głupi a kto z głupim chciałby do kupy?
O czym, o kim zatem pisać, skąd czerpać żywą wiedzę o otaczającym świecie? Wszak nie jest Immanuelem Kantem, co to latami nie opuszczał swojego pomieszczenia w Królewcu a i tak swoje wiedział. Poza tym, każdy taki bilet na tramwaj czy autobus kosztuje, tak więc nie wytrzymali twoi najbardziej wierni przyjaciele; no bo jeśli nie odwiedzasz mnie wedle moich życzeń, to ja dziękuję za taki kontakt na niby, mam już dość!
Kiepsko w ogólnym bilansie by to wyglądało, pomyślała, gdyby nie morze… Jakie to wielkie błogosławieństwo nad nim mieszkać! Aktywność i kontakt z naturą, rzecz jasna, rozprasza w jakimś przynajmniej stopniu, największą nawet samotność, nudę, depresję. Slogan, ale za to jaki słuszny, więc niech sobie nim będzie; bowiem nawet ostatnie znowu jakieś tam badania wykazały, iż nic tak nie wzbudza hormonu szczęścia jak właśnie bezpośredni kontakt z przyrodą.
Lecz gdy się tak w bólu i w łóżku zastygnie, trudno potem narzucić sobie dyscyplinę i zmusić się do najprostszych nawet działań. Ale o dziwo! narzuciła ją sobie i codziennie wybierała się na długie spacery. Tak mniej więcej: pięć, do siedmiu kilometrów. Początkowo morze było bardzo spokojne a tafla czystej, nieporuszonej wody rozczarowywała nieco zastygłym pięknem i gnuśną niemocą. Poza tym niełatwo było iść po grząskim i wilgotnym piasku wydeptanym przez innych. Po niedługiej jednak obserwacji mniej więcej wiedziała, kiedy jest przypływ, kiedy odpływ i kiedy piasek jest wystarczająco twardy i wygodny do stawiania kroków, co po rocznej ponad przerwie miało dla niej zasadnicze znaczenie. Zatem chodziła uparcie codziennie, w pogodę i niepogodę. Potem przyszły sztormy, więc fale były na tyle wzburzone i rozszalałe, zatem wystarczająco zsynchronizowane z jej temperamentem i chęcią nowych doznań i przygód. Wraz z tym zmaganiem się żywiołów była coraz bardziej zachwycona i szczęśliwa, poczuła bowiem ogromny przypływ energii oraz ochoty do życia i walki z chorobą. Wskutek czego bóle uległy znacznemu zmniejszeniu a jej dobry nastrój rósł z każdą chwilą w tempie podobnym do tego, kiedy to po zimowym przesileniu przybywa coraz więcej dnia i słońca na zziębniętym i nierzadko zmrożonym niebie. Zauważyła też, że taniec wiatru z wodą wywołujący bałwany rozmierzwione kipiącym szumem i rozbieloną pianą, wzbudza jej siły witalne. To tarcie powietrza z nieprzebranymi masami wody, wzniecające powstawanie większej ilości jodu i jonów ujemnych, uskrzydla ją i dodaje młodości, o której już prawie zaczynała zapominać. A zresztą, po co pamiętać - zatrzymała się. Wspominać można by wiele, lecz co? Fakty nierzadko interesujące a może nawet i piękne… Taaaa… naiwnie pięknie, więc z czym się tu spotykać? Ze stanem świadomości szczelnie obwarowanej przez ego i permanentną ignorancję? Z do bólu rozchełstaną egzaltacją i w efekcie histerią, czyli zupełnym brakiem wewnętrznego uporządkowania i dystansu do otaczającej rzeczywistości i siebie samej? Do panoszącej się bezwiednie i dlatego strefy emocjonalnych huśtawek wykluczających jakikolwiek zdrowy samokrytycyzm i wciąż racjonalizujących i aż nadto dokuczliwych pułapek, prowadzących w efekcie do skrajnego bólu i wyczerpania, a więc do autodestrukcji a zatem i do wyobcowania. Wyobcowanie… brrr! Wstrząsnęła się na samą myśl. Najgorsza z niewoli. Pewnie niejeden, tam za kratkami, czuje się bezpieczniej i potrzebniej. I liczy te swoje dni, rysując kreski na ścianach, do wolności.
