niedziela, 21 lutego 2016

ŻEGNAJ!
















Wanda Szczypiorska



W zapluskwionym pokoiku na Złotej – półtora metra na dwa i pół – przeżyłam kilka niewielkich dramatów, wiele godzin samotności i jedną scenę rozstania, po której płakałam trochę ale cichutko, skrycie. Ze względu na gospodarzy. W tym czasie płakałam raczej rzadko, więcej było poczucia nudy i beznadziejności. Tak to wyglądało. Zwykle dzień kończył się byle jak, smutkiem.
 
Lecz kiedyś, ni stąd ni zowąd coś nowego wdarło się w moje życie. Pewnego jesiennego dnia pod biurem na Marszałkowskiej czekał na mnie W. Nie widywaliśmy się od lat i nie sądziłam, że kiedykolwiek go jeszcze spotkam. Jakimś cudem dowiedział się gdzie pracuję i przyszedł się pożegnać. Okazało się że wyjeżdża. Za granicę. Na długo? Nie odpowiedział. Należało domyślać się, że na zawsze. Na pożegnanie chciał mi się z czegoś zwierzyć ale nie teraz, nie od razu, to było zbyt ważne – umówiliśmy się na następny dzień.
 
Przyjechał po mnie samochodem, bo najwidoczniej jemu się powiodło. Podczas studiów rzadko miewaliśmy pieniądze, a teraz – proszę – zajechał przed dom trabantem ubrany w elegancki kożuch. A więc nasze spotkanie na razie polegało na przejażdżce. W samochodzie miał niewątpliwą przewagę nade mną. Pustymi ulicami pojechaliśmy na Mokotów i z powrotem, a potem Traktem Królewskim na Stare Miasto. Początkowo czułam się skrępowana. Czego ode mnie chce? Jest ciekawy, co teraz robię? Nie wyszłam za mąż. A on? Nie pytałam, czy się ożenił. Po diabła ta informacja, czasu się już nie cofnie. Chociaż teraz… Bo teraz byłam kimś, kto potrzebuje, być może odrobiny wsparcia. A on wyjeżdża. Proszę. Do Paryża. Ma przed sobą bajeczne życie. A ja? Wciąż tylko ten męczący sen, w którym z trudem udaje mi się złapać oddech kiedy ostatkiem sił usiłuję wydostać się na powierzchnię.
 
Rozmowa się kleiła, nie powiem. Wysiedliśmy z samochodu, żeby pójść na rynek Starego Miasta do kawiarni. Zdjęłam płaszcz, byłam ubrana na czarno. W kawiarni tłok, jedyny wolny stolik w przejściu, ale dobre i to. W zamówił kawę i chciał mi postawić ciastko, ale się nie zgodziłam, w pewnych okolicznościach bowiem jedzenie staje się krępujące. Kiedy rozsiedliśmy się na dobre rozmowa toczyła się wyłącznie o tym co ja i on robiliśmy w ciągu ostatnich lat. W pokazał mi swoje zdjęcia (nie przepadam za oglądaniem cudzych zdjęć) a na tych zdjęciach był on, ale nie ten, którego znałam. Obcy człowiek w obcym otoczeniu. Byłam ciekawa jedynie, czy towarzyszy mu kobieta. Rozmawialiśmy w taki sposób, żeby pokazać się z jak najlepszej strony. Nie miałam przecież kłopotów. Nikt mnie nie krzywdził, tylko ta ślepa ściana, poza którą nie sposób się wydostać. Dlatego byłam zaskoczona jego nieoczekiwanym podziwem dla mnie. To ja byłam ta dziewczyną pełna spokoju i dystansu do życia? Wyniosłą i niezależną? Boże! Co on?

Nasza krótka znajomość to któraś bujna wiosna pod koniec drugiego roku studiów. Kilku młodych poetów i gromada satelitów. Wszyscy w orbicie takiego jednego, który należał do Koła Młodych. Pamiętam te ich zabiegi o miejsce w almanachu, chociaż mnie to nie dotyczyło. Ja byłam z W. Też ktoś w rodzaju satelity. Dziewczyna poety.

