wtorek, 8 grudnia 2015

CÓRKA


W Radio France International do którego to i owo posyła na temat Świetlistego Szlaku, powiedzieli że zaginął. Nie, nie zaginął. Ale marzy by zostać tutaj i w nieskończoność patrzyć jak ona ze szklanką w dłoni, nucąc piosenkę Louisa Llaha La Taberna del mar. leży rozmemłana na hamaku



Sławomir Majewski; Rozmowy z Aleksandrem



- Tato, nie poznajesz mnie? To ja, Nadine...
Nadine... Córka, której nigdy nie widział, której istnienia nawet nie przeczuwał. I oto stoi przed nim wysoka, szczupła prawie dojrzała kobieta, typowa Zambo ale z lekko skośnymi, zdumiewająco bladobłękitnymi oczyma. On nie wie, jak ma się zachować, co powiedzieć, bo nie wie, co się mówi w takich chwilach. A co w takich chwilach się mówi? Kiedyś w Indiach, w tanim pensjonacie wspominał zwietrzałe tanga Gardela, pampę, yerba mate i Zygmunta-Gospodarza, co jak Hemingway dzielnie odstrzelił sobie głowę. I wspominał Natalie, jej kły jaguara, żarłoczne usta w kolorze soku z sangre de drago. Teraz, patrząc na Nadine widzi tamte okurzone kotary, przywołuje zapach gardenii i trzask węglowej płyty na siedemdziesiąt pięć obrotów sączącej Gardela. 

 

Ktoś za oknem podlewa trawnik
- Odkręć mocnieeeej! A po chwili: staaarczyyyy!
Zakurzone begonie, amarylisy i fuksje odżyją w kilka chwil. Jest środa, środek tygodnia, środek historii. Pociąg wije się serpentynami w lepkim, gęstym powietrzu. Stacja jak ze spaghetti-westernów: buda z desek wypłowiałych od żaru. Dodaj żałosne kury, parchate kundle, obdartusa palącego skręta i pociągającego z flaszki. Raz po raz strzyka śliną na czerwony pył. Samochód czeka na nich przed torami. Nie przed peronem a przed torami, bo peronu nie ma. Po co im peron? Tylko jeden tor, pociąg raz w tygodniu. Jedzie do, wraca po tygodniu z. I starczy. Wahadło. Więc wysiedli i zostali serdecznie przywitani, ulokowani na luksusowej, skórzanej tapicerce szpanerskiego bentleya, uczęstowani mrożonym sokiem z termosu. Ulga! Droga nieciekawa: kurz, zakurzone krzewy, okurzone drzewa, smętne matowo czarne ptaszyska, może urubu, może inne ścierwniki. W tle krowy, gauchos, pinie. Wreszcie zajeżdżają przed dom - istne cudeńko. Styl lokalny; kryty ciężkimi czerwonopalonymi dachówkami, ma ganki i spiralę zewnętrznych schodów a w patio begonie, róże i wszelkie możliwe odmiany kwitnących w wielkich glinianych donicach echewerii, od glauca po gigantea. 




 
Siedzą w fotelach pod markizą, owiewani delikatną mgiełką wody napływająca od zraszaczy i niby mauretańskiego basenu, w którym pląsają welonki. Jest dobrze, że lepiej być nie może. Piją doskonale zmrożoną tequilę z sokiem z gujawy, lód grzechocze. Tak, jest dobrze. Doskonale. Z okna sypialni na piętrze nieśmiertelny Gardel. Doskonale. Skrzeczy urubu. Tak...
Przyjechali, bo został zaproszony. Zaproszono go, bo Zygmunt, Gospodarz-emigrant dawno go nie widział a chciał zobaczyć i usprawiedliwić coś, zanim strzeli sobie z dubeltówki w łeb. A strzeli sobie w łeb na pastwisku, siedząc w szpanerskim bentleyu pomiędzy Ziemią, Niebem i Panem Bogiem. I Diabłem. Ale to później, za chwilę. Czym jest czas? Złudzeniem. 