Czyżby nadzieja, iście była tą zasadniczą cnotą z trzech istotnych, nadającą sens główny istnieniu, by w ogóle się nie zapaść i nie obumrzeć? Czy wszyscy mniej lub bardziej czują podobnie, mając przed oczyma wyobraźni tę przerażającą, od czasu do czasu przynajmniej, świadomość zupełnej oddzielności i absolutnej nieprzystawalności do drugiej istoty? I wszyscy tak w sobie, w JEDNYM BOGU błądzimy po omacku? Nawet jeśli spotkamy tę drugą połówkę, to i tak o wiele za mało... Bowiem ta maleńka całość też się nie obroni w chaosie większości i wzajemnego pogubienia a więc i niezrozumienia. Czyli, pomimo i nie wiadomo tak naprawdę dlaczego: należy zapisywać, zapisywać, malować, rzeźbić, tkać, czyli tworzyć a raczej - wciąż przetwarzać? Żeby co, nie pamiętać, czy wreszcie zapamiętać?Śmiesznie i jednakowo nieporadnie będzie to wyglądało z tej następnej i następnej perspektywy. I tak wciąż i wciąż bez końca? O mój boże, przerażające, czy też na odwrót?
Niemniej - poprzez stosowanie takich autozwierciadeł, nie tylko można pochylić się nad sobą ale i zawstydzić nawet, rozczarować, a więc i wreszcie zastanowić. Byle nie przekroczyć tej granicy, od której to zaczyna się poczucie winy, w czym wystarczająco dopomogły już ludzkości religie. Wszelkie religie. Nie ma lepszej lub specjalnie gorszej. Jest tylko r e l i g i a. Na ile jest ona przydatna ludzkości, a na ile ją ogranicza, to temat dla tęższych głów. W każdym razie pochylić się nad sobą zawsze warto, dla autokorekty i pogłębiania zdrowego dystansu. Do siebie. I świata automatycznie. Co jest absolutnie jednoznaczne!
A więc: nad sobą, ze sobą, ze mną, we mnie, dla siebie, do siebie, o mnie, dla mnie; a potem z tym nieodłącznym ja jak co dzień trzeba iść na zakupy, zrobić obiad, kolację, uruchomić dostatecznie zgubną internetowo-telewizyjną nawigację, filmokrację, reklamokrację oraz demoklację… Mimo to, po tak solidnym spacerze czuła, że ma jako takie czyste sumienie, że nie zmarnowała dnia. Namaszerowała się bowiem dostatecznie i dostatecznie nazachwycała, a więc Boskości Wszelkiej tym samym złożyła jak najbardziej należny hołd i wdzięczność za sam akt istnienia. Toteż w nagrodę serwowała sobie jakieś przyzwoite kino. Hollywoodzkich hitów miała po dziurki w nosie.
Może by tak wrócić do szkoły polskiej, do kina moralnego niepokoju? A więc wróciła. Wróciła po raz kolejny, bo nie ma jak to peerelowska kinematografia! Nierzadko zawieszone w czasie i przestrzeni dialogi, ukryte podteksty, Krzysztof Komeda bądź Wojciech Kilar w tle... Wczesny bardzo Romek Polański, no i wiecznie neurotyczny i rozdygotany, ale za to z hipnotyzującą osobowością, Zbyszek Cybulski, a obok niego z wybitnie zabawną, bo wciąż nieporadną vis comica, Bogusław Kobiela. No a potem genialny młody Olbrychski w „Popiołach”, we „Wszystko na sprzedaż”, czy „Pannach z Wilka”, czy też wreszcie zagubiony inteligent u Zanussiego, albo pełen życia i niewyobrażalnego zapału przyszły fabrykant w „Ziemi obiecanej” Wajdy. Następnie cała produkcja Barei, Krzysztofa Kieślowskiego, Aleksandra Forda etc, etc… a przede wszystkim „Niewinni czarodzieje” i jedna z najpiękniejszych scen polskiego kina. Przynajmniej w jej odczuciu.
Młodzi, niewinni czarodzieje o świcie na warszawskim bruku, w nieodbudowanej jeszcze do końca z ruin, Warszawie, gdzie grano bardzo dojrzały i niepowtarzalny jazz. W żadnym kraju europejskim w latach 50- tych i 60-tych nie produkowano takiej ilości filmów z tak znakomitą, bo najwyższej jakości muzyką jazzową. Dla przykładu w takim RFN-ie rocznie nakręcono z muzyką jazzową zaledwie kilka filmów, a w Polsce daleko, daleko więcej, bo aż kilkadzieści. Niemcy zachodzili w głowę, jak to możliwe? Wszak to oni byli pod znaczącym wpływem Stanów Zjednoczonym i tym samym mieli nieograniczony dostęp do sztuki i kultury zachodniej, w przeciwieństwie do Polaków i to z za Żelaznej Kurtyny. A tu taki wysyp genialnych talentów; muzyków, scenarzystów, reżyserów i operatorów. I aktorów! I w konsekwencji znakomitych, na światową, a co najmniej europejską skalę produkcji.
ach, to były czasy... wolności w czasach takiej niewoli. Paradoks? A może wcale nie.