Przez te kilka tygodni, może miesięcy, dziać się musiało bardzo wiele, może była nawet mowa o miłości. Ale nic między nami nie zaszło, pocałunki, pieszczoty tylko i takie tam… rozpinanie bluzki. Chociaż – przyznaję - on uparcie czegoś ode mnie chciał. I niecierpliwił się coraz bardziej. Któregoś dnia powiedział (siedzieliśmy w akademiku) że może nawet mógłby się ze mną ożenić, ale powiedział to takim tonem jakby to była ostateczność. A ja poczułam się urażona. W pierwszym odruchu pokazałam drzwi. Ociągał się, ale wyszedł. Co tam. Niech idzie. Przede mną całe życie jeszcze i inni chłopcy. Nie wiem co się z nim potem działo, widywaliśmy się z daleka. Przypuszczam (śmiechu warte) że od tej chwili uważał, ze jestem niedostępną, dumną kobietą nie do zdobycia, o której nie sposób zapomnieć. Tak myślę. Sądząc z tego co mi powiedział w tej kawiarni wciąż byłam niezapomniana. A może… niezastąpiona również?

Lecz to co najważniejsze powiedział mi jednak w ostatniej chwili kiedy zajechaliśmy przed dom na Złotej i ja usiłowałam wysiąść. Ociągając się. Jak by nie było, nie mieliśmy się już nigdy spotkać. I on wtedy powiedział mi właśnie to.

    -Byłaś kobietą mojego życia.

Sądził, że ja się wzruszę. Nic z tego. Bo ja poczułam rozczarowanie. Stało się oczywiste, że gdyby mu zależało, gdyby czegoś jeszcze ode mnie chciał, na pewno by tego nie powiedział. Ale on miał to już poza sobą. Wiedział chyba, że się uwolnił.

Moje rozczarowanie musiało być widoczne, co jemu z kolei sprawiło zawód, może spodziewał się euforii? A ja siedziałam z kamienną twarzą i z jakimś, niczym nieuzasadnionym rozgoryczeniem wewnątrz. No i po wszystkim. Z nim już koniec. Patrzył na mnie zdumiony chyba, bo wydawało mu się, ze jestem, nie wiadomo czemu, jakaś okropnie zła. Wysiadłam z samochodu trzasnąwszy za sobą drzwiami i powiedziałam
    - Żegnaj.

A potem wpadłam do bramy płacząc. Coś się skończyło. Razem z W odeszło to moje drugie, przez niego niezapomniane ja. A on sam stał się nieosiągalny, on – jedyny dysponent tamtej mnie być może nierzeczywistej, ale jakoś tam istniejącej przecież. Weszłam cichaczem do pokoju żeby nie budzić gospodarzy i z płaczem rzuciłam się na łóżko.
 
Po paru dniach, kiedy prawie przestałam już o tym myśleć idąc Bracką w stronę placu Trzech Krzyży w kolejce przed Orbisem zobaczyłam W. W kożuchu i kolorowej czapeczce robionej na drutach. Dawniej takiej nie nosił. (oczywiście, nie mógł nosić, przecież w ciągu tych kilku lat zmieniła się moda). Zawahałam się.. i przeszłam szybko na druga stronę Cedetu, żeby mnie nie dostrzegł. Bo gdyby mnie zobaczył mógłby pomyśleć sobie, że to nie przypadek. Że, być może, spodziewałam się czegoś jeszcze. Ale on mnie nie zauważył. Być może.
To nic. Żegnaj.