 
Stoją przed oryginałem Matisse. Mają czas na patrzenie, mają czas na milczenie, na wszystko mają czas. Spotkali się, żeby sobie pomilczeć o tym i o tamtym, o wszystkim pomilczeć i niemo powspominać. Gospodarz patrzy na niego uważnie.
- Ty... Podobno miałeś jakieś problemy w Indiach. Niektórzy mówili...
- Nie znam niektórych. Jakieś plotki.
- To twoi znajomi. Ze Stanów. Podobno przymknęli cię za jakieś fotografie nie bardzo cywilnych obiektów.
- O czym ty mówisz? Podróżuję jak każdy turysta. No bywa, że czasami jako korespondent ale zawsze, wszystko zgodnie z prawem.
Zygmunt mruży oczy, sączy drinka.
- Powiadasz?
- Wyłącznie.
- No, jak uważasz. Wiesz jak jest, słowa lecą ptakiem...
Sączą sobie drinki i wspomnienia, każdy różne, częstokroć zbieżne. Potasowali nazwiska i historie.
- A co z Łukaszem? Pyta Gospodarz ze skórzanej sofy. Doceniła go wolna, sprawiedliwa, demokratyczna Matka-Polska? Szanują go? Na piedestale stoi? Stał się obowiązkową lekturą w szkołach?
Patrzysz na niego i zastanawiasz się, jak to powiedzieć.
- Na krótko przed swoją śmiercią wziął i zapił się na śmierć. Tak postanowił i tak uczynił, świadomy bezpraw swoich i nieobowiązków, jakich nie mieli względem niego rządzący Mateczką naszą, Polską.
- Kurwa, nie!
- Ależ kurwa, tak! Na piedestale stoi? No, tyle ci powiem Sehnor Sigismondo, że w Gdańsku wreszcie stanął pomnik Łukasza. Na pięknym cmentarzu przy ulicy Łostowickiej. Któryś tam, w jakiejś alejce po prawej.
- Czy ten popierdolony kraj będzie kiedyś normalny?
- Nigdy, sehnor Sigismondo.
Siedzą we czworo w salonie wielkim, jak kort tenisowy: Gospodarz, Gospodyni, Natalie i on. Uporządkujmy fakty. Natalie jest dla niego tylko kochanką, nikim więcej. Fantastycznie nieprawdopodobne Zambo o nieprawdopodobnie długich nogach, nieprawdopodobnie pięknym tyłeczku, fatalnych cyckach i zębach piranii. Ma lekko żółtawe, bladoniebieskie spłowiałe oczy jak jej tata-Polak. Matka była Indianką a pozostali antenaci - mieszanka wszystkich ras i kolorów tęczy; chińczyków i Etiopa nie wyłączając. Układ jest prosty: Natalie nie kocha mnie, ja nie kocham jej i jest dobrze; łączy nas seks i fascynacja wzajemną egzotyką. Nic więcej, bo i po co więcej? Jeszcze nocna rosa nie opadła na cętki jaguara skrytego w lianach. Jeszcze nagie Indianki nie pokryły policzków czernią i purpurą jagód leśnych na znak. Zatem, jeszcze nie czas Doktorku na wszystkie elementy układanki, którą jest życie. Najpierw maczetą myśli wytnę gęstwinę zapomnień i wykarczuję korzenie przeinaczeń, dopiero wówczas - prosto w żyłę. Słuchaj, słuchaj, o, słuchaj! 
 



No więc siedzą sobie w salonie, jedzą grube wołowe steki i pieczone ziemniaki. Kobiety piją burgunda, oni wódki z lodem. Rozmawiają o kraju. Co oczywiste. I o styropianie, bo jakże inaczej! Nad Stocznią wznoszą się kolorowe światełka.
- Trzy rakiety, pamiętasz Stefan?
- No, trzy. Dwie czerwone i jedna zielona…
Bieg. Nie, nie bieg: oszalały ludzki cwał, między zaspami śniegu i stalowymi legarami na stoczniowych polach Warskiego.
- Pamiętam. Ech, kurwa mać!
Pamiętają jak czołgi rozpierdoliły bramy a to zomowskie bydło wpadło z kałachami a oni, że Jeszcze Polska i Nie rzucim ziemi... No a potem zaczęło się wybieranie według dowodów osobistych, konfrontowanych z esbecką listą. Pierwszego wyprowadzili Milczanowskiego, potem Ustasiaka a potem resztę prezydium a potem... Tak, trzy rakiety... a on tam, wtedy na brudnej podłodze stoczniowej drukarni spał z Darem Losu opatuloną gąsienicami zmór.
- Jeśli wyjdziemy z tego żywi, ożenię się z tobą. Daję ci słowo.
Krzyki za drzwiami.
- Weszli!
- Spieprzamy stąd!
Bieg. Nie, nie bieg - oszalały ludzki cwał między zaspami śniegu i stalowymi legarami na stoczniowych polach Warskiego. Ona na schodach dysząc, płacząc, śliniąc się
- Powiedz, zabiją nas?
- Na górę!
- Zabiją nas?
- Zamknij się! Na górę! Już!
Nie dotrzymał słowa danego przed szturmem. Trzy rakiety, pamiętasz? Dał słowo. Słowo? A co to jest „słowo”? Wzrusza ramionami. Słowo było na początku. Genesis. A co z Der bestirnte Himmel über mir, und das moralische Gesetz in mir? Och, idź do cholery. Genug! No a potem – internowanie.



