wtorek, 29 grudnia 2015

Koło Młodych

Wanda Szczypiorska

Jesteśmy u Romana. Ciasno. Ja z Wojtkiem ulokowani na komodzie. Kanapa jest zajęta, siedzą tam; Roman, jego Maria i ci trzej, co zawsze łażą za Romanem. Trzech kandydatów na poetów ubranych w postrzępione spodnie. Pijemy czystą bez zakąski. Roman jak zawsze peroruje, nikt się nie kłóci, nie zaprzecza, bo Roman jest autorytetem i członkiem Koła Młodych. A także ma dorobek; wiersz zamieszczony w almanachu i obiecaną publikację (ale to jeszcze nic pewnego).
 

W pokojach z wejściem z korytarza, przez który trudno się przecisnąć, rodzice, młodszy brat, dziadkowie, pewno ciotki, jak to na Nowogrodzkiej w starej kamienicy. Nikt do nas się nie wtrąca i nie wchodzi, ale i tak wyjdziemy zaraz na ulicę, bo Roman musi z kimś pogadać, coś załatwić.
Wieczór majowy, ciepły, jeszcze widno. Idziemy wszyscy na Starówkę. Mijamy w rozsypce Plac Defilad, byle szybciej. Tu nic nie zatrzymuje, pusta przestrzeń. Jeszcze kawałek Marszałkowską i już przed nami Ogród Saski. A tam mrok, zieleń, świergot ptaków. Zwalniamy kroku. Wojtek i ja trzymamy się za ręce.. Roman Wojtkowi imponuje, więc często chodzimy za Romanem. Wojtek mnie odprowadza, lecz nie zawsze, ponieważ mieszka w Milanówku i musi zdążyć na ostatni pociąg. Teraz Roman do załatwienia ma interes, a potem jeszcze gdzieś pójdziemy.
Roman ma wolny wstęp do Domu na Krakowskim, tam gdzie się mieści ZLP. Mamy nadzieje spotkać kogoś z kim będzie można coś załatwić, to znaczy oni, a nie ja, w tym gronie nie rozmawiam z nikim, jestem zbyt młoda i nieśmiała. Z Wojtkiem swobodnie gadam tylko wtedy, kiedy nikogo z nami nie ma.
Chłopcy, którzy nam towarzyszą nic nie znaczą. Może coś piszą, może nie. To Roman jest tu najważniejszy, bo Roman ma odwagę. Śmiało wchodzi do sali tam na górze podczas zebrania ZLP i siada w tylnych rzędach pomiędzy pisarzami. Nieraz podnosił nawet rękę i zabierał głos. Sprzeciwiał się i dyskutował. O co chodziło w takich chwilach nikt już na pewno nie pamięta. O sprawy organizacyjne chyba. Gdyby mówiono o literaturze, mówiono by o partii i ideologii, a tego żadne z nas, a nawet żaden z nich, uznanych literatów nie ryzykuje bez potrzeby.
Już późno, sala jest zamknięta, a więc wchodzimy do stołówki. Roman nie przyszedł tutaj bez powodu. Z kimś chciałby rozmawiać. O! Wypatrzył. Jerzy F. znajomy Putramenta. Szepczą. Ja też znam F. Jest dla mnie miły. Dal mi coś, co mam do dziś; obecnie szary, wtedy biały, a dziś w rozsypce „Zniewolony umysł”. Dał mi, kiedy byliśmy sami w jego klitce. W tajemnicy. Na marginesach wciąż są dopiski Putramenta. Sprostowania.
Sprawa już załatwiona. Wszyscy razem, Jerzy i Alik W., który w stołówce jadł kolację idziemy do Krzywego Koła. Nic się tam chyba dziś nie dzieje, kręcą się znani i nieznani. Duży stół, siadamy wszyscy razem. Obok Jerzy i Alik W., obydwaj dużo starsi, mnie się wydaje, że wręcz starzy. I taki jeden, który rozgląda się niepewnie i chyba pragnie coś załatwić. To też jest członek Koła Młodych. Pochodzi ze wsi. Pisze prozę.
Wszyscy jesteśmy źle ubrani, Wojtek do Kameralnej zwykle wchodzi w płaszczu, bo nie ma nawet marynarki, ale ten? Po prostu bieda. I ta twarz! Jakby niedbale wylepiona z gliny. O czymś rozmawia z Wojtkiem. Szepczą. Wojtek się na coś godzi i wygląda jak gdyby był zadowolony. Wyciąga mnie zza stołu. Wiem teraz o co chodzi. O przepisanie na maszynie opowiadania tego Gienka. Bo tam gdzie mieszkam, w internacie, w sekretariacie jest maszyna. Gienek za to postawi nam kielicha. Nam tylko i nikomu więcej, bo ma ograniczone środki. Ale przepisać to musimy jeszcze dziś.
Idziemy więc do Kameralnej, pijemy tam po jednym w barze, na więcej nie ma czasu i pieniędzy. Ja z Wojtkiem jadę na Mokotów. On podyktuje, ja napiszę. Niedużo tego, ze trzy strony. Śmiejemy się. Opowiadanie nie jest śmieszne. W stylu małego realizmu. Wszyscy w tym czasie chcą być Hłaską. Gienek nie będzie Hłaską nigdy, ale karierę zrobi jako pisarz.

Kandaules, król-świntuch


 Sławomir Majewski


Kandaules tak był rozmiłowany w swej małżonce, że sądził iż posiada najpiękniejszą ze wszystkich kobiet. A miał wśród swoich kopijników niejakiego Gygesa, syna Daskylosa, który cieszył się jego szczególną łaską. Poruczał mu ważniejsze sprawy państwowe a urodę swej żony sławił przed nim ponad wszelką miarę. Po upływie niedługiego czasu (miało bowiem wedle przeznaczenia spotkać Kandaulesa nieszczęście) odezwał się do Gygesa w te słowa:
- Gygesie, zdaje mi się, że ty nie wierzysz w to, co ci opowiadam o wdziękach mojej żony, ponieważ uszy ludzi są bardziej niedowierzające niż oczy; dlatego staraj się ujrzeć ją nagą.


Herodot, Dzieje.
Tłum. Seweryn Hammer






Charles Désiré Hue; The Myth of King Candaules


Ta opowieść ma i zarazem nie ma solidnej historycznej dokumentacji, choć jej postaci były figurami jak najbardziej rzeczywistymi. Luki w faktografii i pełne magicznych efektów opisy starożytnych powodują, iż mamy wrażenie obcowania z historią na poły mitologiczną i political fiction, po stokroć opisaną drżącymi piórami voyeurystów. Przy czym nie jest to sex-story mało znana. Na kanwie dziejów króla Kandaulesa, jego pięknej żony Rhodope i dzielnego żołnierza Gygesa powstała ogromna ilość dzieł. W roku 1845 Théophil Gautier napisał powieść Le roi Candaule. W 1865 roku powstaje opera w dwu aktach Le roi Candaule skomponowana przez Eugène Diaza do libretta Michela Carré. W roku 1868 Imperial Bolshoi Kamenny Theatre w St. Petersburgu wystawia balet w VI aktach pod tytułem Tsar Kandavl or Le Roi Candaule z choreografią Mariusa Petipa, muzyką Cesare Pugniego i librettem Julesa-Henriego Vernoy de Saint-Georges. Nie chcąc być gorszym od Gautiera, w roku 1899 André Gide pisze własną wersję Króla Kandaulesa.


"I Giges przyglądał się jak po wejściu rozbierała się z szat, gdy zaś niewiasta idąc ku łożu odwróciła się doń tyłem, wysunął się spoza drzwi i wyszedł. Wtedy ona wychodzącego zobaczyła i zrozumiała że to sprawka męża. Ale jakkolwiek wstyd jej było, nie wydała żadnego okrzyku i zachowała pozory, jak gdyby niczego nie zauważyła; w duchu jednak postanowiła zemścić się na Kandaulesie." 
 

Tak zapisał Herodot. I choć po prawdzie seksualne chętki króla Kandaulesa nie powinny nas nic a nic obchodzić, bowiem alkowiane wyczyny należą do tej sfery życia prywatnego, które winno się okrywać tajemnicą jak treść spowiedzi, jednakże to, co było konsekwencją wsadzenia żołnierza z dużą kopią do łoża królewskiej małżonki zasługuje na opisanie. A jak rzecz opisać nie zrywając kołdry z baraszkującymi pod nią? Nijak. Na marginesie zważmy, iż pochrząkując z uciechy lubimy sobie poczytać o erotycznych wyczynach innych ludzi, bo w każdym z nas tkwi mniejsza lub większa świnia. I że "w temacie" podglądactwa każdy z nas jest trochę Kandaulesem, bowiem czym innym niż voyeuryzmem jest oglądanie filmów lub obrazków pornograficznych a któż z nas ich nie oglądał? 

Z rozlicznych naukowych uzasadnień tego rodzaju upodobań, polecam Czytelnikom dzieło Richarda von Krafft-Ebinga Psychopathia sexualis. Eine klinisch-forensische Studie (Stuttgart: Enke 1886). Ten rodzaj seksualnej podniety dzisiaj zwie się cuckold a jego popularność (47 milionów zapytań w Internecie a ile realizacji?) zatacza olbrzymie kręgi w obydwu światach, w których żyjemy - realnym i wirtualnym. Jeśli dodamy internetowe, błagalne prośby w rodzaju „Please, fuck my girlfriend!” (ok. 33.300.000 wyników) czy równie rozpaczliwe wezwania „Please, fuck my wife!” (ok. 63.200.000 wyników), to uzyskamy całkiem zgrabny przegląd zapotrzebowania na ten rodzaj seksu, który naszym praprababkom wydawać by się mógł nieco ekscentrycznym.