poniedziałek, 15 lutego 2016

Inspekcja - CZĘŚĆ II

MIKOŁAJ RADWAŃSKI











Minęła dosyć długa chwila milczenia, w którą nagle wkradł się dźwięk i zaczął rozpoławiać ciszę. Głowa w akwarium od razu zauważyła skąd ów dźwięk dochodzi, bo otworzyła szeroko oczy i skierowała swój wzrok w kąt pokoju. Przestała mrugać. Oficerowie, kierowca i szeregowcy, zanim również odkryli źródło dźwięku, to patrzyli raz po sobie, a raz rozglądali się wokół. Pułkownik Marzęciel spojrzał na głowę i zobaczył, że ta usilnie wpatruje się w jeden punkt, próbował więc namierzyć, w które miejsce patrzy. I nagle dojrzał czarny punkt, który drżał. Szturchnął łokciem pułkownika Borowskiego, a Borowski kapitana Snobka. Tylko dwaj szeregowcy stali jak stali, nie próbując nawet patrzeć w tamtą stronę, tak jakby wiedzieli co to takiego. Czyżby w taki sam sposób przebiegały wcześniejsze wizyty wysoko postawionych oficerów? Czyżby i tym razem miał to być wyreżyserowany spektakl absurdu, w którym wszyscy mieli grać z góry określone role? I właściwie czemu miało to służyć?
- Ty, zobacz. To w rogu bzyczy. Co to jest? – zapytał Marzęciela Borowski.
- Nie wiem, wygląda jak mucha, ale czy to jest mucha? – odrzekł Marzęciel.
- To mucha. – wtrącił się kapitan.
Pułkownicy spojrzeli podejrzliwie na kapitana. Skąd on mógł wiedzieć, że to jest mucha? Przecież to jest czarna kropka, niepodobna do żadnego innego kształtu. Czyżby maczał w tym przedstawieniu swoje palce?
A ta niby mucha pulsowała coraz szybciej, dając wrażenie, że rośnie. W tym niezwykłym procesie, z czarnego punktu zaczęły wykształcać się małe kończyny. Kiedy pojawiło się ich sześć, punkt zaczął iść po ścianie, zmierzając w kierunku akwarium. Kiedy był już nad zbiornikiem ucichł i zatrzymał się, głowa z akwarium natomiast omal nie wywróciła do środka czaszki oczu, tak bardzo chciała zobaczyć co będzie dalej.
Pułkownik Borowski w tym czasie niespodziewanie wyszedł z pokoju i wyciągnął z kieszeni telefon. Wybrał numer.
- Dzień dobry, tu sekretarka dowódcy batalionu, Renata Kobierzec, w czym mogę pomóc. – miękki i ciepły głos odezwał się po kilku sygnałach.
- Dzień dobry pani, z tej strony pułkownik Borowski, czy mogłaby mnie pani połączyć z pułkownikiem Laszczyńskim? To bardzo pilne, przyjechałem z kontrolą do jego jednostki.
- Łączę panie pułkowniku. – odpowiedziała sekretarka.
W słuchawce odezwała się łagodna melodia, to znaczyło, że za chwilę będzie można usłyszeć głos pułkownika Laszczyńskiego. I rzeczywiście.
- Pułkownik Laszczyński. Słucham. – gruby, silny i zdecydowany głos dowódcy.
- Panie pułkowniku mówi Borowski. Pułkownik Borowski.
- A tak. Miło mi z panem rozmawiać. Spodziewaliśmy się pana najpierw w sztabie… W czym mogę pomóc? Jakieś kłopoty w czasie kontroli? – zapytał Laszczyński.
- Taaakkkk, w ostatniej chwili zmieniliśmy plan naszego działania – usprawiedliwił się Borowski. – Ale mamy tutaj pewien problem – ściszył głos. – Jesteśmy na przedmieściach i chcieliśmy skontrolować placówkę jednostki.
- Taaakkkk? – ciągnął Laszczyński za język Borowskiego.
- Panie pułkowniku, ja nie wiem jak mam to panu powiedzieć, ale pańscy żołnierze stroją sobie z nas żarty. Jeden z szeregowych zamknął nam drzwi na klucz i nie możemy wyjść, a w budynku dzieją się rzeczy niestworzone. Na ścianie orzeł wachluje skrzydłami, w akwarium czyjaś głowa wpatruje się w nas, po ścianie chodzi jakaś powiększająca się mucha. Niech pan tu do nas przyjedzie. Bardzo proszę. – wyrzucił w końcu z siebie Borowski.
- Oczywiście, niedługo będę. – odparł pułkownik Laszczyński i rozłączył się.
Pułkownik Borowski wszedł z powrotem do pokoju, w którym panowała teraz zupełna cisza przerywana jedynie odgłosem wypuszczanych bąbelków przez usta w głowie zanurzonej w akwarium. Czarny punkt, przypominający muchę cały czas stał nieruchomo na ścianie nad głową. Wszyscy patrzyli po sobie, ale nikt się już nie odzywał. Nagle w drugim pokoju coś trzasnęło. Wszyscy udali się do tego pomieszczenia. Za oknem, przez które nie wpadało dzienne światło, ale widać było wszystko, co powinno, pojawiła gruba, pionowa rysa, tak jakby świat miał się właśnie rozpaść na części. I faktycznie, drzewo rozpołowiło się, ziemia rozstąpiła, nawet ogrodzenie okalające placówkę przerwało się.
- Wypuść nas!!! Natychmiast otwórz drzwi!!! – zaryczał pułkownik Marzęciel.
- Szybko! Dawaj klucz!!! – wtórowali pozostali.