- Widzicie dzieci - gdy wpadły ją odwiedzić- mówiła. Widzicie? Spójrzcie jakie się kiedyś filmy robiło?
- No, ale o co tak naprawdę chodzi w tym „Rejsie”? – odpowiadała skupiona na próbie zrozumienia treści, z takim zachwytem serwowanych przez matkę, najmłodsza studiująca latorośl.
- Jak to o co? Naprawdę nie łapiesz istoty rzeczy i tych wszystkich niesamowicie paradoksalnych niuansów? A w zasadzie komunistycznych paradoksów?
- Nie, ni w ząb, a w każdym razie niespecjalnie. I tu się musiała zatrzymać nad tym: jak to o co? A więc dla nich to nie historia nawet, ale jak widać kompletna niewiadoma. Niezrozumienie sedna poprzedniego ustroju. Ustroju, ( swoją drogą jakie to śliczne określenie od słowa ustroić, to dopiero paradoks najwyższej klasy chyba! czyli taki klasowy paradoks! ) o którym wiedzą tyle tylko, że komunizm był bardzo be, czyli zły, a komuchy głupie do granic możliwości, ale i okrutne. Przy tym sentymentalne i na wskroś niesamodzielne, a więc kompletnie nieodpowiedzialne istoty.
A w każdym razie naiwni idealiści, więc i tym samym nieporadni głupcy. A sam system zniewalał, ograniczał i mordował niewygodnych i nic ponadto. Tkwił więc w tym ciemnogrodzie despotyzmu i tyranii, no bo gdyby nie tkwił, to już dawno bylibyśmy wolni i szczęśliwi wreszcie!
Jednakże, te wszystkie niuanse, te pomiędzy i poza też, które jak się ostatecznie okazało, były zaczynkiem do rodzenia się prawdziwej sztuki, są wciąż w sferze nie domysłów nawet, ale zupełnego nieistnienia, czy też niedopowiedzenia; w każdym razie w obecnym świecie Konsumpcjuszy, Markecjuszy i Utracjuszy, na pewno!
Polska kinematografia, znakomita polska szkoła plakatu, wybitni kompozytorzy, niepowtarzalni bardowie, wynalazcy itp. kogóż to teraz tak naprawdę obchodzi? Samo określenie pod tytułem komunizm zgilotynowało i anihilowało w wyobraźni młodych jakikolwiek dorobek ich chlubnych antenatów. W ich mniemaniu poprzedni system nie mógł być nośnikiem jakichkolwiek pozytywnych idei i wartości. Zresztą, jakich wartości?
Pamiętała jak ojciec, matka o przedwojniu, wojnie opowiadali. Swoim dzieciom, wciąż i wiele opowiadali, o Żydach barwiących nadto wyraziście polski krajobraz, o niedostatkach, głodzie, czasem łaskawych panach, o ludowych mądrościach i niezwykłej pomysłowości genialnych oszustów -przebierańców, koniokradach, o partyzantach wreszcie z tej jednej i drugiej strony, o tym jak to budowali nową Polskę, o junakach, bandach UPA, o dziadach wędrujących od wsi do wsi po prośbie i ich niezwykłych czasem pełnych proroctw i zagadek opowieściach, o ludziach owładniętych szatanem, badaczach pisma wreszcie, o unitach, czyli grekokatolikach w walce z katolikami, o ucieczce przed Niemcami, pacyfikacji, obozach zagłady i pracy i o tym, jak to krupy polane od czasu do czasu skwarkami były cud–dietą, lub od wielkiego święta na stole pojawiał się biały chleb, bo z peklowanej mąki go rozczyniono i z zakwasu a nie z drożdży, jak dzisiaj.
A my? A nasze pokolenie? Co tak naprawdę przekazaliśmy naszym dzieciom, prócz zwyczajnego milczenia lub skrajnych negatywizmów, by zapewne oczyścić siebie z ewentualnego udziału w rozbiciu poprzedniego systemu. Cóż takiego przekazaliśmy naprawdę, skoro pytają, o czym tak naprawdę Marek Piwowski mówi w tym pokręconym jakimś „Rejsie”? I dlaczego tak się śmiejecie wy, pokolenie komunistyczne, co was tak tam bawi? Wszak ni to komedia, ni tragedia? Widać, tylko potężne w swym przejawie tragedie, gwałty, przemoc i bardzo spektakularne mordy, bądź nieszczęścia na wielką, bo choćby i kosmiczną skalę, głód, poniewierka rodzi wielkie historie, wielkie opowieści. I wzbudza adrenalinę, wyznacznik obecny jakości tzw. dobrej opowieści. Inaczej to już tylko nuda i rzygowiny. A tak... a tak? Czym się tu zachwycać, skoro nie zachwyca? I czy aby nie za późno już na uczciwe opowiedzenie historii naszego pokolenia? Bo w zasadzie, to już chyba niczym nie można tych młodych zatrzymać. W tym szczurzym i nieobliczalnym w skutkach wyścigu. I niczego nowego, istotnego opowiedzieć czy choćby w małym stopniu pobudzić ich wyobraźnię. Dla samej wyobraźni i głębokiego pojmowania rzeczy jakim naprawdę są.
