poniedziałek, 30 listopada 2015

O Krystynie zwykła rzecz…





DANIELA JARSZAK


Rok 2013 był dla niej paskudny, no może nie do końca, niemniej zdrowie jakoś nie dopisywało, bolały kości, przeleżała więc większość miesięcy w łóżku. Potem jeszcze ten wypadek, skończyło się tylko na połamaniu żeber ale że zajrzała śmierci w oczy, to fakt. Pomyślała, wena mi nie dopisuje, to gdy tak zapiszę ten stan, jak to się śmierci w oczy niemal wprost zagląda, to może być nawet ciekawe i wzbudzić w czytelnikach zainteresowanie. Ale nie zapisała. Nie dało się tego w żadne słowa ująć a może zwykłe lenistwo, a może to lub tamto było ważniejsze od babrania się we własnych doznaniach. Chciała napisać uczuciach ale takie miano nie mieściłoby się już w kategoriach babrania. Zresztą, żeby co? No, właśnie - żeby co? Komu to potrzebne i w ogóle to całe pisanie, w którym niby cała prawda i za grosz jej tak naprawdę nie ma. Od kiedy to można zapisać dokładnie, co się w danym momencie przeżywało, bądź przynajmniej w miarę przyzwoicie odtworzyć, unaocznić przebieg istotnych i tych pozornie nieistotnych zdarzeń. Wszystko to, to tylko próby przybliżania, uwidaczniania tego, czego i tak nie obejmie żadne pióro. Psyche to psyche a nie jakaś tam karafka z wodą do orzeźwienia w przydrożnej aptece. A język duszy? Górnolotnie zabrzmiało, no ale cóż… nie robić nic? W kołowrocie codzienności, zwłaszcza tej kobiecej; zakupy, sprzątanie, pranie, wymyślanie jak najmądrzejszych i zarazem tanich posiłków, by w ogóle przetrwać, zwłaszcza zimę przepędzić w miarę znośnie, coś trzeba robić ponadto. By nie skarleć umysłowo. O innych sferach rzeczywistości (jakiej rzeczywistości, zapytałby racjonalista), to wspominać raczej trudno. W każdym razie póki co, trudno.
Transcendencja, mistycyzm, wędrówki dusz… tematy zwiewne w swej istocie ale zbyt twarde i nie do strawienia dla większej większości populacji. Zresztą, to i tak tylko zaledwie przeczuwalny azymut a nie ostateczne prawdy. I całe szczęście, patrząc na to z zupełnie innej perspektywy. A więc hobby? Słuchanie dobrej muzyki, czytanie, rozwiązywanie krzyżówek, etc. Nie… Tworzenie to podstawa wszelkiej aktywności. Lubi pisać ale o czym, gdy życie ściągnęło ją w mury codzienności. Śmiesznie niemożliwe!? A jednak. Masz mało pieniędzy, umierają więc powoli wszystkie twoje kontakty. W każdym razie, niemal wszelkie kontakty. Bo jeśli posiadasz mało, to jesteś człecze niezaradny życiowo, więc kto z lebiegą zechce kontakt na dalszą metę utrzymywać? Jakżeś biedny, toś zwyczajnie głupi a kto z głupim chciałby do kupy?
O czym, o kim zatem pisać, skąd czerpać żywą wiedzę o otaczającym świecie? Wszak nie jest Immanuelem Kantem, co to latami nie opuszczał swojego pomieszczenia w Królewcu a i tak swoje wiedział. Poza tym, każdy taki bilet na tramwaj czy autobus kosztuje, tak więc nie wytrzymali twoi najbardziej wierni przyjaciele; no bo jeśli nie odwiedzasz mnie wedle moich życzeń, to ja dziękuję za taki kontakt na niby, mam już dość!