Seks we troje (lub w większym towarzystwie) znany jest od tysiącleci. Świadczą o tym freski, rzeźby, monety, figurki czy obrazy tworzone w każdej kulturze od najwcześniejszych wieków. Zazwyczaj w układzie jedna kobieta – dwu panów (MMF) acz są autorytatywnie twierdzący, iż przeważa model odwrotny - dwie panie i jeden pan (FFM). Dzisiaj taki seksualny trójkąt, za zgodą zainteresowanych stron uprawiany jest najczęściej w pierwszej konfiguracji: mąż przyprowadza kolegę, udostępniając mu żonę ku zadowoleniu wszystkich lub żona zaprasza pana z Internetowego ogłoszenia i wyczynia z nim wszystko, o czym jej mąż zamarzy. Zaznaczmy z całą mocą, ze w takich układach nie ma mowy i małżeńskiej zdradzie, bowiem wszystkie strony wychodzą z założenia, iż ciało (genitalia) to nie mydło, nie wymydli się a skoro wszystko odbywa się za wiedzą i zgodą, to gdzie „zdrada”? Jest w tym racja – wszak zdrada to czynienie czegoś wbrew zapewnieniom i w tajemnicy przed stroną zapewnianą o lojalności i wierności małżeńskiej. Jak wspomniałem, dzisiaj układ taki zwie się cuckold (albo triolizm lub swinging) i obejmuje przeróżne formy seksualnych zachowań uczestników, od seksu małżonki z „tym trzecim” (lub kilkoma innymi) przy większej lub mniejszej bierności męża, po aktywne i w miarę „sprawiedliwe” działanie wszystkich. Nie wnikam w etiologię tych zachowań, bowiem istnieje wiele, najczęściej sprzecznych ze sobą teorii. Wedle „obowiązującej” do dziś wykładni tzw. Freudyzmu, cuckold jest fetyszyzmem w odmianie sadomasochizmu. Możliwe. A całkiem możliwe, że nie.

Tak, zatem Kandaules był voyeurystą... Voyeurystą ale może i homoseksualistą? Dlaczego? Albowiem psychiatrzy nie od dziś twierdzą, iż damy i gentlemani obarczeni tym rodzajem odchylenia, świadomie prowokują swoich małżonków do kopulacji z innymi na ich oczach między innymi po to, by wręczając im seksualną carte blanche, zaspokoić swoje dobrze skrywane homoseksualne zainteresowania. Przyklaśnijmy koncepcji. Czy Kandaules poza tym że był podglądaczem, był sodomitą dybiącym na wianuszek żołnierzyka Gygesa? Pytamy, albowiem pisał Herodot "A miał śród swoich kopijników niejakiego Gygesa, syna Daskylosa, który cieszył się jego szczególną łaską. Poruczał mu ważniejsze sprawy państwowe".

A niby dlaczego wielki król swoją "szczególną łaską" obdarzał kopijnika, jakich w armii posiadał na pęczki a w dodatku, z jakiegoż to powodu "poruczał mu ważniejsze sprawy państwowe"? Czy można przyjąć, że podstawiał Gygesowi swoją małżonkę po to tylko, by dobrać się do pośladków nadobnego młodzieńca tak, jak Sokrates do półdupków śpiącego Alcybiadesa, co nam pięknie zilustrował monsieur Édouard-Henri Avril w cyklu rycin De figuris Veneris? Można przyjąć, czemu nie? Bądźmy szeroko rozwarci na spekulacje!

Jak wiemy, w kwestii historycznych wydarzeń odległych od naszej epoki o lata świetlne, wszelkie domniemania suto okraszane rozlicznymi "jakoby”, „zdaje się możliwym”, „jest wielce zasadnym” etc. są jak najbardziej na miejscu, bowiem nikt nikomu nie zarzuci, iż łże jak pies najęty za ogromne pieniądze, prawda? Prawda. Ot, jak na przykład tym archeologom (rzecz znam z autopsji!), którzy wykopując artefakt o którego przeznaczeniu nie mają zielonego pojęcia, zazwyczaj nadają mu jedną z dwu nazw: „zabawka” albo „przedmiot kultu” A swoją drogą ciekawe, jakie określenia przypisują wykopanym przez się dildo z kości słoniowej, kamienia lub drewna, służącym naszym praprababkom do zaspokojenia chuci od wczesnego paleolitu a kto wie, może od czasów jeszcze wcześniejszych, może „od zawsze”? (...)





(...) Istnieje wiele wersji tej smakowitej historii. Cytowany na wstępie dziadunio Herodot tak oto rzecz całą nam wyłuszcza 

"Gyges był zaufanym doradcą króla Kandaulesa i jego przyjacielem. Pewnego razu król zaczął wychwalać przed nim urodę swojej żony, twierdząc, że jest najpiękniejszą kobietą na świecie. Zaproponował Gygesowi ukrycie się w jej sypialni, aby ten mógł przekonać się o słuszności królewskich słów. Gyges posłuchał króla i udał się do królewskiej sypialni. Jednak królowa spostrzegła go i następnego dnia wezwała do siebie. Postawiła Gygesowi ultimatum: albo zostanie ukarany śmiercią za złamanie prawa albo zabije króla i ją poślubi. Gyges wybrał to drugie." A teraz ta sama historia wedle Platona "Gyges był początkowo prostym pasterzem w służbie króla Lidii. Pewnego dnia miał znaleźć w przepaści konia z brązu i ciało zmarłego. Po założeniu pierścienia zdjętego z palca zmarłego stał się niewidzialny. Wykorzystując ten fakt zabił króla Lidii i sam został monarchą." 
 
Wersja trzecia i ostatnia, skompilowana przeze mnie ze wszystkich możebnych źródeł i w całości nader mistyczna, prezentuje historię jakby z gatunku fantasy, przy której blednie "Władca Pierścieni" J. R. R. Tolkiena. Gyges jak wszyscy ówcześni Hellenowie był prostym, mocno niepiśmiennym pasterzem kóz. I z pewnością pozostałby aż do śmierci defloratorem tych arcypożytecznych, wielofunkcyjnych stworzeń, gdyby nie to, że dnia pewnego włamał się do jakiegoś grobowca, z którego zrabował pierścień obdarzony cudowną własnością. Gdy posiadacz odpowiednio przekręcił go na palcu, natychmiast stawał się niewidzialny. Wyposażony w cudowny klejnot, pastuch staje przed obliczem Kandaulesa (po co?), który zleca mu, by jako niewidzialny James Bond rozpoczął inwigilację rozlicznych spiskowców dybiących na życie władcy i jego stolec. Sądzę, że jeśli za cokolwiek, to z całą pewnością za szpiclowanie właśnie Kandaules obdarzył Gygesa zaufaniem, czyniąc go najpierw dowódcą kopijników a później swoim doradcą. Niestety, w tej wersji nie znajdujemy ni słowa o gołych babach a szkoda, bo z gołymi babami antyczne historie wydają się zdecydowanie ciekawsze.
Nawet dla naiwnego, wiejskiego ciołka jest oczywiste, że historyczny Gyges nie miał cudownego sygnetu czyniącego niewidzialnym jego posiadacza i nie przejął władzy w Lidii z Kandaulesowym błogosławieństwem. Jeśli jednak rzeczywiście w królewskiej łożnicy zażywał Rodopę za zgodą czy bez zgody króla, to najprostszym wyjaśnieniem jest, iż dzielny pasterz-kopijnik na spółkę z wiarołomną załatwili władcę sztyletem, krwią byka skwaśniałą na słońcu lub jeszcze ciekawiej. Jak było naprawdę - nie dojdziemy, bo wszystko co wiemy na pewno, to wiedza wsparta o historyczne dane, że istniejący ongi król Lydii Kandaules został zamordowany a władzę po nim przejął niejaki Gyges, który założył historyczną dynastę Mermnadów. Czy uroda a w każdym razie ciało Rodopy lub pewne jego fragmenty odegrały ważką rolę w cup d'etat? Z całą pewnością, bo inaczej skąd dwie, przedzielone stuleciem wersje dziejów, Platońska i Herodotowa? Albowiem jak nie ma śruby bez gwintu, tak nie ma dymu bez ognia.
Gdyby Gyges, jak każdy uczciwy zamachowiec zaciukał Kandaulesa dla zdobycia jego tronu i kobiety, historia podałaby o zamordowaniu króla przez żołnierza dla zdobycia tronu i kobiety króla. Czyli tak, jak się od zawsze działo i po dziś dzień wyprawia. Po co dorabiać pasterzy, kozy, pierścienie, grobowce, niewidzialność i temu podobne duperele a szczególnie, po co wtryniać w zwyczajny cup d'etat nagie mężatki prezentowane przez ich mężów kopijnikom? Bo historia ta wydarzyła się rzeczywiście. Inaczej by nie powstała. Przypomnijmy słowa Herodota "w duchu jednak, postanowiła zemścić się na Kandaulesie" (...)