W obozie element antysocjalistyczny pijał czaj zaparzany betoniarą w słoju po ogórkach konserwowych. I czekał na cud. Układał Kostkę Rubika, pisał grypsy. Kiedy ranne wstają zorze śpiewał chóralnie o zorzach rannych a Wyrwij murom zęby krat każdego trzynastego dnia miesiąca, aby uczcić niedolę i zaprotestować. To robił element antysocjalistyczny w obozie w Wierzchowie Pomorskim. 




I jeszcze - grał w ping-ponga, czasami nawet z klawiszami. Oczywiście, że się onanizowali, gdy śnili o piersiach i udach swoich kobiet czekających tam, na wolności spragnionej wolności! Modlili się żarliwie, wariowali pomalutku, kłócili zaciekle. Jedni donosili, inni kradli fajki albo argentyńskie wołowe konserwy z czerwonym napisem C.A.P. Jeszcze inni coś tam podpisywali, deklarowali, oświadczali, przysięgali nieswoim bogom, brali paszporty i znikali za horyzontami ze śpiesznym, zażenowanym, kłamliwym
- Wrócimy! Wrócimy!
Nie wracali nigdy. Stefan-Gospodarz też nie wrócił. A teraz? A teraz to niby po co? Cichuśka mogiłka pode wierzbą, co łkać mu będzie Szopeny? Kaktusy mu załkają tak samo. Gardela czy jakmutam. 
    Gospodarz pyta
- Ty, a co z nią, żyje?
- Żyje. W Szwecji żyje. Tyle wiem.
- Tęsknisz?
- O, tam jest jeden!
Strzelają do królików. Stoją obok siebie, między nimi flaszka. W rękach strzelby, na głowach kapelusze. Żar.
- Tam, o!

Kurz na kotarach, zapach Chanel numer pięć. Kiedy skończyli się kochać, zapytała, ile czasu zostało Gospodarzowi.
- Tu nie chodzi o ilość czasu, który mu pozostał; chodzi o jakość. A ta jawi się strasznie: zdychanie w męczarniach. Cztery, sześć, osiem miesięcy? Może rok. Morze cierpienia.
- Jezu! To straszne! I co oni zrobią?
- A nic. On umrze, jak na chwata przystało, ona owdowieje dostojnie; dzieci zostaną powszechnie szanowanymi półsierotami po polskim, wybitnym działaczu związkowym, męczenniku-emigrancie. To się nazywa, Darling, historiografia; oleodruki, pawie pióra, parady i pana Szopę nokturny... Wyrwij murom zęby krat każdego trzynastego dnia miesiąca, aby uczcić swą niedolę i zaprotestować. Ostał nam się ino sznur. Przytulają się i leżą w milczeniu a z sypialni Gospodarza jak zawsze sączy się Gardel.
- Co on z tym Gardelem? Pyta Natalie, więc on ją całuje w szyję, sięga między uda, liże piersi, patrzy w oczy.
- Namiętność, melancholia, smutek tropików, słodko-mdlący kurz wspomnień. Rozumiesz?
- Tak.
- Chodź!
Natalie rozkłada nogi, unosi a wtedy on wchodzi w nią jak najgłębiej, żeby zobaczyć kły jaguara wyrastające z jej ust i jak spod jej na wpół przymkniętych powiek, wypływa tęczowa mgła. 

Jakoś tak w tydzień po ich wyjeździe, Gospodarz strzela sobie w łeb na pastwisku, siedząc w szpanerskim bentleyu pomiędzy Ziemią, Niebem i Panem Bogiem. I Diabłem. Z radiomagnetofonu łkał nad nim nieśmiertelny Gardel...