Bezsensownym zdaje się jest wciąż cofać się i wciąż chełpić się kontrowersyjnymi w swej politycznej i moralnej słuszności powstaniami narodowościowymi. Gdzie w rozliczeniu pozostawało tysiące trupów i niewypłakane łzy matek kilku pokoleń. I polityczna przegrana. Młodzi są wielce zadziwieni, zarzucając nam tym samym, iż z niepojętego dla nich powodu a więc pełnego niedorzecznych rojeń, wciąż rwiemy szaty bądź sypiemy głowę popiołem, co też w historii powojnia miało miejsce i czasem jeszcze ma. Jak więc nimi wstrząsnąć? Zwłaszcza tymi, którzy mają w nadmiarze napakowane umysły komercyjną sieczką. A bojownicy o wolną Polskę? Prawie już wszyscy wymarli, zatem trąci to myszką i śmiesznością. Cała ta nie spełniona bohaterszczyzna. Bóg, Honor i Ojczyzna!?
Wiszą więc ten Katyń i Smoleńsk od lat już wielu, nieodłącznie nad głową każdego obywatela wiszą, jak kat nad głową skazanego na szafot. By ocalić resztki narodowej iluzji i honoru. I kogo to tak naprawdę obchodzi? Dzieci ich dzieci?Patriotyzm? To już bardzo anachroniczne jakości. Podobnie jak lojalność, honor i tym podobne wartości. Z rozmysłem je pozostawiła i nie zapisała, by nie drażnić więcej estetyki współczesnego umysłu. Nie ma co zadrażniać i się kłócić, bo nie o to przecież chodzi…


(fragment)

piątek, 27 listopada 2015

Zimowa Opowieść




Sławomir Majewski


Zamknął drzwi na klucz, założył rękawiczki, chrząknął i wyszedł na ulicę. Szurając butami po oblodzonym chodniku, dotarł do przystanku tramwajowego, poczekał na szesnastkę, wsiadł, skasował bilet i zajął miejsce obok zakutanej po nos kobiety.
Zimno, powiedziała dziarsko.
Zimno, przytaknął niechętnie, bo nader niechętnie rozmawiał z obcymi. Dojechał do dworca, wysiadł, wszedł do hali dworcowej i ruszył w kierunku kas.
Jeden normalny na drugą klasę pospiesznego do… Kiedy otworzył oczy, stał na polanie, a przed nim, na soczystej trawie leżał kudłaty, mięciutki baranek tuż obok wielkiego lwa.
Omatko! Zawołał w duchu i z przerażenia zamknął oczy. Kiedy otworzył oczy, leżał na twardej kozetce, a po obu jego bokach stali trzej faceci w białych fartuchach.
Ile pan widzi palców? Zapytał Pierwszy, pokazując mu trzy palce.
Trzy, odpowiedział, a wtedy Drugi pochylił się i wrzasnął mu do ucha:
Jak się pan nazywa, panie Johansen?
Johansen, odpowiedział, chociaż nie nazywał się Johansen, tylko Ibsen. – Knut Ibsen.
Teraz dostanie pan zastrzyk uspokajający, a potem przeprowadzimy te… no… o, analizy, okej? Wyjmując strzykawkę, poinformował go Trzeci.
Dobrze, odpowiedział Ibsen, zamykając oczy. Kiedy otworzył oczy, jego prawa dłoń spoczywała na jakiejś wielkiej, nagiej piersi, ściskając różowy sutek. Leżąca obok niego niewiasta była wielka i biała jak zaspa świeżo nawianego śniegu. Widywał takie w Grenoble, gdzie kilka lat temu miał kochankę imieniem Daniela, ale ta Kobieta nie była Danielą, tylko wielką jak zaspa śniegu, białą niewiastą lat około trzydziestu trzech, o gęstych, czarnych kręconych włosach i zamkniętych oczach.
- Umarła? Pomyślał, bojąc się zabrać dłoń z jej sutka.