Paul Louis Bouchard; Śmierć Kandaulesa


Fragment rozdziału pt. "Kandaules"
z książki

niedziela, 27 grudnia 2015

Łyżwy





Od godziny trzynastej pili wódkę w gdańskim Barze Jacek przy Pańskiej, bo mieli ochotę wypić zakąszając jajami na twardo z pożółkłą gałązką pietruszki na skrzepłym majonezie. Albowiem byli estetami. A od godziny trzynastej dlatego, że przed trzynastą wódki nie podawano na rozkaz ruskiego generała w polskim mundurze, który wypowiedział Polakom wojnę, kurde bele.
Pili dużo i smacznie, gdyż mieli okrutną chęć na dysputę o sprawach niebywale zawiłych, nieludzko metafizycznych i kategorycznie pryncypialnych a jak dysputować zbożnie bez alkoholu? Nijak. Wprawdzie nie wiedzieli dokładnie jakie to były te sprawy niebywale zawiłe, nieludzko metafizyczne i kategorycznie pryncypialne, lecz przepełniała ich nadzieja, że przyjemnie ciepła wódka Vistula w odpowiednim czasie podsunie im tematy właściwe. 


Pili w milczeniu czekając na błogosławione działanie przyjemnie ciepłej Vistuli i pojawienie się tematów właściwych, aż tu nagle tak koło dwudziestej z hakiem przysiadła do nich Dziewczynka o platynowo farbowanych włosach. Miała góra osiemnaście lat odzianych w kozaczki z błyszczącego skaju, które sięgały połowy jej ładnego żabiego udka. Młodzieńcy dostrzegli iż wprawdzie nie miała cycków w obfitości lecz była nad wyraz grzeczna, do tego uroczo pijana, nieśmiało uśmiechnięta i zmalowana jak stara portowa bladź z Nowego Portu.
Śmiało odwzajemniając jej nieśmiały uśmiech nalali wódeczki o którą poprosiła nienachalnie, podali papierosa i ogień i zapytali, cóż czyni osamotniona jak bezpańska suka w ten chłodny choć niemroźny grudniowy wieczór. Szczerze odwzajemniając odwzajemnione wyznała, iż samotność wyssała z mlekiem matki-schizofreniczki a kłęby papierosowych dymów w tanich lokalach pociągają ją nie mniej, niźli wielokształtne mgławice Kosmosu. Ze szczególnym uwzględnieniem słynnej Mgławicy Andromedy. Zrozumieli, że mają do czynienia z poetką.




Ryszard spytał życzliwie, dlaczego para się profesją płatnej kurwy. Profesją wprawdzie starożytną, nader szlachetną i absolutnie niezbędną dla prawidłowego funkcjonowania Wszechświata, który - jak wiadomo - opiera się na rozpasanej chuci, niemniej jednak profesją budzącą uczucia mieszane u chrześcijańskiego ludu miast, wsi, hut i uniwersytetów. Dziewczynka z godnością Matki Teresy z Kalkuty odparła, że czytała dzieła wielkiego Jamesa Joyce’a i że tu i teraz udzieli mu stosownej odpowiedzi w postaci cytaty z Ulissesa
- A kurwą jestem dla przyjemności pańskich jaj.
Co wyczerpało temat.



Wypili ponownie, zakąszając jajeczkami z pożółkłą gałązką pietruszki na skrzepłym majonezie i Dziewczynka leciutko rozwarła wrota Sezamu wspomnień
- Zasadniczy powód był taki, że jak miałam jedenaście lat, to starzy pod choinkę kupili mi skrzypce. Tyle że ja nie chciałam rzępolić na pieprzonych skrzypach ale jeździć na łyżwach. No i zaraz po świętach te pieprzone skrzypce opyliłam na bazarze na Łąkowej i kupiłam sobie figurówki. I tak zostałam dziwką, kapewu?
Dziewczynka i Rysiek wypili strzemiennego aa pożegnanie Krzysia, wracającego na noc do akademika pod wielce oszukańczą nazwą Hilton. Gdy Krzysio zniknął za falliczną Wieżą Jacek, Rysiek kupił od pani Jadzi w bufecie dwie bezkartkowe flaszki a od szatniarza w szatni trzy paczki bezkartkowych papierosów.


Trzymając się za ręce wyszli na ulicę Pańską, skręcili w urokliwą Katarzynki mijając kościół świętej Katarzyny. Dochodząc do kościoła niemniej świętej Brygidy uprzejmie pozdrowili prałata Jankowskiego dyskutującego z niepozornym jak chrząszczyk człowieczkiem w grubych rogowych okularach i niepozornego jak chrząszczyk człowieczka w grubych rogowych okularach dyskutującego z prałatem Jankowskim.Obaj dyskutanci odpowiedzieli uprzejmym pozdrowieniem.
Wędrując ulicami Igielnicką i Osiek mówili szeptem o gwiazdach na nieboskłonie, że Gdańsk nocą jest arcypiękny, że gdyby nie ten chłodny choć niemroźny grudniowy wieczór, to położyliby się w gęstych zaroślach śnieguliczek i że kto wie, do czego by w tym leżeniu doszli? Po niedługim spacerku króciutką uliczką Stare Domki, otrzepali ze śniegu obuwie na wycieraczce przed drzwiami kawalerki Ryśka położonej nad zamuloną Radunią.
Rysiek wszedł do kuchni robić herbaty a Dziewczynka weszła do wanny by dokonać wielonarządowych ablucji. Chciała być gotowa na wszelkie ewentualności rozumując słusznie, iż gospodarz może mieć na sztandarach wypisane hasło nulla puella negat. Rozumowała słusznie.
Kiedy zetknęli się w pokoju, wznieśli toast Na zdrowie, potem drugi Precz z komuną! a jakieś trzy kwadranse później zadowoleni z seksu że noż kurwa, bajka! wypili po całym i po całym zapalili.
- Chcesz powiedzieć że zostałaś dziwką z powodu łyżew?
- Nie z powodu łyżew, tylko z powodu skrzypiec.
- Rozumiem, powiedział Rysiek, choć tak naprawdę to wtedy nie rozumiał. Pojął dopiero wiele lat później, kiedy za przyczyną samotności był chudy jak buszmen w ostatniej fazie tuberkulozy. A był samotny, bo rozstał się z tą rudą księgową w okularach, która serce miała między nogami a sumienie w dupie. I chlała jak smok.
Siedział w głębokim fotelu po babci pijąc wódkę pod wystygłą herbatę, osamotniony jak ten amerykański lotnik zestrzelony nad dżunglą pełną węży i chłopców Ho Shi Minha. Było mu trochę smutno. Smucił go brak niewiasty z którą mógłby wypić dwie, już bezkartkowe butelki wódki Czystej i jedną Jägermeistera w takiej fajnej, zielonej flaszeczce a potem, po ich opróżnieniu oglądaliby sobie Pasterkę transmitowaną wprost z Watykanu a jeszcze potem mogliby się porozbierać i robić różne fajne rzeczy. No ale był sam, więc było mu trochę smutno.
Smutno ale i trochę wesoło. Wesoło dlatego, że ominęła go ta cała nerwówka, to latanie od sklepu do sklepu, mycie okien, trzepanie dywanów, gotowanie, pieczenie i smakowanie, to przynieś, podaj, pozamiataj i tak, kochanie, nie kochanie, oczywiście kochanie i wszystkie inne, nad wyraz męczące przedświąteczne duperele ze strojeniem choinki zakurzonymi bombkami na czele. I teraz chwalił Pana, z życzliwą aprobatą wspominając odzianego w dresy barczystego młodzieńca ostrzyżonego na glacę, który w markecie Auchan wsparty o wózek na zakupy wyładowany po sufit wrzasnął do rodziców
- Chleb też kupcie w zgrzewkach. Będzie, kurwa, taniej!
No więc tak sobie siedział chwaląc Pana, ludzie dokoła śpiewali kolędy i wznosili toasty a sąsiad tuż za ścianą kolejną godzinę puszczał Natalie Klenczona w wykonaniu znanego sznapsbarytonu. Chyba pod wpływem tego sznapsbarytonu i melodii rzewnej jak stepy rosyjskie za cara, zobaczył Rysiek jakąś wigilię, zaokienny śnieg, bałwanka z nosem z marchewki i guziczkami z węgielków i roześmiane, rumiane od mrozu dzieciaki jeżdżące na łyżwach po zlodowaciałym podwórku do wtóru kolęd płynących z radioodbiorników. Wszystkie brzdące miały długie szaliki z kolorowych włóczek, czapeczki z pomponami i łyżwy przymocowane śrubami do skórzanych, obrzydliwych narciarek. Mimo obrzydliwych narciarek śmiech dzieci był szczery, radosny i niewinny jak serce Pana Jezusa.

- O matko! a co ja taki Dickens? wykrzyknął Rysiek i w odpowiedzi ujrzał ciepłe wigilijne mieszkanie, maciupką wigilijną dziewczynkę rozwijającą duży wigilijny pakunek drżącymi rączkami. Czuł, że Dziewczynce serduszko o mało co ze szczęścia nie pęknie na myśl, że pakunek skrywa najpiękniejszy prezent świata – białe, wysoko sznurowane piękne figurówki. I że takich łyżew na pewno nie ma żadne z dzieci jeżdżących za oknem. I zobaczył Rysiek jak Dziewczynka otwiera futerał, patrzy do środka i wtedy, z owej słynnej kosmicznej galaktyki zwanej Mgławicą Andromedy wystrzeliła lśniąca materia, spowijając dziewczynkę wielobarwnym obłokiem.
- Teraz rozumiem, powiedział Rysiek. I pożałował że nie zachował numeru telefonu do Dziewczynki w kozaczkach z błyszczącego skaju sięgających połowy jej żabiego udka. Gdyby miał ten numer, zadzwoniłby z prośbą
- Bardzo cię proszę, przyjdź do mnie na Wigilię. Wszystko zrozumiałem. Wypijemy ocean siwuchy i Jägermeistera, zjemy śledzia z cebulką, pooglądamy Pasterkę transmitowaną wprost z Watykanu i zaśpiewamy Lulajże Jezuniu. Potem porozbieramy się i będziemy robić różne fajne rzeczy. A jak zechcesz, to po wszystkim popatrzymy sobie na Mgławicę Andromedy, o Natalie.

niedziela, 20 grudnia 2015

2. O Krystynie zwyczajna rzecz...

CZĘŚĆ II.