Starszy szeregowy Kuciapa wyjął klucz z kieszeni i udał się w kierunku wyjściowych drzwi. Za nim podążyli pozostali. Drzwi się otworzyły i oficerowie wypadli na dwór, ale tam wszystko było, jak należy. Ziemia, drzewa, ogrodzenie w całości. Pułkownicy i kapitan zupełnie nie mogli znaleźć żadnych słów.
- Cccoooo jjeeesttt? – zaciągnął w końcu Snobek.
- Jak to możliwe? – dodał Borowski
Szeregowi wzruszyli ramiona i nagle Blaga ruszył ku bramie.
- Ej! A ty gdzie? – krzyknął za nim Marzęciel. – Wracaj!
- Panie sierżancie, idę otworzyć bramę, nasz dowódca jedzie! – odkrzyknął w biegu szeregowiec, znowu degradując pułkownika.
Istotnie, za ogrodzeniem, wśród drzew pojawiał się i znikał samochód wojskowy. Żołnierze znali pojazd własnego dowódcy, toteż, żeby przełożony nie czekał, Blaga pobiegł otworzyć wrota, zanim ten dojedzie do bramy.
Samochód wjechał powoli na teren placówki i zatrzymał się obok zgromadzonych, wysiadł z niego pułkownik Laszczyński - dowódca batalionu. Postawny mężczyzna, coś około pięćdziesiątki, blondyn, ani jednego siwego włosa, dobrze zbudowany. Niebieskie przenikliwe oczy, dobrze się prezentował w mundurze. Od razu podszedł do starszego szeregowego Kuciapy w celu przyjęcia meldunku. Oficerowie kontrolujący i kierowca z zaciekawieniem przyglądali się i przysłuchiwali tej krótkiej służbowej czynności. Czy żołnierz również swojego dowódcę zdegraduje do stopnia podoficerskiego?
- Panie pułkowniku, dyżurny placówki starszy szeregowy Kuciapa melduję placówkę w czasie realizacji porządku dnia. W czasie pełnienia dyżuru nic ważnego nie wydarzyło się! – szybko i bez zająknięcia wyrecytował regułkę.
- Dziękuję. – odparł pułkownik Laszczyński i podał rękę Kuciapie. W tym czasie zdążył już do reszty dołączyć Blaga, który uprzednio zamknął bramę na skobel.
- Panie pułkowniku, dyżurny placówki szeregowy Blaga. – przedstawił się, zgodnie z regulaminem.
- Co się tu u was dzieje, że pan pułkownik Borowski prosił mnie o przybycie. – zapytał Laszczyński i jednocześnie wyciągnął rękę do kontrolujących, żeby się przywitać.
- Panie pułkowniku, my nie wiemy o co chodzi. – szybko odpowiedział Kuciapa.
- Panie pułkowniku, pułkownik Borowski. Przyjechaliśmy do pańskich podwładnych na kontrolę, ale to, co zastaliśmy w środku budynku, woła o pomstę do nieba. Pan pozwoli z nami. – przedstawił się Borowski.
Wszyscy ruszyli do budynku. Szeregowy Blaga szedł pierwszy. Otworzył drzwi i czekał aż oficerowie wejdą do środka.
- Pan zobaczy co jest w tym pokoju. – pułkownik Marzęciel wskazał na białe drzwi do jednego z pomieszczeń.
Drzwi były przymknięte, pułkownik Laszczyński pchnął je więc lekko. W środku było tak, jak być powinno. Ściany białe, czyste. Pod jednym z okien biurko, na nim telefon i książka meldunków, na ścianie obok godło państwowe, pod drugą ścianą stolik i dwa krzesła, na trzeciej ścianie tablica z dokumentami, pod nią grzejnik elektryczny, na drzwiach od wewnątrz spis rzeczy.
- Nic nie rozumiem. – zaczął się drapać po głowie kapitan Snobek.
- Ja też. – powiedział niepewnie Marzęciel.
- Panie pułkowniku przed chwilą na ścianach był wściekle różowy kolor i orzeł, który machał skrzydłami, jakby chciał oderwać się i polecieć, a za oknem świat się rozpadał! – zaczął nerwowo mówić pułkownik Borowski, właściwie to krzyczał. – A niech pan idzie tam, do drugiego pokoju. Tam jest głowa w akwarium!
Pułkownik Laszczyński nie mógł wydobyć z siebie dźwięku, ale poddał się i niemal wypchnięty przez Snobka ruszył do drugiego pomieszczenia. W tym pokoju również ściany były białe i czyste, stały też dwa metalowe łóżka, dwie szafki żołnierskie, na ścianie na uchwycie zamontowany był telewizor, a w rogu pomieszczenia stał stolik, a na nim akwarium wypełnione wodą i żyjątkami. Trochę kolorowych rybek, trochę krewetek, jakieś rośliny, żwir.
- Co to ma znaczyć? – zapytał pułkownik Laszczyński. Widać przy tym było, że z trudem zachowuje spokój i, że za chwilę gotowy jest wybuchnąć.
- Panie pułkowniku, melduję, że to jest nasz pokój odpoczynku. Zgodnie z regulaminem jeden czuwa, a drugi odpoczywa i tak na zmianę. – odparł szybko starszy szeregowy Kuciapa.
Dwóch pułkowników i kapitan, którzy przyjechali kontrolować tę placówkę stali teraz jak dzieci, na które się krzyczy, bo uczyniły jakąś psotę. Wszyscy trzej mieli wzrok wbity w podłogę, byli bladzi, bo nie potrafili wytłumaczyć sobie, ani tym bardziej Laszczyńskiemu, co się tu tak naprawdę wydarzyło. Jak to możliwe, że jeszcze kilkanaście minut temu te pomieszczenia wyglądały zupełnie inaczej, a teraz jeszcze inaczej. Gdzie podziała się głowa? Gdzie jest ptak ze ściany? Gdzie jest mucha? O co tutaj chodzi?