Kiepsko w ogólnym bilansie by to wyglądało, pomyślała, gdyby nie morze… Jakie to wielkie błogosławieństwo nad nim mieszkać! Aktywność i kontakt z naturą, rzecz jasna, rozprasza w jakimś przynajmniej stopniu, największą nawet samotność, nudę, depresję. Slogan, ale za to jaki słuszny, więc niech sobie nim będzie; bowiem nawet ostatnie znowu jakieś tam badania wykazały, iż nic tak nie wzbudza hormonu szczęścia jak właśnie bezpośredni kontakt z przyrodą.
Lecz gdy się tak w bólu i w łóżku zastygnie, trudno potem narzucić sobie dyscyplinę i zmusić się do najprostszych nawet działań. Ale o dziwo! narzuciła ją sobie i codziennie wybierała się na długie spacery. Tak mniej więcej: pięć, do siedmiu kilometrów. Początkowo morze było bardzo spokojne a tafla czystej, nieporuszonej wody rozczarowywała nieco zastygłym pięknem i gnuśną niemocą. Poza tym niełatwo było iść po grząskim i wilgotnym piasku wydeptanym przez innych. Po niedługiej jednak obserwacji mniej więcej wiedziała, kiedy jest przypływ, kiedy odpływ i kiedy piasek jest wystarczająco twardy i wygodny do stawiania kroków, co po rocznej ponad przerwie miało dla niej zasadnicze znaczenie. Zatem chodziła uparcie codziennie, w pogodę i niepogodę. Potem przyszły sztormy, więc fale były na tyle wzburzone i rozszalałe, zatem wystarczająco zsynchronizowane z jej temperamentem i chęcią nowych doznań i przygód. Wraz z tym zmaganiem się żywiołów była coraz bardziej zachwycona i szczęśliwa, poczuła bowiem ogromny przypływ energii oraz ochoty do życia i walki z chorobą. Wskutek czego bóle uległy znacznemu zmniejszeniu a jej dobry nastrój rósł z każdą chwilą w tempie podobnym do tego, kiedy to po zimowym przesileniu przybywa coraz więcej dnia i słońca na zziębniętym i nierzadko zmrożonym niebie. Zauważyła też, że taniec wiatru z wodą wywołujący bałwany rozmierzwione kipiącym szumem i rozbieloną pianą, wzbudza jej siły witalne. To tarcie powietrza z nieprzebranymi masami wody, wzniecające powstawanie większej ilości jodu i jonów ujemnych, uskrzydla ją i dodaje młodości, o której już prawie zaczynała zapominać. A zresztą, po co pamiętać - zatrzymała się. Wspominać można by wiele, lecz co? Fakty nierzadko interesujące a może nawet i piękne… Taaaa… naiwnie pięknie, więc z czym się tu spotykać? Ze stanem świadomości szczelnie obwarowanej przez ego i permanentną ignorancję? Z do bólu rozchełstaną egzaltacją i w efekcie histerią, czyli zupełnym brakiem wewnętrznego uporządkowania i dystansu do otaczającej rzeczywistości i siebie samej? Do panoszącej się bezwiednie i dlatego strefy emocjonalnych huśtawek wykluczających jakikolwiek zdrowy samokrytycyzm i wciąż racjonalizujących i aż nadto dokuczliwych pułapek, prowadzących w efekcie do skrajnego bólu i wyczerpania, a więc do autodestrukcji a zatem i do wyobcowania. Wyobcowanie… brrr! Wstrząsnęła się na samą myśl. Najgorsza z niewoli. Pewnie niejeden, tam za kratkami, czuje się bezpieczniej i potrzebniej. I liczy te swoje dni, rysując kreski na ścianach, do wolności.