Ale też, myślała, my zmurszali już i zawiedzeni wojownicy o ostatnią Rzeczpospolitą, chowamy głęboko w zanadrzu to, co zasadnicze i posiadamy mglistą ale jednak świadomość poczucia winy za niefrasobliwość i odwieczną szabelkowatość. 




Za nieprzemyślane szaleństwa i rozognione emocją decyzje. Za odwieczne marzenia nie podparte rozwagą rzeczywistych możliwości realizacyjnych. Trudno nam zatem teraz uczciwie usiąść i dokonać słusznych porównań, analiz i syntez. Kogo obarczyć winą za zaistniały stan rzeczy, samych siebie? Tym razem nie ma żadnego wroga obiektywnego, w każdym razie na dojmującą dostatecznie i bezpośrednią skalę. Nie ma Niemca z tygrysem, ani Ruska z kibitką na Sybir czy tankiem… To pewnie stąd biorą się osobnicy, którzy intensywnie w niejakim zapamiętaniu i odurzeniu czyszczą swoje wierzchnie moralne przyodziewki poprzez coraz częstsze szerzenie teorii spiskowych, w postaci szukania sprawców i winnych spoza tego kraju. A najlepiej spoza kontynentu, wreszcie spoza układu słonecznego czy nawet galaktyki. Czyli to zapewne Szaracy bądź Reptilianie i inne takie gady albo co najmniej byli egipscy kapłani nadal potajemnie sterujący naszą rzeczywistością. A to między innymi przez kontrolę umysłów, w czym są specjalistami od prawieków, ponoszą wszelką odpowiedzialność za zaistniałą sytuację. Tylko, broń Boże, nie my. Nie my! Co nie znaczy, iż nie należy brać pod uwagę i takich scenariuszy. Owszem, i jak najbardziej. A nuż-widelec Wszechświat kryje w sobie więcej aniżeli mentalność pokroju średniowiecznego domyślić się i założyć może. Jednakże My, jako ofiara dziejów, systemów i zewnętrznych wrogów, to równie niebezpieczny samousprawiedliwiacz, jak bycie bezpośrednim i bezwzględnym Sprawcą. 
 
Tak więc, wciąż nas i tym bardziej ubywa, ubywa ale nigdy pretensji i roszczeń. Co rodzi ogromne poczucie wyobcowania. To pewnie stąd taki intensywny nawrót starszych osób, szczególnie kobiet (bo mężczyźni, tak się składa, że odchodzą zdecydowanie wcześniej) do kościołów i nabożnych modlitw, z których kiedyś nie robiono sobie nic, albo prawie nic, albo i nawet się wyśmiewano? Socjalistyczny ateizm dla wielu był bardzo wygodnym sposobem na życie. Jakże łatwo można się było skryć ze swoim małym, jednostkowym bezeceństwem pod kapotę komunistycznej doktryny. Tyle, że jakoś pusto i bezsensownie zaczynało być wokół… Jednakże, bez względu na usytuowanie się w konformizmie i braku konieczności spotykania z Sumieniem, które jak się wydawało: raz i na zawsze zostało wykluczone ze świata pojęć; okazało się jednak, iż każdy potrzebuje jakiegoś sacrum, żeby w miarę znośnie przeżyć to życie. Jednakże nawet najbardziej uświęcona idea, nieważne: społeczno-polityczna czy też religijna, to trampolina dla wspaniałych iluzji. Skaczesz, skaczesz po niej, jest ci lekko i przyjemnie nawet i co z tego wynika? Poza siebie wyżej nie podskoczysz, a jeśli przekroczysz pewną linię, mimo że może być nawet okrągła, najzwyczajniej połamiesz sobie kości. I niestety, ale innej alternatywy nie ma. To jedno, co jest w tym i każdym innym układzie, pewne!! Bez zmiany świadomości na pewno! 
 
Tak więc kościół dla niej za zimny i to pod każdym względem. Ten z małej litery na pewno! Nawet jej kości potrzebują już tylko ciepła, a więc ruchu i radości miast smędzenia i straszenia albo złudnych obiecanek-cacanek. Zostały jej więc te spacery wzdłuż nadmorskiego brzegu i sosnowo-brzeźnego oraz jarzębinowo-klonowego lasku. Z gdzieniegdzie poukrywanymi młodymi dąbkami i kaliną. Żeby tak jeszcze z tego chodzenia i pięknego przeżywania coś wykrzesać, jaką historię opowiedzieć, ale nic jej nie przychodziło do głowy. Ta cholerna wena rodzi się przede wszystkim w bólu, zwątpieniu, w bolesnym buncie i niezgodzie na zastane, bądź zdarzone wbrew oczekiwaniom i pobożnym życzeniom. A najlepszym jej sprzymierzeńcem nierzadko jest cynizm ze swoistą, bo koniecznie wysublimowaną arogancją wyrosłą na bazie przenikliwej oceny i niezadowolenia. Oczywiście z właściwą z ostrożnością, by nie wkroczyć w rewiry czystej i w najgorszym przypadku prostackiej pogardy. Takiej o twarzy bezpardonowego chamstwa i bezmyślnego wynoszenia się i puszenia. Uświęcać siebie, innych poprzez ubabranie w parszywych historiach, moralnie żadnych lub wielce wątpliwych? Nadawać poprzez sam akt przetwarzania, nazwijmy że tworzenia, nowe oblicza, konfiguracje i znaczenia powołując następne i następne światy i jakości? Porozkręcane i od nowa po mojemu, swojemu poskręcane lub mniej lub bardziej udolnie pozlepiane i zapisane gdzie? W Księdze Akaszy? Taaa…. wielkie, wielkie to wyzwanie i równie potężna odpowiedzialność. Zwłaszcza, że nic już w zasadzie tak naprawdę ująć, ani dodać nie można. Można jedynie stwierdzić z pewnością, iż jakość przechodzi coraz bardziej w ilość. Rozdrabnia się więc ten wszechświat, rozdrabnia, coraz bardziej zastyga i tępieje im dalej jest od Źródła. Światło-Dźwięku? A raczej odwrotnie. Tej największej Magmy- Enigmy. Jednakże gdzieś musi istnieć granica odbicia się. I Wielkiego Powrotu. A potem zapewne Odwrotu. I tak w kółko. Na szczęście i nieszczęście! Sama zmiana dekoracji nie jest w stanie oszukać świadomości, jakakolwiek by ona nie była. Bo i czym ma zdumiewać? 

Czymże bowiem tak naprawdę różni się średniowieczna i nie tylko, kurna chata od obecnych slumsów, a dawne pałace od ekskluzywnych i najbardziej współczesnych budowli? Różnica polega na tym, że mamy coraz więcej i więcej Wież Babel z bardziej poupychaną zawartością i coraz bardziej przebiegłą, z rozbuchaną arogancją oraz ignorancją wprost proporcjonalną do wysokości owych Babel-Wież. A nie, WIESZ. Co więc pozostaje? Bo wszystko już było, a my i tak wciąż karlejemy z pokolenia na pokolenie, pomimo coraz bardziej rosłej młodzieży. Owszem, jest i zawsze była forpoczta światłych tego świata. I w nich jedyna nadzieja, ale oni działają w ukryciu, po cichu, bez błysku fleszów i zgiełku coraz bardziej rozdętych komercją i głupotą oraz miałkością mediów. Więc po co to wszystko i dla kogo? A jednak- pomyślała - nie byłoby pytań typu: o co chodzi w tym Rejsie? Czemu oni tak właśnie, nie inaczej? Jest tylko kobietą a chce się bawić w najwyższe racje i jeszcze je wykładać po swojemu? Jakże wciąż mało jest wybitnych kobiet, więc po co w ogóle się wysilać? Czyż i tak nie skazuje się na szyderstwo lub w najlepszym przypadku na łaskawe pokiwanie głową z tym dobrotliwym ale... i więcej wiedzącym uśmieszkiem. Taaa… mężczyźni od stuleci zawsze na wszystko mieli więcej przestrzeni i możliwości. Nawet przewaga fizyczna, to atut nie do przecenienia. Wybitne kobiety, to przeważnie Żydówki, bo taki ich naród. Na swój sposób wybrany jednak, bo lśniący talentami jak zduszony cierpieniami i wielowiekowym prześladowaniem. I znowu ta bardzo znacząca paralela – zauważyła. A my, ta cała kobieca reszta od garów i pieluch…. Jak się więc mierzyć z wielkimi? Z kolei mówić o niczym, nie ma sensu. A nie mówić nic, też nie ma najmniejszego sensu, skoro już się jest zalogowanym do tego życia. I wtedy przypomniała sobie, iż przeczytała kiedyś, że lepiej napisać samemu choćby jeden wiersz, namalować obraz etc. aniżeli tylko przetrawiać cudze dzieła, choćby i nawet arcydzieła. Że to daje o wiele więcej pożytku człowiekowi, skoro jest twórczością jego własną, choćby i nieudolną, bo na miarę jego możliwości, aniżeli wchłanianie w siebie Cudzego. Co nie znaczy, że przyswajać, wchłaniać i uczyć się potem i zachwycać cudzym się nie należy! Niemniej, bez względu na przewspaniałą nierzadko i cudną cudzość, tworzyć trzeba poprzez siebie samego najpierw! No bo jak inaczej dotknąć tkanki Wszechświata i jego istoty?! Jeśli nie poprzez własny ból i radość, z całą tą resztą pomiędzy. Nie ma lepszej drogi do Innych, a więc Całości, czyli ostatecznie do Siebie. Ajajaj! Cóż za patos! - pomyślała - ale też i o cenie jaką płacą ci tzw. wielcy artyści, pisarze, kończąc nierzadko tragicznie. Ich wrażliwość nie jest w stanie zmieścić się w narzuconych schematach i strukturach społeczno-politycznych. Bowiem, niełatwo jest przebijać się przez nie samym li tylko słowem, pędzlem, czy rylcem; a wszak mają Oni takie same lub podobne potrzeby do najzwyklejszych zjadaczy chleba. O nie! Nie chce nikogo urazić, broń boże.. Wstała więc powoli i poszła do kuchni. Z szafki wyjęła kilka kilogramów mąki i nalepiła około dwieście pierogów z mięsem indyczym i krakowską kaszą gryczaną z grzybami, według własnego pomysłu, następnie zrobiła mnóstwo makaronu. Rosół, który wcześniej ugotowała będzie wspaniały ze swojskim makaronem. I na własnoręcznie wyhodowanych warzywach. Dzieci będą zachwycone. 

