piątek, 27 listopada 2015

Zimowa Opowieść




Sławomir Majewski


Zamknął drzwi na klucz, założył rękawiczki, chrząknął i wyszedł na ulicę. Szurając butami po oblodzonym chodniku, dotarł do przystanku tramwajowego, poczekał na szesnastkę, wsiadł, skasował bilet i zajął miejsce obok zakutanej po nos kobiety.
Zimno, powiedziała dziarsko.
Zimno, przytaknął niechętnie, bo nader niechętnie rozmawiał z obcymi. Dojechał do dworca, wysiadł, wszedł do hali dworcowej i ruszył w kierunku kas.
Jeden normalny na drugą klasę pospiesznego do… Kiedy otworzył oczy, stał na polanie, a przed nim, na soczystej trawie leżał kudłaty, mięciutki baranek tuż obok wielkiego lwa.
Omatko! Zawołał w duchu i z przerażenia zamknął oczy. Kiedy otworzył oczy, leżał na twardej kozetce, a po obu jego bokach stali trzej faceci w białych fartuchach.
Ile pan widzi palców? Zapytał Pierwszy, pokazując mu trzy palce.
Trzy, odpowiedział, a wtedy Drugi pochylił się i wrzasnął mu do ucha:
Jak się pan nazywa, panie Johansen?
Johansen, odpowiedział, chociaż nie nazywał się Johansen, tylko Ibsen. – Knut Ibsen.
Teraz dostanie pan zastrzyk uspokajający, a potem przeprowadzimy te… no… o, analizy, okej? Wyjmując strzykawkę, poinformował go Trzeci.
Dobrze, odpowiedział Ibsen, zamykając oczy. Kiedy otworzył oczy, jego prawa dłoń spoczywała na jakiejś wielkiej, nagiej piersi, ściskając różowy sutek. Leżąca obok niego niewiasta była wielka i biała jak zaspa świeżo nawianego śniegu. Widywał takie w Grenoble, gdzie kilka lat temu miał kochankę imieniem Daniela, ale ta Kobieta nie była Danielą, tylko wielką jak zaspa śniegu, białą niewiastą lat około trzydziestu trzech, o gęstych, czarnych kręconych włosach i zamkniętych oczach.
- Umarła? Pomyślał, bojąc się zabrać dłoń z jej sutka.
Wiesz co, Knut? Jak chcesz, to możesz mi przynieść kompotu z lodówki. Powiedziała sennie Kobieta i przewróciła się na lewy bok; jej wielkie, białe jak zaspa śnieżna plecy były wytatuowane w krokodyle i hibiskusy.
Dobrze, odpowiedział, wstał i zobaczył że jest nagi a przy stoliczku pod oknem siedzi malutka Starowinka w zielonym kapelusiku, gryząc sucharka.
No nareszcie, powiedziała. Nareszcie jaśniepan raczył wstać. Odziałbyś się, świnio!
Ibsen zakrył przyrodzenie rękami i bezradnie rozglądał się za swoim ubraniem.
Łachy są w praniu. Poinformowała go Starowinka. Śmierdziały szpitalem, sikami i jakąś wielką kobietą, białą jak śnieżna zaspa. Salomon i ja postanowiliśmy cię oprać. Możesz założyć jego kombinezon, ten z Wysp Salomona.
Dobrze, odpowiedział i zamknął oczy. Kiedy otworzył oczy, zamykał drzwi na klucz. A skoro tak, to założył rękawiczki, chrząknął, wyszedł na ulicę i szurając butami po oblodzonym chodniku, dotarł do przystanku tramwajowego; poczekał na trzynastkę, wsiadł, skasował bilet i usiadł obok zakutanego po nos policjanta.
Zimno, powiedział dziarsko policjant.
Zimno, przytaknął niechętnie, bo nader niechętnie rozmawiał z obcymi, a z policjantami szczególnie. Kiedy dojechał do dworca, wstał i wysiadł, wszedł na dworzec i poszedł w kierunku kas.
Jeden normalny na drugą klasę pospiesznego do…
Do? Spytała Niemiła Kasjerka.
Do…
No? Dokąd? Dokąd pan chce jechać? Niech pan nie blokuje! Niech pan odejdzie i wróci, kiedy się pan zdecyduje! Ludzie czekają! Oni wiedzą, dokąd chcą jechać! Co za ludzie! Przyjdzie taki jeden z drugim i blokują a normalni, porządni ludzie chcą jechać!
Złapał się za głowę i z przerażeniem wybiegł przed dworzec, wskoczył do tramwaju, a kiedy wstał, wysiadł, wszedł na dworzec i poszedł w kierunku kas.
Jeden normalny na drugą klasę pospiesznego do…
- Omatko! Zawołał w duchu i z przerażenia zamknął oczy, a wtedy podeszła do niego ta Kobieta w hibiskusy z krokodylami, objęła go i pocałowała w usta.
Jak chcesz, to możesz mi przynieść kompotu z lodówki, Knut.
Kim pani jest?
Jak to: kim jestem, kochanie? To ja, Daria, twoja kochanka z Grenoble.
Widywał takie w Grenoble, gdzie kilka lat temu miał kochankę imieniem nie Daria, tylko Daniela, ale ta Kobieta nie była tamtą Danielą, tylko wielką jak zaspa śniegu, białą niewiastą lat około sześćdziesięciu siedmiu, o czarnych gęstych, kręconych włosach i zamkniętych oczach.
Nie, to niemożliwe! Krzyknął zrozpaczony. Daniela jest szczuplutką blondyneczką z małymi cycuszkami a pani…
No nareszcie! wrzasnęła Starowinka w zielonym kapelusiku. Nareszcie jaśniepan raczył coś zrozumieć! Odziałbyś się, świnio!
Dobrze, odpowiedział, bo zobaczył że jest nagi.
Zimno, powiedział surowo policjant.
Zimno! Przytaknął dziarsko, bo nader chętnie rozmawiał z obcymi a z policjantami szczególnie.
Twoje łachy są w praniu, ty wszawa gnido! Poinformowała go Starowinka. Śmierdziały szpitalem, sikami i jakąś wielką kobietą, białą jak śnieżna zaspa, no, to Salomon i ja postanowiliśmy cię oprać, zasrańcu! Możesz założyć kombinezon Salomona z Wysp, a jak nie, to nie; to dalej chodź z kindybałem na wierzchu, zboczku!
Ibsen otworzył drzwi kluczem, nacisnął klamkę, zdjął rękawiczki, chrząknął i wszedł do mieszkania. Wyszeptał ze smutkiem
Boże, co za nora…