W Radio France International do którego to i owo posyła na temat Świetlistego Szlaku, powiedzieli że zaginął. Nie, nie zaginął ale marzy żeby zostać tutaj i w nieskończoność patrzyć jak ona ze szklanką w dłoni leży rozmemłana na hamaku, nucąc piosenkę Louisa Llaha La Taberna del mar.
- Ty, a ty poznałeś Hemingwaya?
- Matko Jezusowa, Natalie, czy ja mam sto lat? Jaki Hemingway?
Czas nam płynie wilgocią; wycieka z nas, z lian, z liści; jest pora deszczowa i słuchamy sobie. Nie, psiakrew, nie słuchamy Gardela czy Santany; siebie słuchamy a ona, gmerając palcem w pępku, pyta
- A jak w Polsce odbierają Santanę?
- Tak jak wszędzie. I uprzedza nerwowo Nie, nie znam Santany ani nie znałem Hendrixa. Czy ty jesteś głupia czy co? 
- Tak pytam...
Wychodzili z niej przodkowie - Słowianie. Próżna, leniwa, bezmyślna. Gapię się na kajmana płynącego powoli, jak łódź podwodna... Jest w zapachu deszczu zenitalnego, w odorze butwiejącego wilgocią lasu deszczowego metafizyczna siła, która pozwala albo wręcz nakazuje ciału nieustanne erekcje. Panie i Panowie, tu nie Europa, tu nas wszystkich może urżnąć moskit albo jararaca i po zawodach. Tak tu jest, po prostu. Więc się rżniemy: szybko, namiętnie, żarłocznie, jaguarzo...
Opowiadała o fascynacji La dolce vita Felliniego i rej scenie, w której cycata Anita Ekberg brodzi w fontannie Di Trevi. Wieczornym zmierzchem Natalie w centrum Asunción rozbiera się i siada na kamiennej balustradzie, powodując skowyt policyjnych gwizdków i ryk syreny ambulansu. Z komisariatu wyszli nad ranem i tylko dlatego, że telefonicznie poprosił o interwencję Van Helma. Tamten zadzwonił gdzie trzeba i sprawę zatuszowano. Milczeli w czasie porannego seansu w całodobowym kinie, gryząc popcorn i kandyzowane jabłka.
Na słońcu czasami jest pięknie, czasami męcząco i dopiero w hotelowym pokoju można odnaleźć odpowiednie akcesoria spokoju: kąpiel, łóżko, batonik na poduszce, wódkę i lód w lodówce, prysznic, świeżą różę w długim, bezbarwnym szklanym wazoniku. O czym rozmawia dwoje ludzi w łamanych językach w kraju, gdzie wielokolorowe twarze i łamane języki są tak naturalne, jak siniak pod okiem po uderzeniu? O niczym nie rozmawia takich dwoje ludzi; jedno się kąpie, drugie siedzi w fotelu, ma nogi rzucone na niski stolik, pije sobie wódkę z lodem i. I nie ma żadnego continuum; jest czarna dziura milczenia. Jest zatem dobrze. Jest nowy, wspaniały Huxleyowski dzień, a to jeszcze nie koniec, dopiero się nakręca spirala wydarzeń. Ale nie tu, w hotelu; tu jest enklawa, jak oaza dla zmęczonych poganiaczy karawanowych wielbłądów. Będziemy sączyć alkohole, kłócić się, kochać, kłócić, pić; zejdziemy na obiad ale nie będziemy jeść. Będziemy pić i kłócić się i jak dzieci pokazywać na siebie palcami - To ty jesteś do niczego!
W Iglesia de La Encarnación Natalie z głową nakrytą czarną koronką zapala świeczki dla Nuestra Señora. I kto to by się domyślił w tej pokornej orantce, wampirzej nienasyconej przewrotnej i wyuzdanej suki? Nikt, nawet Nuestra Señora dała się oszukać. Tylko ja znam prawdę. 
Patrzy jak klęcząc modli się żarliwie a kiedy upewnia się, że nikt go nie widzi, pociąga z metalowej piersiówki solidny łyk doskonale uwarzonego rumu. A że w najważniejszej katedrze Asunción? A kogo to? Na końcu Diaz de Pefour gapią się na Rio Paraguay pijąc rum i jedząc banany. Jest podwieczornie i duszno ale od Rio idzie chłodny powiew a także mazutowy poszum terkoczących barek i pchaczy. Jutro będziemy nader daleko daleko stąd, w słodkiej ojczyźnie kartofelków i świnek morskich, w El Peru. Z Cruz de Pascas do Calipuy a stamtąd do Puerto Morin, zadupiastej mieściny na samym brzegu Pacyfiku, gdzie bogowie rodzą potwora El Niño. Już się cieszy że może go porwą, może mu utną ten durny zapijaczony łeb maczetą. A może nie? A może dotrze na Machu Picchu i zobaczy Boga? Albo Diabła. Albo obu naraz a potem, jak życia starczy, do Ciudad Bolivar nad Orinoko. Czuje swoim psim instynktem, że tam się dopiero nawywija miedzy nim a tą ciemnoskórą, białozębą, niebieskooką... I niech się dzieje bo - jak to gwarzyli sobie miłośnie?
- Potęga dziania się jest najprawdziwszym stanem ludzkiego bytu, nie stagnacja. Polowanie. Jakiekolwiek, polowanie, byle polowanie.
- Zwierzę!
- Och, zamknij się!
Więc tak, może dotrze na Machu Picchu i zobaczy Boga. Albo Diabła. Albo obu naraz. Na razie ma swoje podłe, polskie papierosy i zapas polskiej wódki, którą przedkłada nad rum. Uważnie rozgląda się dokoła i nasłuchuje tymi swoimi uszami ogara, co piszczy w dżunglach i miasteczkach na szlaku nie bardzo świetlistym. Czy ona ma pojęcie, po co on się szlaja po zaplutych wsiach i miasteczkach Ameryki? Wie, że Ona nie ma żadnego pojęcia. Nie może mieć, bo przy całej inteligencji jest zbytnio zapatrzona w siebie i dlatego nic nie rozumie z jego wędrówek i dyktowania przez telefon satelitarny skomplikowanych cyfr.
Stoją przy bufecie nawodnej knajpy; słuchają muzyki, wąchają zapach wody z charakterystycznym odorem rozkładającej się roślinności i wonią butwiejącego pokładu. Alkohol daje im ukojenie na czas picia, za chwilę będzie im parszywiej. Stoją przy bufecie i milczą, wystrzelali się z tematów i to przepocone znużenie... Awionetka przyleci za dwie godziny i znowu zobaczą łazienki z prysznicami, pokoje z klimatyzacją, krochmalonych kelnerów. Teraz piją w milczeniu. Mają świadomość, że to chyba (chyba, bo kto zna wolę Bogów o spiczastych czaszkach i zagiętych nosach?) ich ostatnie dnie ze sobą. Oczywiście, jeszcze będą się kochać, jeszcze popatrzą na to i owo; na pewno będą z ożywieniem wspominać: a pamiętasz? Aż gdzieś, w jakimś apartamencie zadzwoni telefon, ktoś coś powie i wtedy on spakuje bez słowa sakwojaż, odwróci się, zjedzie windą. 