DANIELA  JARSZAK


czwartek, 17 grudnia 2015

ŚWIADECTWO....

JACEK KACZMARSKI





















Jaja w kraju nie wyjęte -
Solidarność dała ciała
Spawacz gra w bambuko z Glempem,
Partia trzyma się na pałach.
W dzień handelek czym podleci,
Za to w nocy ostra bania -
Pieniądz tańszy już od śmieci,
Milion poszedł bez gadania.


 











ZOMO tanio się sprzedaje,
Buce tępe i uczynne,
Za dwa Króle czyli Cwaję
Sami wiozą na melinę.
Starczy z okna się wychylić,
Krzyknąć: pokot ma pragnienie!
A już dwaj pod drzwiami byli
Z odpowiednim obciążeniem!
 

Koleżanki wychowane
Nie certolą się na marne,
Dają chętnie i na zmianę -
Wszystkie bardzo solidarne!






















Zdjęcia w dupie przemyciłem,
Patrz: tu dym, tu gaz, tu glina.
Zginął potem ten, co tyłem,
Dostał w brzuch ten, co się zgina.
A tu całkiem kadr, jak z Wajdy:
Człowiek, sztandar, dymu chmury.
Bracie, ale były rajdy!
Potem pojechałem w góry.



Luźno w knajpach i na trasach
I w "Kasprowym" znów kultura.
Choć raz w życiu wczasy - klasa,
Jak nie w Polsce, jak nie w górach!
Paszport ? Paszport mam wojenny,
Własność Pana Generała.
Nawet ci nie podam ceny,
Przyjm, że się mnie WRONA bała.

 

Tam nie wracaj, grunt spalony,
Nie ma życia, stan krytyczny.
Słuchaj, czy na paszport WRON-y
Dadzą azyl polityczny?...


















poniedziałek, 14 grudnia 2015

Zrobił to z ciekawości














Wanda Szczypiorska


Zawsze otwierał listy i przesyłki żony a to, że nie powinien tego robić nigdy nie przyszło mu do głowy i nie chodziło nawet o to, że ona chciałaby coś przed nim ukryć. Nie. On musiał wiedzieć co się dzieje, dlatego paczkę dostarczoną dla niej tego dnia zabrał do siebie do pokoju. W kopercie z bąbelkami znalazł teczkę, a w niej zadrukowane kartki. Po co to? Przestraszył się. Może przygotowuje pozew rozwodowy?. Od dawna nie mieszkali razem. Ona na górze, on na dole. Kuchni także nie mieli wspólnej, wolał gotować sobie sam. Na pierwszej kartce było tylko jedno słowo „Kochał?” i to ze znakiem zapytania, a wyżej jej nazwisko, to znaczy wspólne, również jego. W teczce był także liścik od bratanka i takie małe coś, o czym nie wiedział co to jest. W liście bratanka parę słów, że z przyjemnością się przysłużył.
Wyjął następną kartkę; „Rozdział pierwszy”. Nie czytał książek. W wolnych chwilach oglądał telewizje, albo spał, ale na tyle był zorientowany, żeby wiedzieć, że każda powieść ma rozdziały. Cóż? Całej na pewno nie przeczyta, ale przynajmniej tu i tam, żeby dowiedzieć się co ona pisze. Co wymyśla. Bo nagle przyszło mu do głowy, że może pisze o nim i oskarża go, a on nic nie ma na sumieniu. Żyją jak żyją, są już starzy, po co im własne towarzystwo.
Zdania na pierwszej stronie wlokły się, pomyślał więc, że zajrzy do środka i tak się oto zorientował, że ona pisze o kimś innym, nie o sobie i o nim także nie. To jacyś obcy ludzie. Wymyśleni. I na dodatek dawne czasy. Nudziło go, bo co go to obchodzi. Nawet nie siadał, szkoda czasu. Przerzucił rozdział drugi, trzeci. I nagle się zatrzymał. Poznał opisywane miejsce. Tak. Nieduży kemping w okolicy, wszystko się zgadza, nazwa też. Była tam mała restauracja i kiedy byli jeszcze młodzi chodzili tam na piwo. W soboty i niedziele było tłoczno, lecz sami nieznajomi. Jednak te domki kempingowe widzieli wtedy tylko z zewnątrz. Starał się czytać już uważniej, chciał się dowiedzieć o co chodzi. Chodziło o spotkanie, tych dwojga niby bohaterów. Ona czekała w wynajętym domku, a on się zjawił potem. Wszystko to było opisane szczegółowo i to jak się kochali także. A on pamiętał ten opisywany domek stojący na uboczu blisko lasu, zwykle pusty, bo raz zajrzeli do środka. Nic ciekawego tam nie było. A przecież opisała wnętrze szczegółowo; łóżko z pościelą, lustro, stół, co jedli i co pili. I nagle poczuł coś, jak gdyby cios, zrobiło mu się słabo. Usiadł. A więc to tak, więc była tam. Coś się dokoła niego wali. Przecież on nigdy jej nie zdradził i pewien był, że kiedyś się kochali. Wciąż byli razem. Nierozłączni. I razem przecież budowali dom. I o nic nigdy jej nie podejrzewał. A tu jest dowód, miała gacha. Ból w nim narastał i oszołomienie. Tak bardzo czuł się oszukany i nawet to nie była zazdrość, to był po prostu straszny zawód.
Poszedł do kuchni wyjął piwo. Nie wiedział co ma teraz zrobić. Oddać przesyłkę? Po co jej? Może powinien jednak schować? Z dalszego ciągu, (czytał dalej) dowiedział się, że tamten ją porzucił, a ona stale to przeżywa. Żadna ulga. Nie ten to inny. Chciał sobie coś przypomnieć, ale nie mógł. Znikała wieczorami? Sięgnął po drugie piwo i następne. Był coraz bardziej roztrzęsiony. Piwo za piwem. Nie pomaga. Tak się kochali kiedyś. On ją kochał i ona jego też kochała. Może tak mu się wydawało? Więc teraz zaczął głośno płakać i chyba całkiem się rozkleił, bo mówił do niej, krzyczał, przekonywał wiedząc, że jej tu nie ma, że nie słyszy, siedzi na górze i o niczym nie wie, ale co z tego, niech się dowie, że go skrzywdziła, że kłamała, że życie przez to było nic nie warte. I nagle postanowił działać, chociaż miał coraz większy mętlik w głowie i taki żal, że z trudem trzymał się na nogach. Lecz teraz poczuł złość. On sobie na to nie pozwoli. Wepchnął papiery do koperty, ale koperta się rozdarła. Złość zamieniła się we wściekłość. Wychodząc potknął się na progu, ale nie upadł. Wszedł po schodach. Nigdy nie pukał, wszedł po prostu, a raczej wpadł. Siedziała chyba zaniepokojona, musiała coś usłyszeć z dołu. I zapytała
- O co chodzi?
To go naprawdę rozwścieczyło. Nie wie? To jej pokaże. Cisnął kopertę
- Masz, to twoje
Skoczył do biurka i niezdarnym ruchem zrzucił monitor na podłogę. Zaczął wyrywać kable z komputera… Zerwała się na równe nogi, ale nie mogła mu przeszkodzić.
- Co ty wyprawiasz? Co się dzieje?
Krzycząc chciał jej to wytłumaczyć, mówił coś o kempingu i o zdradzie, że całe życie wierzył w miłość, że został oszukany… Ach…. Teraz wiedziała o co chodzi.
- Ty głupi dziadu, nie rozumiesz, że to jest fikcja literacka?
Jakie to może mieć znaczenie? Nie rozumiał. Został skrzywdzony i to wszystko. Zemsta jak gdyby go uspokoiła. Mrucząc coś jeszcze zszedł po schodach, potem położył się i zasnął.

sobota, 12 grudnia 2015

ŹRÓDŁO

















Płynie rzeka wąwozem jak dnem koleiny, która sama siebie żłobiła,
Rosną ściany wąwozu, z obu stron coraz wyżej, tam na górze są ponoć równiny;
I im więcej tej wody, tym się głębiej potoczy,
Sama biorąc na siebie cień zboczy…


Piach spod nurtu ucieka, nurt po piachu się wije, własna w czeluść ciągnie go siła;
Ale jest ciągle rzeka na dnie tej rozpadliny, jest i będzie, będzie jak była –
Bo źródło
Bo źródło
Wciąż bije.


