niedziela, 1 listopada 2015

MOŻE

MIKOŁAJ RADWAŃSKI

 
Rozdział I

Nazywam się Marcin Kornaga i jestem chłopcem urodzonym dnia jedenastego sierpnia roku pańskiego tysiąc dziewięćset dwudziestego, a właściwie jestem tylko echem jego głosu, które pobrzmiewa w głowie tego, który wypowie wszystko to, co ma wypowiedzieć, przemówi w czasie snów, przemówi, ponieważ chce przekazać historie wielu innych ludzi, którzy nie mają już głosu, bo nie został już nawet jeden ślad po ich ciałach, a w moim ciele są struny głosowe i wszystkie piętra krtani, które być powinny, i płuca, i tchawica, i gardło, i czaszka obciągnięta skórą jako instrument, gdyż dzisiaj już wiem, że przez przestrzenie w czaszce powinno się prowadzić głos, aby uzyskać jak najczystsze dźwięki.
Moje ciało już nie istnieje, zostało zjedzone, przez tych, którzy mieli je zjeść, zostało wyssane przez to, które miało wyssać i stało się tym, czym miało się stać. I jednocześnie moje ciało istnieje pomiędzy skórą a mięśniami tego, który o tym opowie. Istnieje jak cienka błonka, pod którą wszystkie substancje mieszają się i łączą w inne substancje, bo tak toczy się życie.
Nazywam się Marcin Kornaga i jestem synem chłopa, ale nienawidzę swojego pochodzenia, bo pochodzenie moje powinno być szlacheckie, a jest chłopskie, na co wpływu nie miałem żadnego, tak jak nie miałem i nie mam wpływu na wiele innych rzeczy, które również toczą się swoim własnym rytmem. Począł mnie ojciec mój Antoni, którego z kolei na świat powołał Wojciech wychowany we wsi Dęblin, kiedy jeszcze nie było na mapach świata państwa polskiego, kiedy chłopi odrabiali pańszczyznę, a Polska była jedynie w gorących sercach i w mowie miejscowych, ale nie we wszystkich sercach, albowiem bywały też serca zimne, jak to wśród ludzi, którzy pragnęli śmierci wielu innych, dobrych istnień, przy czym nie mnie osądzać, które istnienia były złe.
Ojciec mój Antoni swoje nasienie złożył w łonie mojej matki Heleny, której pochodzenie nie jest mi znane, ponieważ moja matka Helena wychowała się w sierocińcu i jej samej trudno jest dowieść swojego pochodzenia. Jej pamięć nie zarejestrowała żadnego szczegółu, który pozwoliłby chociaż snuć jakieś wyobrażenia na temat matki lub ojca, albo ich obojga naraz. Wydały mnie zatem lędźwie mojej ukochanej matki, w nich wszystko się zaczęło, ale skończy się w ziemi. Człowiek jest bowiem ziemią, matka moja jest ziemią, wszystko w ziemi się zaczyna i kończy, mimo że zaczyna się zawsze w ciele kobiety i z ciała mężczyzny.
Jestem chłopcem urodzonym roku pańskiego, ponieważ wierzę głęboko w pana naszego, ale jeszcze nie wiem, że moim panem będzie nie Jezus Chrystus, a szatan, rzekomo upadły anioł i wszystko, co uczyni człowiek w mojej obecności, a także nie w mojej obecności, lecz za moją wiedzą, uznam za dzieło diabła, lecz to dopiero później, kiedy wydarzy się coś, co ma się wydarzyć i o czym wiem teraz ja, ale nie wie tego Marcinek.
Rok pański nie był zatem rokiem Chrystusa, chociaż nim był, ale nie był takim rokiem w moim życiu, pomimo, że uczono mnie czegoś innego. Uczono mnie miłości do ludzi, miłosierdzia bożego, wybaczania, a przecież miłości nie powinno uczyć się nikogo. Uczono mnie podnosić z podłogi każdy okruch chleba, całować go i zjadać, a przed zjedzeniem jeszcze czynić znak krzyża.
- Marcinku, a podejmij chleb z ziemi. W tym domu szanuje się ciało Pana. – powiedziała do mnie, ale nie do mnie, matka moja Helena. Jestem bowiem Marcinem, chociaż ja tylko wcieliłem się w jego postać po to, by poruszać każdym fragmentem jego chudego, wątłego ciała, żeby wyrażać jego myśli, mówić jego słowami, płakać jego łzami i śmiać się jego śmiechem. Po to by pompować krew w jego kruchych żyłach, bić jego sercem, przełykać ślinę i dotykać językiem języka Jadzi, ale to znacznie później. Znacznie później pojawi się miłość do dziewczęcia.
- Marcin, jak ty jesz, wiesz jaki ciężki jest ten chleb. – ojciec mój Antoni wtóruje matce.