Czyżby nadzieja, iście była tą zasadniczą cnotą z trzech istotnych, nadającą sens główny istnieniu, by w ogóle się nie zapaść i nie obumrzeć? Czy wszyscy mniej lub bardziej czują podobnie, mając przed oczyma wyobraźni tę przerażającą, od czasu do czasu przynajmniej, świadomość zupełnej oddzielności i absolutnej nieprzystawalności do drugiej istoty? I wszyscy tak w sobie, w JEDNYM BOGU błądzimy po omacku? Nawet jeśli spotkamy tę drugą połówkę, to i tak o wiele za mało... Bowiem ta maleńka całość też się nie obroni w chaosie większości i wzajemnego pogubienia a więc i niezrozumienia. Czyli, pomimo i nie wiadomo tak naprawdę dlaczego: należy zapisywać, zapisywać, malować, rzeźbić, tkać, czyli tworzyć a raczej - wciąż przetwarzać? Żeby co, nie pamiętać, czy wreszcie zapamiętać?Śmiesznie i jednakowo nieporadnie będzie to wyglądało z tej następnej i następnej perspektywy. I tak wciąż i wciąż bez końca? O mój boże, przerażające, czy też na odwrót?
Niemniej - poprzez stosowanie takich autozwierciadeł, nie tylko można pochylić się nad sobą ale i zawstydzić nawet, rozczarować, a więc i wreszcie zastanowić. Byle nie przekroczyć tej granicy, od której to zaczyna się poczucie winy, w czym wystarczająco dopomogły już ludzkości religie. Wszelkie religie. Nie ma lepszej lub specjalnie gorszej. Jest tylko r e l i g i a. Na ile jest ona przydatna ludzkości, a na ile ją ogranicza, to temat dla tęższych głów. W każdym razie pochylić się nad sobą zawsze warto, dla autokorekty i pogłębiania zdrowego dystansu. Do siebie. I świata automatycznie. Co jest absolutnie jednoznaczne!
A więc: nad sobą, ze sobą, ze mną, we mnie, dla siebie, do siebie, o mnie, dla mnie; a potem z tym nieodłącznym ja jak co dzień trzeba iść na zakupy, zrobić obiad, kolację, uruchomić dostatecznie zgubną internetowo-telewizyjną nawigację, filmokrację, reklamokrację oraz demoklację… Mimo to, po tak solidnym spacerze czuła, że ma jako takie czyste sumienie, że nie zmarnowała dnia. Namaszerowała się bowiem dostatecznie i dostatecznie nazachwycała, a więc Boskości Wszelkiej tym samym złożyła jak najbardziej należny hołd i wdzięczność za sam akt istnienia. Toteż w nagrodę serwowała sobie jakieś przyzwoite kino. Hollywoodzkich hitów miała po dziurki w nosie.
Może by tak wrócić do szkoły polskiej, do kina moralnego niepokoju? A więc wróciła. Wróciła po raz kolejny, bo nie ma jak to peerelowska kinematografia! Nierzadko zawieszone w czasie i przestrzeni dialogi, ukryte podteksty, Krzysztof Komeda bądź Wojciech Kilar w tle... Wczesny bardzo Romek Polański, no i wiecznie neurotyczny i rozdygotany, ale za to z hipnotyzującą osobowością, Zbyszek Cybulski, a obok niego z wybitnie zabawną, bo wciąż nieporadną vis comica, Bogusław Kobiela. No a potem genialny młody Olbrychski w „Popiołach”, we „Wszystko na sprzedaż”, czy „Pannach z Wilka”, czy też wreszcie zagubiony inteligent u Zanussiego, albo pełen życia i niewyobrażalnego zapału przyszły fabrykant w „Ziemi obiecanej” Wajdy. Następnie cała produkcja Barei, Krzysztofa Kieślowskiego, Aleksandra Forda etc, etc… a przede wszystkim „Niewinni czarodzieje” i jedna z najpiękniejszych scen polskiego kina. Przynajmniej w jej odczuciu.