A na ścianach wysokich pasy barw i wyżłobień, tej rzeki historia, tych brzegów –
Cienie drzew powalonych, ślady głazów rozmytych, muł zgarnięty pod siebie – wbrew sobie.
A hen, w dole blask nikły ciągle ziemię rozcina,
Ziemia nad nim się zrastać zaczyna…

Z obu stron żwir i glina, by zatrzymać go w biegu, woda syczy i wchłania, lecz żyje;
I zakręca, omija, wsiąka, wspina się, pieni, ale płynie, wciąż płynie wbrew brzegom –
Bo źródło
Bo źródło
Wciąż bije.


I są miejsca, gdzie w szlamie woda niemal zastygła pod kożuchem brudnej zieleni;
Tam ślad, prędzej niż ten, kto zostawił go, znika – niewidoczne bagienne są sidła.
Ale źródło wciąż bije, tłoczy puls między stoki,
Więc jest nurt, choć ukryty dla oka!

Nieba prawie nie widać, czeluść chłodna i ciemna,
Niech się sypią lawiny kamieni!
I niech łączą się zbocza bezlitosnych wąwozów,
Bo cóż drąży kształt przyszłych przestrzeni
Jak nie rzeka podziemna?

Groty w skałach wypłucze,
Żyły złote odkryje –
Bo źródło
Bo źródło
Wciąż bije.

Jacek Kaczmarski
1978


TEKST ZE STRONY

wtorek, 8 grudnia 2015

CÓRKA


W Radio France International do którego to i owo posyła na temat Świetlistego Szlaku, powiedzieli że zaginął. Nie, nie zaginął. Ale marzy by zostać tutaj i w nieskończoność patrzyć jak ona ze szklanką w dłoni, nucąc piosenkę Louisa Llaha La Taberna del mar. leży rozmemłana na hamaku



Sławomir Majewski; Rozmowy z Aleksandrem



- Tato, nie poznajesz mnie? To ja, Nadine...
Nadine... Córka, której nigdy nie widział, której istnienia nawet nie przeczuwał. I oto stoi przed nim wysoka, szczupła prawie dojrzała kobieta, typowa Zambo ale z lekko skośnymi, zdumiewająco bladobłękitnymi oczyma. On nie wie, jak ma się zachować, co powiedzieć, bo nie wie, co się mówi w takich chwilach. A co w takich chwilach się mówi? Kiedyś w Indiach, w tanim pensjonacie wspominał zwietrzałe tanga Gardela, pampę, yerba mate i Zygmunta-Gospodarza, co jak Hemingway dzielnie odstrzelił sobie głowę. I wspominał Natalie, jej kły jaguara, żarłoczne usta w kolorze soku z sangre de drago. Teraz, patrząc na Nadine widzi tamte okurzone kotary, przywołuje zapach gardenii i trzask węglowej płyty na siedemdziesiąt pięć obrotów sączącej Gardela. 

 

Ktoś za oknem podlewa trawnik
- Odkręć mocnieeeej! A po chwili: staaarczyyyy!
Zakurzone begonie, amarylisy i fuksje odżyją w kilka chwil. Jest środa, środek tygodnia, środek historii. Pociąg wije się serpentynami w lepkim, gęstym powietrzu. Stacja jak ze spaghetti-westernów: buda z desek wypłowiałych od żaru. Dodaj żałosne kury, parchate kundle, obdartusa palącego skręta i pociągającego z flaszki. Raz po raz strzyka śliną na czerwony pył. Samochód czeka na nich przed torami. Nie przed peronem a przed torami, bo peronu nie ma. Po co im peron? Tylko jeden tor, pociąg raz w tygodniu. Jedzie do, wraca po tygodniu z. I starczy. Wahadło. Więc wysiedli i zostali serdecznie przywitani, ulokowani na luksusowej, skórzanej tapicerce szpanerskiego bentleya, uczęstowani mrożonym sokiem z termosu. Ulga! Droga nieciekawa: kurz, zakurzone krzewy, okurzone drzewa, smętne matowo czarne ptaszyska, może urubu, może inne ścierwniki. W tle krowy, gauchos, pinie. Wreszcie zajeżdżają przed dom - istne cudeńko. Styl lokalny; kryty ciężkimi czerwonopalonymi dachówkami, ma ganki i spiralę zewnętrznych schodów a w patio begonie, róże i wszelkie możliwe odmiany kwitnących w wielkich glinianych donicach echewerii, od glauca po gigantea. 




 
Siedzą w fotelach pod markizą, owiewani delikatną mgiełką wody napływająca od zraszaczy i niby mauretańskiego basenu, w którym pląsają welonki. Jest dobrze, że lepiej być nie może. Piją doskonale zmrożoną tequilę z sokiem z gujawy, lód grzechocze. Tak, jest dobrze. Doskonale. Z okna sypialni na piętrze nieśmiertelny Gardel. Doskonale. Skrzeczy urubu. Tak...
Przyjechali, bo został zaproszony. Zaproszono go, bo Zygmunt, Gospodarz-emigrant dawno go nie widział a chciał zobaczyć i usprawiedliwić coś, zanim strzeli sobie z dubeltówki w łeb. A strzeli sobie w łeb na pastwisku, siedząc w szpanerskim bentleyu pomiędzy Ziemią, Niebem i Panem Bogiem. I Diabłem. Ale to później, za chwilę. Czym jest czas? Złudzeniem. 


 
Stoją przed oryginałem Matisse. Mają czas na patrzenie, mają czas na milczenie, na wszystko mają czas. Spotkali się, żeby sobie pomilczeć o tym i o tamtym, o wszystkim pomilczeć i niemo powspominać. Gospodarz patrzy na niego uważnie.
- Ty... Podobno miałeś jakieś problemy w Indiach. Niektórzy mówili...
- Nie znam niektórych. Jakieś plotki.
- To twoi znajomi. Ze Stanów. Podobno przymknęli cię za jakieś fotografie nie bardzo cywilnych obiektów.
- O czym ty mówisz? Podróżuję jak każdy turysta. No bywa, że czasami jako korespondent ale zawsze, wszystko zgodnie z prawem.
Zygmunt mruży oczy, sączy drinka.
- Powiadasz?
- Wyłącznie.
- No, jak uważasz. Wiesz jak jest, słowa lecą ptakiem...
Sączą sobie drinki i wspomnienia, każdy różne, częstokroć zbieżne. Potasowali nazwiska i historie.
- A co z Łukaszem? Pyta Gospodarz ze skórzanej sofy. Doceniła go wolna, sprawiedliwa, demokratyczna Matka-Polska? Szanują go? Na piedestale stoi? Stał się obowiązkową lekturą w szkołach?
Patrzysz na niego i zastanawiasz się, jak to powiedzieć.
- Na krótko przed swoją śmiercią wziął i zapił się na śmierć. Tak postanowił i tak uczynił, świadomy bezpraw swoich i nieobowiązków, jakich nie mieli względem niego rządzący Mateczką naszą, Polską.
- Kurwa, nie!
- Ależ kurwa, tak! Na piedestale stoi? No, tyle ci powiem Sehnor Sigismondo, że w Gdańsku wreszcie stanął pomnik Łukasza. Na pięknym cmentarzu przy ulicy Łostowickiej. Któryś tam, w jakiejś alejce po prawej.
- Czy ten popierdolony kraj będzie kiedyś normalny?
- Nigdy, sehnor Sigismondo.
Siedzą we czworo w salonie wielkim, jak kort tenisowy: Gospodarz, Gospodyni, Natalie i on. Uporządkujmy fakty. Natalie jest dla niego tylko kochanką, nikim więcej. Fantastycznie nieprawdopodobne Zambo o nieprawdopodobnie długich nogach, nieprawdopodobnie pięknym tyłeczku, fatalnych cyckach i zębach piranii. Ma lekko żółtawe, bladoniebieskie spłowiałe oczy jak jej tata-Polak. Matka była Indianką a pozostali antenaci - mieszanka wszystkich ras i kolorów tęczy; chińczyków i Etiopa nie wyłączając. Układ jest prosty: Natalie nie kocha mnie, ja nie kocham jej i jest dobrze; łączy nas seks i fascynacja wzajemną egzotyką. Nic więcej, bo i po co więcej? Jeszcze nocna rosa nie opadła na cętki jaguara skrytego w lianach. Jeszcze nagie Indianki nie pokryły policzków czernią i purpurą jagód leśnych na znak. Zatem, jeszcze nie czas Doktorku na wszystkie elementy układanki, którą jest życie. Najpierw maczetą myśli wytnę gęstwinę zapomnień i wykarczuję korzenie przeinaczeń, dopiero wówczas - prosto w żyłę. Słuchaj, słuchaj, o, słuchaj! 
 