Wiesz co, Knut? Jak chcesz, to możesz mi przynieść kompotu z lodówki. Powiedziała sennie Kobieta i przewróciła się na lewy bok; jej wielkie, białe jak zaspa śnieżna plecy były wytatuowane w krokodyle i hibiskusy.
Dobrze, odpowiedział, wstał i zobaczył że jest nagi a przy stoliczku pod oknem siedzi malutka Starowinka w zielonym kapelusiku, gryząc sucharka.
No nareszcie, powiedziała. Nareszcie jaśniepan raczył wstać. Odziałbyś się, świnio!
Ibsen zakrył przyrodzenie rękami i bezradnie rozglądał się za swoim ubraniem.
Łachy są w praniu. Poinformowała go Starowinka. Śmierdziały szpitalem, sikami i jakąś wielką kobietą, białą jak śnieżna zaspa. Salomon i ja postanowiliśmy cię oprać. Możesz założyć jego kombinezon, ten z Wysp Salomona.
Dobrze, odpowiedział i zamknął oczy. Kiedy otworzył oczy, zamykał drzwi na klucz. A skoro tak, to założył rękawiczki, chrząknął, wyszedł na ulicę i szurając butami po oblodzonym chodniku, dotarł do przystanku tramwajowego; poczekał na trzynastkę, wsiadł, skasował bilet i usiadł obok zakutanego po nos policjanta.
Zimno, powiedział dziarsko policjant.
Zimno, przytaknął niechętnie, bo nader niechętnie rozmawiał z obcymi, a z policjantami szczególnie. Kiedy dojechał do dworca, wstał i wysiadł, wszedł na dworzec i poszedł w kierunku kas.
Jeden normalny na drugą klasę pospiesznego do…
Do? Spytała Niemiła Kasjerka.
Do…
No? Dokąd? Dokąd pan chce jechać? Niech pan nie blokuje! Niech pan odejdzie i wróci, kiedy się pan zdecyduje! Ludzie czekają! Oni wiedzą, dokąd chcą jechać! Co za ludzie! Przyjdzie taki jeden z drugim i blokują a normalni, porządni ludzie chcą jechać!
Złapał się za głowę i z przerażeniem wybiegł przed dworzec, wskoczył do tramwaju, a kiedy wstał, wysiadł, wszedł na dworzec i poszedł w kierunku kas.
Jeden normalny na drugą klasę pospiesznego do…
- Omatko! Zawołał w duchu i z przerażenia zamknął oczy, a wtedy podeszła do niego ta Kobieta w hibiskusy z krokodylami, objęła go i pocałowała w usta.
Jak chcesz, to możesz mi przynieść kompotu z lodówki, Knut.
Kim pani jest?
Jak to: kim jestem, kochanie? To ja, Daria, twoja kochanka z Grenoble.
Widywał takie w Grenoble, gdzie kilka lat temu miał kochankę imieniem nie Daria, tylko Daniela, ale ta Kobieta nie była tamtą Danielą, tylko wielką jak zaspa śniegu, białą niewiastą lat około sześćdziesięciu siedmiu, o czarnych gęstych, kręconych włosach i zamkniętych oczach.
Nie, to niemożliwe! Krzyknął zrozpaczony. Daniela jest szczuplutką blondyneczką z małymi cycuszkami a pani…
No nareszcie! wrzasnęła Starowinka w zielonym kapelusiku. Nareszcie jaśniepan raczył coś zrozumieć! Odziałbyś się, świnio!
Dobrze, odpowiedział, bo zobaczył że jest nagi.
Zimno, powiedział surowo policjant.
Zimno! Przytaknął dziarsko, bo nader chętnie rozmawiał z obcymi a z policjantami szczególnie.
Twoje łachy są w praniu, ty wszawa gnido! Poinformowała go Starowinka. Śmierdziały szpitalem, sikami i jakąś wielką kobietą, białą jak śnieżna zaspa, no, to Salomon i ja postanowiliśmy cię oprać, zasrańcu! Możesz założyć kombinezon Salomona z Wysp, a jak nie, to nie; to dalej chodź z kindybałem na wierzchu, zboczku!
