piątek, 4 grudnia 2015

Blowing in The Wind...

 Sławomir Majewski




Świt witają na zakurzonej stacyjce, gdzie luksusowy bydlęcy wagon z kratami w oknach czeka na ich niewyspane, skacowane awatary, by jechać i jechać, i jechać i wjechać, jak w tunel czasu, w Drzwi Ciszy. Po prostu ciszy i tylko ciszy. Jaki był dzień tygodnia, jaki kraj? Jakie o, mores i o, tempora, jakie? Blowing in The Wind...

W Delhi, z parku Lakshmi Narayan, poprzez Connaught Place i dalej, szeroką i gwarną Deen Dayal Upadhyaya wprost nad nurt Yamuny. Syci kurczakami w curry, napaleni dobrym ziołem idą pośród wielobarwnej fali tubylców, niczym się od nich nie różniąc: opaleni kokosowo. Dziś mają tylko jeden cel - iść nad brzegi rzeki, słuchać mistrzów sitaru, łupać orzeszki, gryźć placuszki z miodem, kardamonem i bakaliami, depcząc popioły między żałobniki.

Po co im egzotyczne, płaczliwe dźwięki? Pytanie! A po co im stopy i serca? Jak biblijni magowie Dzieciątka, tak oni szukają w rozmaitych dźwiękach świata siebie samych i zagubionych ale nieodkrytych bytów, pełnych wirujących gwiazd, ważkich prawd ostatecznych, mandali galaktyk i cycatych, szczodrych dakiń. Szukają jakiegokolwiek sensu własnej egzystencji bo przecież, skoro zaistnieli, skoro Siwa tańczy w kole życia a dharma determinuje ich obecny i przyszłe losy, to jakiś sens ich egzystencja musi mieć, prawda? Prawda! Zatem w Delhi pytają wód Matki-Jamuny a w Waranasi najświętszym pytają Gangesu i wibrujących dźwięków, słońca zachodzącego nad płonącymi pogrzebowymi stosami życia

- Po co jesteśmy, Matki Matek?

O, gdyby to prochy starożytnej Hellady opylały ich sandały, zapytaliby wyroczni

- A o co chodzi, Fraulain Pytia? 


 

Ale że wędrują po Indiach, to pytają zapachu fal Gangi i Jamuny oraz muzyki sitarów spowitej ofiarnymi dymami stosów umarłych. Jeśli rodzina zmarłego nie ma kasy, płonie on na stosach z krowiego gówna, bo jeden kilogram drewna na stos średnio sto pięćdziesiąt rupii a trzeba tego z dwieście kilo... Stosów pali się tutaj dziennie, średnio, no... Powiedzmy bez upierdliwego zliczania no, może ździebko ponad pięćset, więc się dymi jak cholera i jeszcze do tego, jak cholera śmierdzi.

- Jak skurwysyn śmierdzi, Sahib.

- No! Żar nie ustępuje a kroplisty pot osiada na czołach zmieniając kolory piaskowego khaki zwiewnych, szerokich koszul w wilgotną czerń, no to sobie popijają wódę z manierki i palą smaczne skręty z dobrego zioła. Zaraz wstaną, wejdą do tej...

- Albo tamtej o, tamtej małej knajpki...

- Poderwą turystki-studentki i leżąc z nimi w obskurnym pokoiku hotelowym będą się cieszyć.

- Teraz o to im chodzi. O uciechę, bo...




Indie? Ongiś, czytając o Asioce budowali w głowach obraz tego gigantycznego kraju. Czytając o Tadż Mahal, Kadjuraho, Wedach, Wielkich Mogołach, braminach, urdu i sanskrycie dewanagari, marzyli zupełnie co innego, niż dała im rzeczywistość, ten porażający zmysły wszechocean brudu, smrodu, ciemnoty, nędzy, chorób, nierówności i wszelakiego syfilisu cierpienia, jakiego nie umieliby nawet wymyślić.

- Noż, co za kiła! Wyje Doktor mijając trupy kozy i osła, których ścierwa leżące pośrodku wąskiej ulicy, gdzie handlują rąbanym mięsem, starannie i z namaszczeniem ogryza jakiś pies-nie pies. Może ten straszny z Dekanu? A może chory na wściekliznę szakal?


- Czy ja jestem po grzybach, czy to piekła sztolnie? Woła przerażony, szukając odpowiedzi w swoich butach usmarowanych po kostki ludzkim gównem. Nie! Za nic nie wejdą w święte wody z odrazy do owrzodzonych pątników, niedopalonych ludzkich zwłok i zwierzęcego ścierwa płynących pospołu, leniwie ach, jak przyjemnie, kołysząc się wśród fal sfraternizowane przyjemnie w leniwym nurcie spienionym odchodami kanalizacji, które z grubych rur leniwie przyjemnie srają bez żenady prosto między kasztanowe przyjemnie uda dziewczyn leniwie myjących przyjemnie cipy i rozbawione przyjemnie leniwie dzieci.

- Ty! Mówiłeś, że jaka jest Polska? Be? To jest dopiero Be, Sahib. Grzybów! Grzybów, haszu i wódy mi dajcie!

- Oto, co znaczy usrać się na ludzi, Olo! Harikiszna się z nimi. Chodźmy na kurwy!



A kreowali, nieszczęśni, kryształowe Tadżmahale! I uczone dysputy ze świętymi mężami przy miseczce wonnego ryżu, białego jak śniegi Kaszmiru i smacznego, jak sok z yoni Lakshmi? Kreowali! A tu gówno w proszku, psze guru! Teraz wejdą do o, tamtej knajpki, wyjmą najarane, głupkowate amerykańskie czy francuskie studentki i pieprząc się z nimi w hotelu, będą się cieszyć czymś, co jest nie z tego świata, nie z Indii. Co pachnie markowym dezodorantem a na różowej, piegowatej i płaskiej dupie nosi białe, koronkowe majtki wielkości brzozowego listka, szczodrze eksponujące doskonale wygolony wzgórek łonowy a nie drapiące jak szczotka ryżowa, gęste skręcone włosy.



Hey Bungalow Bill, What did you kill…



- Jasne! I pogryzając orzeszki, cmoktając karmelki i jakieś inne słodkości migdałowo-miodowe, patrzą w zachodzącą tarczę słońca i myślą, że można by tutaj pozostać na zawsze ale wtedy tęskniliby do tej odległej ojczyzny, w której pod dotykiem każdej władzy wszystko zamienia się w gówno. Cudowna kraina Piastów, żubra, honoru, padalca, chujów, bohaterów, kurew, zdrajców, Lajkonika, pyzów i Zespołu Mazowsze, gdzie Ziemie Odzyskane leżą nie przed, tylko za wielką rzeką a rządy zazwyczaj służą obcym mocarstwom. Tęskniliby do kraju, w którym biedni ludzie z biedy szukają jedzenia na śmietnikach. Zbierają butelki, puszki od piwa, makulaturę, złom i szmaty żeby sobie kupić chleb. Żeby nie zdechnąć z głodu w ukochanej Ojczyźnie. Żeby uzbierać trochę grosza i więcej nie szukać na śmietnikach jedzenia. Żeby dumnymi być z Polski, że nam jeszcze, kurwa mać! nie zginęęęęłaaaa. Ale oni tam wrócą, wrócą jak zawsze. Bo nie mają innej Ojczyzny. I chuj z nami, chujami!

.