No więc siedzą sobie w salonie, jedzą grube wołowe steki i pieczone ziemniaki. Kobiety piją burgunda, oni wódki z lodem. Rozmawiają o kraju. Co oczywiste. I o styropianie, bo jakże inaczej! Nad Stocznią wznoszą się kolorowe światełka.
- Trzy rakiety, pamiętasz Stefan?
- No, trzy. Dwie czerwone i jedna zielona…
Bieg. Nie, nie bieg: oszalały ludzki cwał, między zaspami śniegu i stalowymi legarami na stoczniowych polach Warskiego.
- Pamiętam. Ech, kurwa mać!
Pamiętają jak czołgi rozpierdoliły bramy a to zomowskie bydło wpadło z kałachami a oni, że Jeszcze Polska i Nie rzucim ziemi... No a potem zaczęło się wybieranie według dowodów osobistych, konfrontowanych z esbecką listą. Pierwszego wyprowadzili Milczanowskiego, potem Ustasiaka a potem resztę prezydium a potem... Tak, trzy rakiety... a on tam, wtedy na brudnej podłodze stoczniowej drukarni spał z Darem Losu opatuloną gąsienicami zmór.
- Jeśli wyjdziemy z tego żywi, ożenię się z tobą. Daję ci słowo.
Krzyki za drzwiami.
- Weszli!
- Spieprzamy stąd!
Bieg. Nie, nie bieg - oszalały ludzki cwał między zaspami śniegu i stalowymi legarami na stoczniowych polach Warskiego. Ona na schodach dysząc, płacząc, śliniąc się
- Powiedz, zabiją nas?
- Na górę!
- Zabiją nas?
- Zamknij się! Na górę! Już!
Nie dotrzymał słowa danego przed szturmem. Trzy rakiety, pamiętasz? Dał słowo. Słowo? A co to jest „słowo”? Wzrusza ramionami. Słowo było na początku. Genesis. A co z Der bestirnte Himmel über mir, und das moralische Gesetz in mir? Och, idź do cholery. Genug! No a potem – internowanie.



W obozie element antysocjalistyczny pijał czaj zaparzany betoniarą w słoju po ogórkach konserwowych. I czekał na cud. Układał Kostkę Rubika, pisał grypsy. Kiedy ranne wstają zorze śpiewał chóralnie o zorzach rannych a Wyrwij murom zęby krat każdego trzynastego dnia miesiąca, aby uczcić niedolę i zaprotestować. To robił element antysocjalistyczny w obozie w Wierzchowie Pomorskim. 




I jeszcze - grał w ping-ponga, czasami nawet z klawiszami. Oczywiście, że się onanizowali, gdy śnili o piersiach i udach swoich kobiet czekających tam, na wolności spragnionej wolności! Modlili się żarliwie, wariowali pomalutku, kłócili zaciekle. Jedni donosili, inni kradli fajki albo argentyńskie wołowe konserwy z czerwonym napisem C.A.P. Jeszcze inni coś tam podpisywali, deklarowali, oświadczali, przysięgali nieswoim bogom, brali paszporty i znikali za horyzontami ze śpiesznym, zażenowanym, kłamliwym
- Wrócimy! Wrócimy!
Nie wracali nigdy. Stefan-Gospodarz też nie wrócił. A teraz? A teraz to niby po co? Cichuśka mogiłka pode wierzbą, co łkać mu będzie Szopeny? Kaktusy mu załkają tak samo. Gardela czy jakmutam. 
    Gospodarz pyta
- Ty, a co z nią, żyje?
- Żyje. W Szwecji żyje. Tyle wiem.
- Tęsknisz?
- O, tam jest jeden!
Strzelają do królików. Stoją obok siebie, między nimi flaszka. W rękach strzelby, na głowach kapelusze. Żar.
- Tam, o!

Kurz na kotarach, zapach Chanel numer pięć. Kiedy skończyli się kochać, zapytała, ile czasu zostało Gospodarzowi.
- Tu nie chodzi o ilość czasu, który mu pozostał; chodzi o jakość. A ta jawi się strasznie: zdychanie w męczarniach. Cztery, sześć, osiem miesięcy? Może rok. Morze cierpienia.
- Jezu! To straszne! I co oni zrobią?
- A nic. On umrze, jak na chwata przystało, ona owdowieje dostojnie; dzieci zostaną powszechnie szanowanymi półsierotami po polskim, wybitnym działaczu związkowym, męczenniku-emigrancie. To się nazywa, Darling, historiografia; oleodruki, pawie pióra, parady i pana Szopę nokturny... Wyrwij murom zęby krat każdego trzynastego dnia miesiąca, aby uczcić swą niedolę i zaprotestować. Ostał nam się ino sznur. Przytulają się i leżą w milczeniu a z sypialni Gospodarza jak zawsze sączy się Gardel.
- Co on z tym Gardelem? Pyta Natalie, więc on ją całuje w szyję, sięga między uda, liże piersi, patrzy w oczy.
- Namiętność, melancholia, smutek tropików, słodko-mdlący kurz wspomnień. Rozumiesz?
- Tak.
- Chodź!
Natalie rozkłada nogi, unosi a wtedy on wchodzi w nią jak najgłębiej, żeby zobaczyć kły jaguara wyrastające z jej ust i jak spod jej na wpół przymkniętych powiek, wypływa tęczowa mgła. 

Jakoś tak w tydzień po ich wyjeździe, Gospodarz strzela sobie w łeb na pastwisku, siedząc w szpanerskim bentleyu pomiędzy Ziemią, Niebem i Panem Bogiem. I Diabłem. Z radiomagnetofonu łkał nad nim nieśmiertelny Gardel...



W Radio France International do którego to i owo posyła na temat Świetlistego Szlaku, powiedzieli że zaginął. Nie, nie zaginął ale marzy żeby zostać tutaj i w nieskończoność patrzyć jak ona ze szklanką w dłoni leży rozmemłana na hamaku, nucąc piosenkę Louisa Llaha La Taberna del mar.
- Ty, a ty poznałeś Hemingwaya?
- Matko Jezusowa, Natalie, czy ja mam sto lat? Jaki Hemingway?
Czas nam płynie wilgocią; wycieka z nas, z lian, z liści; jest pora deszczowa i słuchamy sobie. Nie, psiakrew, nie słuchamy Gardela czy Santany; siebie słuchamy a ona, gmerając palcem w pępku, pyta
- A jak w Polsce odbierają Santanę?
- Tak jak wszędzie. I uprzedza nerwowo Nie, nie znam Santany ani nie znałem Hendrixa. Czy ty jesteś głupia czy co? 
- Tak pytam...
Wychodzili z niej przodkowie - Słowianie. Próżna, leniwa, bezmyślna. Gapię się na kajmana płynącego powoli, jak łódź podwodna... Jest w zapachu deszczu zenitalnego, w odorze butwiejącego wilgocią lasu deszczowego metafizyczna siła, która pozwala albo wręcz nakazuje ciału nieustanne erekcje. Panie i Panowie, tu nie Europa, tu nas wszystkich może urżnąć moskit albo jararaca i po zawodach. Tak tu jest, po prostu. Więc się rżniemy: szybko, namiętnie, żarłocznie, jaguarzo...
Opowiadała o fascynacji La dolce vita Felliniego i rej scenie, w której cycata Anita Ekberg brodzi w fontannie Di Trevi. Wieczornym zmierzchem Natalie w centrum Asunción rozbiera się i siada na kamiennej balustradzie, powodując skowyt policyjnych gwizdków i ryk syreny ambulansu. Z komisariatu wyszli nad ranem i tylko dlatego, że telefonicznie poprosił o interwencję Van Helma. Tamten zadzwonił gdzie trzeba i sprawę zatuszowano. Milczeli w czasie porannego seansu w całodobowym kinie, gryząc popcorn i kandyzowane jabłka.
Na słońcu czasami jest pięknie, czasami męcząco i dopiero w hotelowym pokoju można odnaleźć odpowiednie akcesoria spokoju: kąpiel, łóżko, batonik na poduszce, wódkę i lód w lodówce, prysznic, świeżą różę w długim, bezbarwnym szklanym wazoniku. O czym rozmawia dwoje ludzi w łamanych językach w kraju, gdzie wielokolorowe twarze i łamane języki są tak naturalne, jak siniak pod okiem po uderzeniu? O niczym nie rozmawia takich dwoje ludzi; jedno się kąpie, drugie siedzi w fotelu, ma nogi rzucone na niski stolik, pije sobie wódkę z lodem i. I nie ma żadnego continuum; jest czarna dziura milczenia. Jest zatem dobrze. Jest nowy, wspaniały Huxleyowski dzień, a to jeszcze nie koniec, dopiero się nakręca spirala wydarzeń. Ale nie tu, w hotelu; tu jest enklawa, jak oaza dla zmęczonych poganiaczy karawanowych wielbłądów. Będziemy sączyć alkohole, kłócić się, kochać, kłócić, pić; zejdziemy na obiad ale nie będziemy jeść. Będziemy pić i kłócić się i jak dzieci pokazywać na siebie palcami - To ty jesteś do niczego!
W Iglesia de La Encarnación Natalie z głową nakrytą czarną koronką zapala świeczki dla Nuestra Señora. I kto to by się domyślił w tej pokornej orantce, wampirzej nienasyconej przewrotnej i wyuzdanej suki? Nikt, nawet Nuestra Señora dała się oszukać. Tylko ja znam prawdę. 
Patrzy jak klęcząc modli się żarliwie a kiedy upewnia się, że nikt go nie widzi, pociąga z metalowej piersiówki solidny łyk doskonale uwarzonego rumu. A że w najważniejszej katedrze Asunción? A kogo to? Na końcu Diaz de Pefour gapią się na Rio Paraguay pijąc rum i jedząc banany. Jest podwieczornie i duszno ale od Rio idzie chłodny powiew a także mazutowy poszum terkoczących barek i pchaczy. Jutro będziemy nader daleko daleko stąd, w słodkiej ojczyźnie kartofelków i świnek morskich, w El Peru. Z Cruz de Pascas do Calipuy a stamtąd do Puerto Morin, zadupiastej mieściny na samym brzegu Pacyfiku, gdzie bogowie rodzą potwora El Niño. Już się cieszy że może go porwą, może mu utną ten durny zapijaczony łeb maczetą. A może nie? A może dotrze na Machu Picchu i zobaczy Boga? Albo Diabła. Albo obu naraz a potem, jak życia starczy, do Ciudad Bolivar nad Orinoko. Czuje swoim psim instynktem, że tam się dopiero nawywija miedzy nim a tą ciemnoskórą, białozębą, niebieskooką... I niech się dzieje bo - jak to gwarzyli sobie miłośnie?
- Potęga dziania się jest najprawdziwszym stanem ludzkiego bytu, nie stagnacja. Polowanie. Jakiekolwiek, polowanie, byle polowanie.
- Zwierzę!
- Och, zamknij się!
Więc tak, może dotrze na Machu Picchu i zobaczy Boga. Albo Diabła. Albo obu naraz. Na razie ma swoje podłe, polskie papierosy i zapas polskiej wódki, którą przedkłada nad rum. Uważnie rozgląda się dokoła i nasłuchuje tymi swoimi uszami ogara, co piszczy w dżunglach i miasteczkach na szlaku nie bardzo świetlistym. Czy ona ma pojęcie, po co on się szlaja po zaplutych wsiach i miasteczkach Ameryki? Wie, że Ona nie ma żadnego pojęcia. Nie może mieć, bo przy całej inteligencji jest zbytnio zapatrzona w siebie i dlatego nic nie rozumie z jego wędrówek i dyktowania przez telefon satelitarny skomplikowanych cyfr.
Stoją przy bufecie nawodnej knajpy; słuchają muzyki, wąchają zapach wody z charakterystycznym odorem rozkładającej się roślinności i wonią butwiejącego pokładu. Alkohol daje im ukojenie na czas picia, za chwilę będzie im parszywiej. Stoją przy bufecie i milczą, wystrzelali się z tematów i to przepocone znużenie... Awionetka przyleci za dwie godziny i znowu zobaczą łazienki z prysznicami, pokoje z klimatyzacją, krochmalonych kelnerów. Teraz piją w milczeniu. Mają świadomość, że to chyba (chyba, bo kto zna wolę Bogów o spiczastych czaszkach i zagiętych nosach?) ich ostatnie dnie ze sobą. Oczywiście, jeszcze będą się kochać, jeszcze popatrzą na to i owo; na pewno będą z ożywieniem wspominać: a pamiętasz? Aż gdzieś, w jakimś apartamencie zadzwoni telefon, ktoś coś powie i wtedy on spakuje bez słowa sakwojaż, odwróci się, zjedzie windą. 