Ibsen otworzył drzwi kluczem, nacisnął klamkę, zdjął rękawiczki, chrząknął i wszedł do mieszkania. Wyszeptał ze smutkiem
Boże, co za nora…


niedziela, 1 listopada 2015

MOŻE

MIKOŁAJ RADWAŃSKI

 
Rozdział I

Nazywam się Marcin Kornaga i jestem chłopcem urodzonym dnia jedenastego sierpnia roku pańskiego tysiąc dziewięćset dwudziestego, a właściwie jestem tylko echem jego głosu, które pobrzmiewa w głowie tego, który wypowie wszystko to, co ma wypowiedzieć, przemówi w czasie snów, przemówi, ponieważ chce przekazać historie wielu innych ludzi, którzy nie mają już głosu, bo nie został już nawet jeden ślad po ich ciałach, a w moim ciele są struny głosowe i wszystkie piętra krtani, które być powinny, i płuca, i tchawica, i gardło, i czaszka obciągnięta skórą jako instrument, gdyż dzisiaj już wiem, że przez przestrzenie w czaszce powinno się prowadzić głos, aby uzyskać jak najczystsze dźwięki.
Moje ciało już nie istnieje, zostało zjedzone, przez tych, którzy mieli je zjeść, zostało wyssane przez to, które miało wyssać i stało się tym, czym miało się stać. I jednocześnie moje ciało istnieje pomiędzy skórą a mięśniami tego, który o tym opowie. Istnieje jak cienka błonka, pod którą wszystkie substancje mieszają się i łączą w inne substancje, bo tak toczy się życie.
Nazywam się Marcin Kornaga i jestem synem chłopa, ale nienawidzę swojego pochodzenia, bo pochodzenie moje powinno być szlacheckie, a jest chłopskie, na co wpływu nie miałem żadnego, tak jak nie miałem i nie mam wpływu na wiele innych rzeczy, które również toczą się swoim własnym rytmem. Począł mnie ojciec mój Antoni, którego z kolei na świat powołał Wojciech wychowany we wsi Dęblin, kiedy jeszcze nie było na mapach świata państwa polskiego, kiedy chłopi odrabiali pańszczyznę, a Polska była jedynie w gorących sercach i w mowie miejscowych, ale nie we wszystkich sercach, albowiem bywały też serca zimne, jak to wśród ludzi, którzy pragnęli śmierci wielu innych, dobrych istnień, przy czym nie mnie osądzać, które istnienia były złe.
Ojciec mój Antoni swoje nasienie złożył w łonie mojej matki Heleny, której pochodzenie nie jest mi znane, ponieważ moja matka Helena wychowała się w sierocińcu i jej samej trudno jest dowieść swojego pochodzenia. Jej pamięć nie zarejestrowała żadnego szczegółu, który pozwoliłby chociaż snuć jakieś wyobrażenia na temat matki lub ojca, albo ich obojga naraz. Wydały mnie zatem lędźwie mojej ukochanej matki, w nich wszystko się zaczęło, ale skończy się w ziemi. Człowiek jest bowiem ziemią, matka moja jest ziemią, wszystko w ziemi się zaczyna i kończy, mimo że zaczyna się zawsze w ciele kobiety i z ciała mężczyzny.
Jestem chłopcem urodzonym roku pańskiego, ponieważ wierzę głęboko w pana naszego, ale jeszcze nie wiem, że moim panem będzie nie Jezus Chrystus, a szatan, rzekomo upadły anioł i wszystko, co uczyni człowiek w mojej obecności, a także nie w mojej obecności, lecz za moją wiedzą, uznam za dzieło diabła, lecz to dopiero później, kiedy wydarzy się coś, co ma się wydarzyć i o czym wiem teraz ja, ale nie wie tego Marcinek.
Rok pański nie był zatem rokiem Chrystusa, chociaż nim był, ale nie był takim rokiem w moim życiu, pomimo, że uczono mnie czegoś innego. Uczono mnie miłości do ludzi, miłosierdzia bożego, wybaczania, a przecież miłości nie powinno uczyć się nikogo. Uczono mnie podnosić z podłogi każdy okruch chleba, całować go i zjadać, a przed zjedzeniem jeszcze czynić znak krzyża.
- Marcinku, a podejmij chleb z ziemi. W tym domu szanuje się ciało Pana. – powiedziała do mnie, ale nie do mnie, matka moja Helena. Jestem bowiem Marcinem, chociaż ja tylko wcieliłem się w jego postać po to, by poruszać każdym fragmentem jego chudego, wątłego ciała, żeby wyrażać jego myśli, mówić jego słowami, płakać jego łzami i śmiać się jego śmiechem. Po to by pompować krew w jego kruchych żyłach, bić jego sercem, przełykać ślinę i dotykać językiem języka Jadzi, ale to znacznie później. Znacznie później pojawi się miłość do dziewczęcia.
- Marcin, jak ty jesz, wiesz jaki ciężki jest ten chleb. – ojciec mój Antoni wtóruje matce.
- Wim, wim. Już podnoszę mamuś. Tatulku nie denerwuj się. – ja Marcin, nie Marcin.