Młodzi, niewinni czarodzieje o świcie na warszawskim bruku, w nieodbudowanej jeszcze do końca z ruin, Warszawie, gdzie grano bardzo dojrzały i niepowtarzalny jazz. W żadnym kraju europejskim w latach 50- tych i 60-tych nie produkowano takiej ilości filmów z tak znakomitą, bo najwyższej jakości muzyką jazzową. Dla przykładu w takim RFN-ie rocznie nakręcono z muzyką jazzową zaledwie kilka filmów, a w Polsce daleko, daleko więcej, bo aż kilkadzieści. Niemcy zachodzili w głowę, jak to możliwe? Wszak to oni byli pod znaczącym wpływem Stanów Zjednoczonym i tym samym mieli nieograniczony dostęp do sztuki i kultury zachodniej, w przeciwieństwie do Polaków i to z za Żelaznej Kurtyny. A tu taki wysyp genialnych talentów; muzyków, scenarzystów, reżyserów i operatorów. I aktorów! I w konsekwencji znakomitych, na światową, a co najmniej europejską skalę produkcji.
ach, to były czasy... wolności w czasach takiej niewoli. Paradoks? A może wcale nie.
- Widzicie dzieci - gdy wpadły ją odwiedzić- mówiła. Widzicie? Spójrzcie jakie się kiedyś filmy robiło?
- No, ale o co tak naprawdę chodzi w tym „Rejsie”? – odpowiadała skupiona na próbie zrozumienia treści, z takim zachwytem serwowanych przez matkę, najmłodsza studiująca latorośl.
- Jak to o co? Naprawdę nie łapiesz istoty rzeczy i tych wszystkich niesamowicie paradoksalnych niuansów? A w zasadzie komunistycznych paradoksów?
- Nie, ni w ząb, a w każdym razie niespecjalnie. I tu się musiała zatrzymać nad tym: jak to o co? A więc dla nich to nie historia nawet, ale jak widać kompletna niewiadoma. Niezrozumienie sedna poprzedniego ustroju. Ustroju, ( swoją drogą jakie to śliczne określenie od słowa ustroić, to dopiero paradoks najwyższej klasy chyba! czyli taki klasowy paradoks! ) o którym wiedzą tyle tylko, że komunizm był bardzo be, czyli zły, a komuchy głupie do granic możliwości, ale i okrutne. Przy tym sentymentalne i na wskroś niesamodzielne, a więc kompletnie nieodpowiedzialne istoty.
A w każdym razie naiwni idealiści, więc i tym samym nieporadni głupcy. A sam system zniewalał, ograniczał i mordował niewygodnych i nic ponadto. Tkwił więc w tym ciemnogrodzie despotyzmu i tyranii, no bo gdyby nie tkwił, to już dawno bylibyśmy wolni i szczęśliwi wreszcie!
Jednakże, te wszystkie niuanse, te pomiędzy i poza też, które jak się ostatecznie okazało, były zaczynkiem do rodzenia się prawdziwej sztuki, są wciąż w sferze nie domysłów nawet, ale zupełnego nieistnienia, czy też niedopowiedzenia; w każdym razie w obecnym świecie Konsumpcjuszy, Markecjuszy i Utracjuszy, na pewno!
Polska kinematografia, znakomita polska szkoła plakatu, wybitni kompozytorzy, niepowtarzalni bardowie, wynalazcy itp. kogóż to teraz tak naprawdę obchodzi? Samo określenie pod tytułem komunizm zgilotynowało i anihilowało w wyobraźni młodych jakikolwiek dorobek ich chlubnych antenatów. W ich mniemaniu poprzedni system nie mógł być nośnikiem jakichkolwiek pozytywnych idei i wartości. Zresztą, jakich wartości?