 
Ona usłyszy ryk silników jakiegoś samolotu i popatrzy przez okno na niebo: to na pewno ten. I może to będzie ten. On przymknie oczy, położy głowę na zagłówku; wspomni Machu Picchu, gdzie pocąc się niebotycznie jak liście palmowe zrozumiał, że właśnie tutaj, teraz zobaczył i Boga i Diabła, a ona wspomni ostatnie tango Gardela i może nawet pomyśli - A może? Myśląc o tym „A może?” rozważy ewentualność wyjazdu za nim, potem zastanowi się gdzie go szukać, potem zada sobie pytanie: a właściwie po co? i skasuje rozważania jak zbędny zapis magnetofonowy. Weźmie prysznic, przypudruje ciało, żeby się nie kleić. Zacznie dokonywać selekcji sukienek: Ta? Nie, nie ta. No, to może ta?A może ta czerwona? Z jej ciemną skórą Mulatki i błękitnymi oczyma po polskich przodkach, w czerwonym będzie jej pięknie. Pięknemu pięknie we wszystkim, a córce Jaguara i Sennej Rzeki - piękno jest przynależne, jak Słońcu blask i ciepło. Jest piękna. I jest w ciąży, o czym mu nie powiedziała, bo i po co? To jej dziecko, nie jego. Przybędzie zatem jeszcze jedna dziewczynka o ciemnej, jak razowy chleb skórze i jaśniejszych niż oczy matki, bladobłękitnych tęczówkach. Dowie się o tym wiele lat później, kiedy dziewczynka będzie panną na wydaniu, a Natalie rozsypie się w grobie pod platanowcem. Ale to zupełnie inna historia, Aleksandrze.
Teraz w hotelowym pokoju do czerwonych walizek (ma ich trzy, każdą innej wielkości) pakuje bieliznę i ubrania; jednym ruchem wrzuca, gniecie, ubija, płacząc, dociska, zatrzaskuje i krzyczy przez łzy:
- Puta! Puta! Puta!
Otwiera miniaturowy kuferek na kosmetyki; więc jeszcze kropla Chanel nr 5, kilka pociągnięć szminką; szpilki ze złoconymi końcówkami, torebka. No i akt ostatni: szybki rzut oka na pokój
- Wszystko? Tak, wszystko; nic nie zostało.
I nic nie zostanie. No, może zapach butwiejącego drewna nawodnej knajpy, gdzie stali, pijąc podły tani gin o oleistym smaku, w oczekiwaniu na awionetkę. Przyleciała dwie godziny później i zobaczyli łazienki z prysznicami, pokoje z klimatyzacją, krochmalonych kelnerów. Ale wtedy... Wtedy milczeli, mając świadomość, że to chyba (chyba, bo kto zna wolę Bogów o spiczastych czaszkach i zagiętych nosach?) ich ostatnie dnie ze sobą. Alkohol dawał im ukojenie na czas picia, potem było jeszcze parszywiej, a później już tylko gorzej.
Paryż siąpił deszczem, w bistro Marie ci sami ludzie, z nieodłącznym
- C'ava?




- Nie poznajesz mnie, tato?To ja, Nadine...
Stoi przed nim wysoka, szczupła prawie dojrzała kobieta, z lekko skośnymi, bladobłękitnymi oczyma, typowa Zambo a on nie wie jak się zachować, bo nie wie, co się mówi w takich chwilach, więc pyta bez sensu Nadine? jakby miał niezliczoną ilość córek-mulatek o rysach Zambo a dziewczyna kiwa głową że tak, że to ona, Nadine, córka umarłej Natalie, jego mała ukochana dziewczynka o której nic nie wiedział ale gdyby wiedział, to przecież na pewno byłaby ukochaną dziewczynką tatusia, śmiejącą się radośnie gdyby czytał jej ucieszne opowiastki o świnkach i żabkach tam, w dalekiej Brazylii.
- To ja, tato, naprawdę ja, Nadine... Nie pamiętasz mnie?
- A skąd! przecież nic a nic o tobie nie wiedziałem... Nikt mnie nie poinformował że jesteś na świecie, że żyjesz... odpowiada śmiejąc się nerwowo, jasne że cię nie pamiętam, kochanie, nie miałem nawet fotografii, bo nikt mi nic... i bierze ją w objęcia i przytula mocno całując w głowę i włosy pachnące cytrynowo kwiatem cereusa. Mój Boże, moja córka i Natalie... Natalie z głową nakrytą czarną koronką w Iglesia de La Encarnación zapala świeczki dla Nuestra Señora. I kto by się domyślił w tej pokornej orantce, wampirzej nienasyconej, przewrotnej i wyuzdanej suki? Nikt! Nawet Nuestra Señora da się oszukać. Ja znam prawdę.
- Wejdź, kochanie, wejdź, no coś takiego, doprawdy! A to niespodzianka, kochanie! Prowadzi ją na werandę skąpaną w światłocieniu i prosi żeby sobie usiadła wygodnie siadaj, kochanie siadaj o tu, w moim ulubionym fotelu i pyta czego się napijesz? I a może jesteś głodna, kochanie, bo jeżeli jest głodna, to ja zaraz...
- Nie trzeba, tato, nie jestem głodna, mówi Nadine, może być kawa czy herbata, obojętne, tatusiu, nie rób sobie kłopotu, tatusiu.
Tatusiu! Chowa spocone dłonie w kieszenie i z pozorną niedbałością mówi to przecież żaden kłopot, kochanie a może wolisz drinka? napijesz się, kochanie? Co pijesz, kochanie, whisky, wódkę a może gin z tonikiem?
- Może być wódka, tato. A masz lód?
- Jasne, kochanie, jasne że mam lód, taki udar, no to jak nie mieć lodu... zaraz, zaraz, kochanie, to potrwa tylko chwileczkę. Podchodzi do barku, wyjął butelkę, dwie szklanki i zaczął nalewać. Moja córka, kto by pomyślał? Pomyślał. Widzi jak ona zakłada nogę na nogę i porusza nią rytmicznie i z pozorną niedbałością poprawia sobie włosy ale on dobrze wie, że jest zdenerwowana jak on. Widzi Natalie, jak zębami piranii wgryza się w jego szyję, słyszy trzask węglowej płyty na siedemdziesiąt pięć obrotów sączącej Gardela i że niewidoczny ktoś za oknem chcąc podlać trawnik krzyczy do innego niewidocznego kogoś
- Odkręć mocnieeeej!