Miłość po prostu ma się wewnątrz siebie, gdzieś na dnie własnego serca albo zamiast niej żywisz nienawiść do wszystkiego i wszystkich, i oba te skrajne uczucia mają swoje potwierdzenie w różnych chemicznych reakcjach zachodzących w ludzkim ustroju, kiedy hormony produkują jasne bądź ciemne substancje, które roznoszone są za pośrednictwem krwi, tak jak ciemna substancja pulsuje pod skorupą ziemi i niesie mnie w czasie i przestrzeni. A po mnie nieść będzie kolejnych, niektórzy nie będą sobie zdawać z tego sprawy. Bo to nie jest czas, kiedy pod skórą ziemi pulsuje substancja jasna.
Nauka w okresie międzywojennym nie wiedziała na temat człowieka tak dużo, jak wie w czasach współczesnych, ale ja jako Marcin Kornaga, chłopiec z pokolenia Kolumbów, będę wiedział o człowieku więcej niż inni w latach dwudziestych, trzydziestych i czterdziestych dwudziestego wieku. Uczono mnie więc czegoś innego, ale jak się okazało dużo mocniejsze podstawy miały obrazy, które teraz przelewają się we mnie jak woda i grzęzną na dnie, tak jak grzęźnie się w bagnie, przy czym równocześnie nie są to obrazy widziane moimi oczami. Moimi nie moimi oczami widzi się wszystko i nic. Obrazy grzęzną i krystalizują się, o ile jest to możliwe.
Wyszedłem z wędką z domu przy ulicy Niepodległości 2, na ulicy Niepodległości 2 stał mój dom, dom drewniany, deski do budowy mojego domu zostały przywiezione z tartaku w Krasnoglinach, wsi oddalonej około dziesięciu kilometrów od osady Irena, której dopiero za dwadzieścia lat zostaną nadane prawa miejskie, deski przywiezione na wozie. Wóz ciągnięty przez konia, wóz ciągnięty przez konia należał do Tadeusza Filipka sąsiada z ulicy Ordynackiej, na której w tym samym czasie, ale osiemdziesiąt pięć lat później czekam w swoim własnym, nowoczesnym samochodzie marki Renault Scenic, a ulica ta nazywa się już zupełnie inaczej. Ulica ta została nazwana PCK. A więc przez zarys mojego samochodu będę przechodził w Marcinku Kornadze i wszystkich ludziach, których spotkam jego osobą. Wyszedłem zatem z domu, w którym zostali mama moja Helena, ojciec mój Alojzy i siostra moja Krystyna. Krysia najukochańszy aniołeczek mój, białe lico, jasne włosy, którego obronię przez każdym złem, chociaż to ona mogłaby bronić mnie. Albo przynajmniej się postaram obronić. Ale teraz to ona mogłaby obronić mnie, dziesięcioletniego Marcinka, chłopięce chuchro, jasne włoski, niebieskie oczka, chudziutkie rączki i nóżki, nosek z garbem. Moja siostra jest bowiem osiem lat starsza i w chwili, kiedy idę z wędką, jest pełnoletnia. A później wszyscy zrównamy się wiekiem, mimo że umrzemy w różnych czasach i w różnych okolicznościach, ale się zrównamy. Zrównamy się konsystencją, gdy nasze zbite ciała rozpuszczą się w sokach ziemi, gdy wyssą nas drzewa, a drzewa spróchnieją i same rozpuszczą się w sokach ziemi, będziemy pulsować pod powierzchnią, będziemy nieść następne pokolenia, będziemy nieść ciebie, poruszać twoimi nogami i rękami, i głową, i ustami w tej głowie. ‘Ciebie’, to ty, który przemówisz Marcinkiem po to, by dowiedziano się o nim, o jego smutnym, ubogim życiu. ‘Ciebie’, to ja, który będę Marcinkiem o smutnym i ubogim życiu. Niewiele się różnimy, wiele nas łączy.
Podeszło do niego dwóch mężczyzn, dwóch mężczyzn ubranych było w skórzane kurtki, w spodnie i bryczesy. Twarze skrywał cień ciemnych kapeluszy, które nie były w tamtej chwili potrzebne. Była to dość późna pora, słońce już zachodziło. Znam przeszłość i teraźniejszość, a więc znam również przyszłość, która się wydarzy w bliższej i dalekiej perspektywie. Jednocześnie jestem
Oderwała kawałek białego mięsa, a wcześniej oddzieliła od mięsa zrumienioną skórę, a jeszcze wcześniej posoliła surową powierzchnię, obtoczyła w mące i położyła na rozgrzanym tłuszczu, a zanim to zrobiła, nożem zeskrobała łuski, a wcześniej przecięła brzuch, przecięła od łba ku ogonowej płetwie i usłyszała jak z pławnego pęcherza uchodzi z sykiem powietrze i wyjęła z jamy wnętrzności razem z ikrą, tyle małych, śliskich, śluzowatych, srebrzących się, tyle się właśnie nie urodziło, a mogło się narodzić, ale się nie narodziło, i odcięła głowę. Znacznie wcześniej złowiłem ją wędką, a najwcześniej? Ryba pływała w hodowlanym stawie. Staw znajdował się jakieś trzy kilometry od domu. To nieduża odległość, a jednocześnie duża. Duża dla głodnego człowieka, bo głodny człowiek oznacza, że nic nie zjadł, bo człowiek nic nie zjadłszy traci siły, więc i odległość kilku kilometrów może okazać się przeszkodą trudną do pokonania, ale ja pokonałem tę odległość. Co mnie wtedy niosło, co niosło moje dziesięcioletnie ciało? Staw znajduje się zatem trzy kilometry od domu, a dom znajduje się w samym centrum miasteczka. Niedaleko skrzyżowania, które kilkadziesiąt lat później wygląda zupełnie inaczej, niż w roku tysiąc dziewięćset trzydziestym. Zanim zarzuciłem haczyk stałem i wpatrywałem się w lustrzaną toń tego stawu, po którym dziś nie ma już nawet śladu.
Skóra jest najlepsza z tego wszystkiego, słona, tłusta i chrupka. Gdyby tak same smażone skóry? Oderwała kawałek mięsa i włożyła do ust, włożyła dwoma palcami, co nie ma żadnego znaczenia, bo mogła ująć kęs w trzy albo cztery palce, co i tak nic by nie zmieniło. Oderwała. Zaczęła jeść, przygryzła zębami miękki, lekko tłusty kawałek, w takich sytuacjach zawsze pomaga się językiem, w takich sytuacjach organizm sam sobie pomaga, ślinianki produkują ślinę, żeby pokarm w czasie gryzienia był wilgotny i łatwo dał się połączyć ze sobą. Dzięki ślinie dużo łatwiej się przełyka. Prawdy o człowieku, półprawdy, bo dopiero dowiem się wszystkiego o nich i innych, których śledził będę, a jednocześnie nie będę nikogo podpatrywał, gdyż nikt z tych, których będę śledził już nie żyje, część z tych ludzi ma swoje groby, ale część pochowana jest w nieznanych miejscach, ich kości dawno już zetlały.
Chociaż wydaje się to nieprawdopodobne, to jednak boli mnie światło wiekuiste, bo tęsknię za umarłymi, nad którymi podobno świeci takie światło. Światło wiekuiste świeci nad tymi wszystkimi, o których nikt już nie pamięta, że w ogóle istnieli, a istnieli, żyli, jedli, pili, płodzili dzieci, a dzieci przedłużały linie swoich rodzin, ale współcześni wiedzą niewiele o swoich korzeniach.
Więc ból obudził ją o wczesnym świcie. Wody odeszły niedługo po przebudzeniu, rodziło się dziecko. Miało się to dziecko narodzić w dniu jedenastym sierpnia tysiąc dziewięćset dwudziestego roku, w jednym z biednych domów w osadzie Irena, które teraz nosi nazwę Dęblin i przestało już być osadą, a jest małym miastem. Miało się urodzić dzień przed przyjazdem wielkiego wodza naczelnego Józefa Piłsudskiego. Przy ulicy Niepodległości, jednej z głównych arterii, w przeważającej większości stały domy drewniane, gdzieniegdzie, jeśli gospodarz był dość majętny, ludzie mieszkali w domach murowanych. Cegłę kupowano z cegielni w Krasnoglinach, wsi oddalonej około dziesięciu kilometrów. Ludźmi z domów murowanych byli Żydzi i Polacy, podobnie jak ci z biednych domów drewnianych. Polsko – żydowska mieszanka kulturowa, ale te dwie grupy mieszały się ze sobą tylko do pewnego czasu. Żydzi zniknęli z miasta pod wpływem wojennej zawieruchy, która w dalszym ciągu powoduje we mnie spustoszenie, mimo, że jej osobiście nie przeżyłem, lecz wszystko wskazuje na to, że teraz cofnę się w czasie. Sam stanę się czasem i jednocześnie ludźmi, po których częstokroć nie ma już nawet śladu, albowiem wrócili do ziemi, stali się ziemią, bo wszyscy nią jesteśmy. A więc mieszali się we mnie Żydzi i Polacy, małe rozparzone ciała kobiet i mężczyzn ślizgają się dzisiaj pod moją skórą, drążąc małe korytarze.