Pamiętała jak ojciec, matka o przedwojniu, wojnie opowiadali. Swoim dzieciom, wciąż i wiele opowiadali, o Żydach barwiących nadto wyraziście polski krajobraz, o niedostatkach, głodzie, czasem łaskawych panach, o ludowych mądrościach i niezwykłej pomysłowości genialnych oszustów -przebierańców, koniokradach, o partyzantach wreszcie z tej jednej i drugiej strony, o tym jak to budowali nową Polskę, o junakach, bandach UPA, o dziadach wędrujących od wsi do wsi po prośbie i ich niezwykłych czasem pełnych proroctw i zagadek opowieściach, o ludziach owładniętych szatanem, badaczach pisma wreszcie, o unitach, czyli grekokatolikach w walce z katolikami, o ucieczce przed Niemcami, pacyfikacji, obozach zagłady i pracy i o tym, jak to krupy polane od czasu do czasu skwarkami były cud–dietą, lub od wielkiego święta na stole pojawiał się biały chleb, bo z peklowanej mąki go rozczyniono i z zakwasu a nie z drożdży, jak dzisiaj.
A my? A nasze pokolenie? Co tak naprawdę przekazaliśmy naszym dzieciom, prócz zwyczajnego milczenia lub skrajnych negatywizmów, by zapewne oczyścić siebie z ewentualnego udziału w rozbiciu poprzedniego systemu. Cóż takiego przekazaliśmy naprawdę, skoro pytają, o czym tak naprawdę Marek Piwowski mówi w tym pokręconym jakimś „Rejsie”? I dlaczego tak się śmiejecie wy, pokolenie komunistyczne, co was tak tam bawi? Wszak ni to komedia, ni tragedia? Widać, tylko potężne w swym przejawie tragedie, gwałty, przemoc i bardzo spektakularne mordy, bądź nieszczęścia na wielką, bo choćby i kosmiczną skalę, głód, poniewierka rodzi wielkie historie, wielkie opowieści. I wzbudza adrenalinę, wyznacznik obecny jakości tzw. dobrej opowieści. Inaczej to już tylko nuda i rzygowiny. A tak... a tak? Czym się tu zachwycać, skoro nie zachwyca? I czy aby nie za późno już na uczciwe opowiedzenie historii naszego pokolenia? Bo w zasadzie, to już chyba niczym nie można tych młodych zatrzymać. W tym szczurzym i nieobliczalnym w skutkach wyścigu. I niczego nowego, istotnego opowiedzieć czy choćby w małym stopniu pobudzić ich wyobraźnię. Dla samej wyobraźni i głębokiego pojmowania rzeczy jakim naprawdę są.
Bezsensownym zdaje się jest wciąż cofać się i wciąż chełpić się kontrowersyjnymi w swej politycznej i moralnej słuszności powstaniami narodowościowymi. Gdzie w rozliczeniu pozostawało tysiące trupów i niewypłakane łzy matek kilku pokoleń. I polityczna przegrana. Młodzi są wielce zadziwieni, zarzucając nam tym samym, iż z niepojętego dla nich powodu a więc pełnego niedorzecznych rojeń, wciąż rwiemy szaty bądź sypiemy głowę popiołem, co też w historii powojnia miało miejsce i czasem jeszcze ma. Jak więc nimi wstrząsnąć? Zwłaszcza tymi, którzy mają w nadmiarze napakowane umysły komercyjną sieczką. A bojownicy o wolną Polskę? Prawie już wszyscy wymarli, zatem trąci to myszką i śmiesznością. Cała ta nie spełniona bohaterszczyzna. Bóg, Honor i Ojczyzna!?
Wiszą więc ten Katyń i Smoleńsk od lat już wielu, nieodłącznie nad głową każdego obywatela wiszą, jak kat nad głową skazanego na szafot. By ocalić resztki narodowej iluzji i honoru. I kogo to tak naprawdę obchodzi? Dzieci ich dzieci?Patriotyzm? To już bardzo anachroniczne jakości. Podobnie jak lojalność, honor i tym podobne wartości. Z rozmysłem je pozostawiła i nie zapisała, by nie drażnić więcej estetyki współczesnego umysłu. Nie ma co zadrażniać i się kłócić, bo nie o to przecież chodzi…


(fragment)