poniedziałek, 8 lutego 2016

O Wisławie Szymborskiej




Szanowni Państwo,

w tym roku mija 4. rocznica śmierci Wisławy Szymborskiej oraz 20. przyznania jej literackiej Nagrody Nobla. Do księgarń trafiły właśnie dwie publikacje poświęcone poetce.

Pierwsza to „Nic zwyczajnego. O Wisławie Szymborskiej” (Znak) autorstwa Michała Rusinka, wieloletniego sekretarza poetki, a obecnie prezesa Fundacji Wisławy Szymborskiej. Michał Rusinek opowiada o swojej pracy z Szymborską, kreśli wielowymiarowy portret wspaniałej poetki i jej niezwykłej osobowości.
Była rozchichotana, czasami frywolna, lubiła językowe zabawy i „practical jokes”. Wolała rozmowy ze zwykłymi ludźmi niż kongresy poetów i dyskusje z intelektualistami. Była też depresyjna i melancholijna. Surowa w sądach o sobie i innych. Nie znosiła rozmów o błahostkach i marnowania czasu na spotkania z ludźmi, które nic jej nie dawały, oprócz, jak mówiła, pustych kalorii. Po Noblu powtarzała, że zrobi wszystko, żeby nie stać się osobistością, lecz pozostać osobą.

Druga publikacja to komiks „Wisława Szymborska. Życie w obrazkach” (Znak Emotikon) autorstwa włoskiej rysowniczki Alice Milani (tłum. Joanna Wajs). Komiks przedstawia sceny z życia poetki m.in. ślub z Adamem Włodkiem w 1948 roku, ich mieszkanie w Domu Literatów przy ul. Krupniczej w Krakowie oraz przyznanie Nobla w 1996 r. Rysunki zostały opatrzone krótkimi dialogami zaczerpniętymi z felietonów Szymborskiej, udzielonych przez nią wywiadów oraz opowiedzianych anegdot. W publikacji wykorzystano też wiersze noblistki.

 Zachęcamy do lektury!

wtorek, 2 lutego 2016

INSPEKCJA

Mikołaj Radwański



W grupie kontrolujących było trzech oficerów. Pułkownik Borowski, pułkownik Marzęciel i kapitan Snobek. Kontrolujący jechali białym busem na inspekcję. Samochód podjechał pod bramę z napisem "Teren wojskowy. Serdecznie zapraszamy obcych". Z początku każdy z oficerów przecierał oczy ze zdumienia, a potem jeden przez drugiego pytał:
- Co to wszystko ma znaczyć?
- Gdzie ty nas przywiozłeś?
- To ma być jednostka wojskowa?
Jeden z oficerów skierował swoje pytanie do Bogu ducha winnego kierowcy, który wykonywał tylko, to co do niego należało. Miał przywieźć, to przywiózł.
Kierowca wysiadł i nacisnął włącznik, taki sam jakim włącza się światło w pomieszczeniach. