wtorek, 29 grudnia 2015

Koło Młodych

Wanda Szczypiorska

Jesteśmy u Romana. Ciasno. Ja z Wojtkiem ulokowani na komodzie. Kanapa jest zajęta, siedzą tam; Roman, jego Maria i ci trzej, co zawsze łażą za Romanem. Trzech kandydatów na poetów ubranych w postrzępione spodnie. Pijemy czystą bez zakąski. Roman jak zawsze peroruje, nikt się nie kłóci, nie zaprzecza, bo Roman jest autorytetem i członkiem Koła Młodych. A także ma dorobek; wiersz zamieszczony w almanachu i obiecaną publikację (ale to jeszcze nic pewnego).
 

W pokojach z wejściem z korytarza, przez który trudno się przecisnąć, rodzice, młodszy brat, dziadkowie, pewno ciotki, jak to na Nowogrodzkiej w starej kamienicy. Nikt do nas się nie wtrąca i nie wchodzi, ale i tak wyjdziemy zaraz na ulicę, bo Roman musi z kimś pogadać, coś załatwić.
Wieczór majowy, ciepły, jeszcze widno. Idziemy wszyscy na Starówkę. Mijamy w rozsypce Plac Defilad, byle szybciej. Tu nic nie zatrzymuje, pusta przestrzeń. Jeszcze kawałek Marszałkowską i już przed nami Ogród Saski. A tam mrok, zieleń, świergot ptaków. Zwalniamy kroku. Wojtek i ja trzymamy się za ręce.. Roman Wojtkowi imponuje, więc często chodzimy za Romanem. Wojtek mnie odprowadza, lecz nie zawsze, ponieważ mieszka w Milanówku i musi zdążyć na ostatni pociąg. Teraz Roman do załatwienia ma interes, a potem jeszcze gdzieś pójdziemy.
Roman ma wolny wstęp do Domu na Krakowskim, tam gdzie się mieści ZLP. Mamy nadzieje spotkać kogoś z kim będzie można coś załatwić, to znaczy oni, a nie ja, w tym gronie nie rozmawiam z nikim, jestem zbyt młoda i nieśmiała. Z Wojtkiem swobodnie gadam tylko wtedy, kiedy nikogo z nami nie ma.
Chłopcy, którzy nam towarzyszą nic nie znaczą. Może coś piszą, może nie. To Roman jest tu najważniejszy, bo Roman ma odwagę. Śmiało wchodzi do sali tam na górze podczas zebrania ZLP i siada w tylnych rzędach pomiędzy pisarzami. Nieraz podnosił nawet rękę i zabierał głos. Sprzeciwiał się i dyskutował. O co chodziło w takich chwilach nikt już na pewno nie pamięta. O sprawy organizacyjne chyba. Gdyby mówiono o literaturze, mówiono by o partii i ideologii, a tego żadne z nas, a nawet żaden z nich, uznanych literatów nie ryzykuje bez potrzeby.
Już późno, sala jest zamknięta, a więc wchodzimy do stołówki. Roman nie przyszedł tutaj bez powodu. Z kimś chciałby rozmawiać. O! Wypatrzył. Jerzy F. znajomy Putramenta. Szepczą. Ja też znam F. Jest dla mnie miły. Dal mi coś, co mam do dziś; obecnie szary, wtedy biały, a dziś w rozsypce „Zniewolony umysł”. Dał mi, kiedy byliśmy sami w jego klitce. W tajemnicy. Na marginesach wciąż są dopiski Putramenta. Sprostowania.
Sprawa już załatwiona. Wszyscy razem, Jerzy i Alik W., który w stołówce jadł kolację idziemy do Krzywego Koła. Nic się tam chyba dziś nie dzieje, kręcą się znani i nieznani. Duży stół, siadamy wszyscy razem. Obok Jerzy i Alik W., obydwaj dużo starsi, mnie się wydaje, że wręcz starzy. I taki jeden, który rozgląda się niepewnie i chyba pragnie coś załatwić. To też jest członek Koła Młodych. Pochodzi ze wsi. Pisze prozę.
Wszyscy jesteśmy źle ubrani, Wojtek do Kameralnej zwykle wchodzi w płaszczu, bo nie ma nawet marynarki, ale ten? Po prostu bieda. I ta twarz! Jakby niedbale wylepiona z gliny. O czymś rozmawia z Wojtkiem. Szepczą. Wojtek się na coś godzi i wygląda jak gdyby był zadowolony. Wyciąga mnie zza stołu. Wiem teraz o co chodzi. O przepisanie na maszynie opowiadania tego Gienka. Bo tam gdzie mieszkam, w internacie, w sekretariacie jest maszyna. Gienek za to postawi nam kielicha. Nam tylko i nikomu więcej, bo ma ograniczone środki. Ale przepisać to musimy jeszcze dziś.
Idziemy więc do Kameralnej, pijemy tam po jednym w barze, na więcej nie ma czasu i pieniędzy. Ja z Wojtkiem jadę na Mokotów. On podyktuje, ja napiszę. Niedużo tego, ze trzy strony. Śmiejemy się. Opowiadanie nie jest śmieszne. W stylu małego realizmu. Wszyscy w tym czasie chcą być Hłaską. Gienek nie będzie Hłaską nigdy, ale karierę zrobi jako pisarz.