- Wim, wim. Już podnoszę mamuś. Tatulku nie denerwuj się. – ja Marcin, nie Marcin.
Miłość po prostu ma się wewnątrz siebie, gdzieś na dnie własnego serca albo zamiast niej żywisz nienawiść do wszystkiego i wszystkich, i oba te skrajne uczucia mają swoje potwierdzenie w różnych chemicznych reakcjach zachodzących w ludzkim ustroju, kiedy hormony produkują jasne bądź ciemne substancje, które roznoszone są za pośrednictwem krwi, tak jak ciemna substancja pulsuje pod skorupą ziemi i niesie mnie w czasie i przestrzeni. A po mnie nieść będzie kolejnych, niektórzy nie będą sobie zdawać z tego sprawy. Bo to nie jest czas, kiedy pod skórą ziemi pulsuje substancja jasna.
Nauka w okresie międzywojennym nie wiedziała na temat człowieka tak dużo, jak wie w czasach współczesnych, ale ja jako Marcin Kornaga, chłopiec z pokolenia Kolumbów, będę wiedział o człowieku więcej niż inni w latach dwudziestych, trzydziestych i czterdziestych dwudziestego wieku. Uczono mnie więc czegoś innego, ale jak się okazało dużo mocniejsze podstawy miały obrazy, które teraz przelewają się we mnie jak woda i grzęzną na dnie, tak jak grzęźnie się w bagnie, przy czym równocześnie nie są to obrazy widziane moimi oczami. Moimi nie moimi oczami widzi się wszystko i nic. Obrazy grzęzną i krystalizują się, o ile jest to możliwe.
Wyszedłem z wędką z domu przy ulicy Niepodległości 2, na ulicy Niepodległości 2 stał mój dom, dom drewniany, deski do budowy mojego domu zostały przywiezione z tartaku w Krasnoglinach, wsi oddalonej około dziesięciu kilometrów od osady Irena, której dopiero za dwadzieścia lat zostaną nadane prawa miejskie, deski przywiezione na wozie. Wóz ciągnięty przez konia, wóz ciągnięty przez konia należał do Tadeusza Filipka sąsiada z ulicy Ordynackiej, na której w tym samym czasie, ale osiemdziesiąt pięć lat później czekam w swoim własnym, nowoczesnym samochodzie marki Renault Scenic, a ulica ta nazywa się już zupełnie inaczej. Ulica ta została nazwana PCK. A więc przez zarys mojego samochodu będę przechodził w Marcinku Kornadze i wszystkich ludziach, których spotkam jego osobą. Wyszedłem zatem z domu, w którym zostali mama moja Helena, ojciec mój Alojzy i siostra moja Krystyna. Krysia najukochańszy aniołeczek mój, białe lico, jasne włosy, którego obronię przez każdym złem, chociaż to ona mogłaby bronić mnie. Albo przynajmniej się postaram obronić. Ale teraz to ona mogłaby obronić mnie, dziesięcioletniego Marcinka, chłopięce chuchro, jasne włoski, niebieskie oczka, chudziutkie rączki i nóżki, nosek z garbem. Moja siostra jest bowiem osiem lat starsza i w chwili, kiedy idę z wędką, jest pełnoletnia. A później wszyscy zrównamy się wiekiem, mimo że umrzemy w różnych czasach i w różnych okolicznościach, ale się zrównamy. Zrównamy się konsystencją, gdy nasze zbite ciała rozpuszczą się w sokach ziemi, gdy wyssą nas drzewa, a drzewa spróchnieją i same rozpuszczą się w sokach ziemi, będziemy pulsować pod powierzchnią, będziemy nieść następne pokolenia, będziemy nieść ciebie, poruszać twoimi nogami i rękami, i głową, i ustami w tej głowie. ‘Ciebie’, to ty, który przemówisz Marcinkiem po to, by dowiedziano się o nim, o jego smutnym, ubogim życiu. ‘Ciebie’, to ja, który będę Marcinkiem o smutnym i ubogim życiu. Niewiele się różnimy, wiele nas łączy.