 
Ona usłyszy ryk silników jakiegoś samolotu i popatrzy przez okno na niebo: to na pewno ten. I może to będzie ten. On przymknie oczy, położy głowę na zagłówku; wspomni Machu Picchu, gdzie pocąc się niebotycznie jak liście palmowe zrozumiał, że właśnie tutaj, teraz zobaczył i Boga i Diabła, a ona wspomni ostatnie tango Gardela i może nawet pomyśli - A może? Myśląc o tym „A może?” rozważy ewentualność wyjazdu za nim, potem zastanowi się gdzie go szukać, potem zada sobie pytanie: a właściwie po co? i skasuje rozważania jak zbędny zapis magnetofonowy. Weźmie prysznic, przypudruje ciało, żeby się nie kleić. Zacznie dokonywać selekcji sukienek: Ta? Nie, nie ta. No, to może ta?A może ta czerwona? Z jej ciemną skórą Mulatki i błękitnymi oczyma po polskich przodkach, w czerwonym będzie jej pięknie. Pięknemu pięknie we wszystkim, a córce Jaguara i Sennej Rzeki - piękno jest przynależne, jak Słońcu blask i ciepło. Jest piękna. I jest w ciąży, o czym mu nie powiedziała, bo i po co? To jej dziecko, nie jego. Przybędzie zatem jeszcze jedna dziewczynka o ciemnej, jak razowy chleb skórze i jaśniejszych niż oczy matki, bladobłękitnych tęczówkach. Dowie się o tym wiele lat później, kiedy dziewczynka będzie panną na wydaniu, a Natalie rozsypie się w grobie pod platanowcem. Ale to zupełnie inna historia, Aleksandrze.
Teraz w hotelowym pokoju do czerwonych walizek (ma ich trzy, każdą innej wielkości) pakuje bieliznę i ubrania; jednym ruchem wrzuca, gniecie, ubija, płacząc, dociska, zatrzaskuje i krzyczy przez łzy:
- Puta! Puta! Puta!
Otwiera miniaturowy kuferek na kosmetyki; więc jeszcze kropla Chanel nr 5, kilka pociągnięć szminką; szpilki ze złoconymi końcówkami, torebka. No i akt ostatni: szybki rzut oka na pokój
- Wszystko? Tak, wszystko; nic nie zostało.
I nic nie zostanie. No, może zapach butwiejącego drewna nawodnej knajpy, gdzie stali, pijąc podły tani gin o oleistym smaku, w oczekiwaniu na awionetkę. Przyleciała dwie godziny później i zobaczyli łazienki z prysznicami, pokoje z klimatyzacją, krochmalonych kelnerów. Ale wtedy... Wtedy milczeli, mając świadomość, że to chyba (chyba, bo kto zna wolę Bogów o spiczastych czaszkach i zagiętych nosach?) ich ostatnie dnie ze sobą. Alkohol dawał im ukojenie na czas picia, potem było jeszcze parszywiej, a później już tylko gorzej.
Paryż siąpił deszczem, w bistro Marie ci sami ludzie, z nieodłącznym
- C'ava?




- Nie poznajesz mnie, tato?To ja, Nadine...
Stoi przed nim wysoka, szczupła prawie dojrzała kobieta, z lekko skośnymi, bladobłękitnymi oczyma, typowa Zambo a on nie wie jak się zachować, bo nie wie, co się mówi w takich chwilach, więc pyta bez sensu Nadine? jakby miał niezliczoną ilość córek-mulatek o rysach Zambo a dziewczyna kiwa głową że tak, że to ona, Nadine, córka umarłej Natalie, jego mała ukochana dziewczynka o której nic nie wiedział ale gdyby wiedział, to przecież na pewno byłaby ukochaną dziewczynką tatusia, śmiejącą się radośnie gdyby czytał jej ucieszne opowiastki o świnkach i żabkach tam, w dalekiej Brazylii.
- To ja, tato, naprawdę ja, Nadine... Nie pamiętasz mnie?
- A skąd! przecież nic a nic o tobie nie wiedziałem... Nikt mnie nie poinformował że jesteś na świecie, że żyjesz... odpowiada śmiejąc się nerwowo, jasne że cię nie pamiętam, kochanie, nie miałem nawet fotografii, bo nikt mi nic... i bierze ją w objęcia i przytula mocno całując w głowę i włosy pachnące cytrynowo kwiatem cereusa. Mój Boże, moja córka i Natalie... Natalie z głową nakrytą czarną koronką w Iglesia de La Encarnación zapala świeczki dla Nuestra Señora. I kto by się domyślił w tej pokornej orantce, wampirzej nienasyconej, przewrotnej i wyuzdanej suki? Nikt! Nawet Nuestra Señora da się oszukać. Ja znam prawdę.
- Wejdź, kochanie, wejdź, no coś takiego, doprawdy! A to niespodzianka, kochanie! Prowadzi ją na werandę skąpaną w światłocieniu i prosi żeby sobie usiadła wygodnie siadaj, kochanie siadaj o tu, w moim ulubionym fotelu i pyta czego się napijesz? I a może jesteś głodna, kochanie, bo jeżeli jest głodna, to ja zaraz...
- Nie trzeba, tato, nie jestem głodna, mówi Nadine, może być kawa czy herbata, obojętne, tatusiu, nie rób sobie kłopotu, tatusiu.
Tatusiu! Chowa spocone dłonie w kieszenie i z pozorną niedbałością mówi to przecież żaden kłopot, kochanie a może wolisz drinka? napijesz się, kochanie? Co pijesz, kochanie, whisky, wódkę a może gin z tonikiem?
- Może być wódka, tato. A masz lód?
- Jasne, kochanie, jasne że mam lód, taki udar, no to jak nie mieć lodu... zaraz, zaraz, kochanie, to potrwa tylko chwileczkę. Podchodzi do barku, wyjął butelkę, dwie szklanki i zaczął nalewać. Moja córka, kto by pomyślał? Pomyślał. Widzi jak ona zakłada nogę na nogę i porusza nią rytmicznie i z pozorną niedbałością poprawia sobie włosy ale on dobrze wie, że jest zdenerwowana jak on. Widzi Natalie, jak zębami piranii wgryza się w jego szyję, słyszy trzask węglowej płyty na siedemdziesiąt pięć obrotów sączącej Gardela i że niewidoczny ktoś za oknem chcąc podlać trawnik krzyczy do innego niewidocznego kogoś
- Odkręć mocnieeeej!