Podeszło do niego dwóch mężczyzn, dwóch mężczyzn ubranych było w skórzane kurtki, w spodnie i bryczesy. Twarze skrywał cień ciemnych kapeluszy, które nie były w tamtej chwili potrzebne. Była to dość późna pora, słońce już zachodziło. Znam przeszłość i teraźniejszość, a więc znam również przyszłość, która się wydarzy w bliższej i dalekiej perspektywie. Jednocześnie jestem
Oderwała kawałek białego mięsa, a wcześniej oddzieliła od mięsa zrumienioną skórę, a jeszcze wcześniej posoliła surową powierzchnię, obtoczyła w mące i położyła na rozgrzanym tłuszczu, a zanim to zrobiła, nożem zeskrobała łuski, a wcześniej przecięła brzuch, przecięła od łba ku ogonowej płetwie i usłyszała jak z pławnego pęcherza uchodzi z sykiem powietrze i wyjęła z jamy wnętrzności razem z ikrą, tyle małych, śliskich, śluzowatych, srebrzących się, tyle się właśnie nie urodziło, a mogło się narodzić, ale się nie narodziło, i odcięła głowę. Znacznie wcześniej złowiłem ją wędką, a najwcześniej? Ryba pływała w hodowlanym stawie. Staw znajdował się jakieś trzy kilometry od domu. To nieduża odległość, a jednocześnie duża. Duża dla głodnego człowieka, bo głodny człowiek oznacza, że nic nie zjadł, bo człowiek nic nie zjadłszy traci siły, więc i odległość kilku kilometrów może okazać się przeszkodą trudną do pokonania, ale ja pokonałem tę odległość. Co mnie wtedy niosło, co niosło moje dziesięcioletnie ciało? Staw znajduje się zatem trzy kilometry od domu, a dom znajduje się w samym centrum miasteczka. Niedaleko skrzyżowania, które kilkadziesiąt lat później wygląda zupełnie inaczej, niż w roku tysiąc dziewięćset trzydziestym. Zanim zarzuciłem haczyk stałem i wpatrywałem się w lustrzaną toń tego stawu, po którym dziś nie ma już nawet śladu.
Skóra jest najlepsza z tego wszystkiego, słona, tłusta i chrupka. Gdyby tak same smażone skóry? Oderwała kawałek mięsa i włożyła do ust, włożyła dwoma palcami, co nie ma żadnego znaczenia, bo mogła ująć kęs w trzy albo cztery palce, co i tak nic by nie zmieniło. Oderwała. Zaczęła jeść, przygryzła zębami miękki, lekko tłusty kawałek, w takich sytuacjach zawsze pomaga się językiem, w takich sytuacjach organizm sam sobie pomaga, ślinianki produkują ślinę, żeby pokarm w czasie gryzienia był wilgotny i łatwo dał się połączyć ze sobą. Dzięki ślinie dużo łatwiej się przełyka. Prawdy o człowieku, półprawdy, bo dopiero dowiem się wszystkiego o nich i innych, których śledził będę, a jednocześnie nie będę nikogo podpatrywał, gdyż nikt z tych, których będę śledził już nie żyje, część z tych ludzi ma swoje groby, ale część pochowana jest w nieznanych miejscach, ich kości dawno już zetlały.
Chociaż wydaje się to nieprawdopodobne, to jednak boli mnie światło wiekuiste, bo tęsknię za umarłymi, nad którymi podobno świeci takie światło. Światło wiekuiste świeci nad tymi wszystkimi, o których nikt już nie pamięta, że w ogóle istnieli, a istnieli, żyli, jedli, pili, płodzili dzieci, a dzieci przedłużały linie swoich rodzin, ale współcześni wiedzą niewiele o swoich korzeniach.
Więc ból obudził ją o wczesnym świcie. Wody odeszły niedługo po przebudzeniu, rodziło się dziecko. Miało się to dziecko narodzić w dniu jedenastym sierpnia tysiąc dziewięćset dwudziestego roku, w jednym z biednych domów w osadzie Irena, które teraz nosi nazwę Dęblin i przestało już być osadą, a jest małym miastem. Miało się urodzić dzień przed przyjazdem wielkiego wodza naczelnego Józefa Piłsudskiego. Przy ulicy Niepodległości, jednej z głównych arterii, w przeważającej większości stały domy drewniane, gdzieniegdzie, jeśli gospodarz był dość majętny, ludzie mieszkali w domach murowanych. Cegłę kupowano z cegielni w Krasnoglinach, wsi oddalonej około dziesięciu kilometrów. Ludźmi z domów murowanych byli Żydzi i Polacy, podobnie jak ci z biednych domów drewnianych. Polsko – żydowska mieszanka kulturowa, ale te dwie grupy mieszały się ze sobą tylko do pewnego czasu. Żydzi zniknęli z miasta pod wpływem wojennej zawieruchy, która w dalszym ciągu powoduje we mnie spustoszenie, mimo, że jej osobiście nie przeżyłem, lecz wszystko wskazuje na to, że teraz cofnę się w czasie. Sam stanę się czasem i jednocześnie ludźmi, po których częstokroć nie ma już nawet śladu, albowiem wrócili do ziemi, stali się ziemią, bo wszyscy nią jesteśmy. A więc mieszali się we mnie Żydzi i Polacy, małe rozparzone ciała kobiet i mężczyzn ślizgają się dzisiaj pod moją skórą, drążąc małe korytarze.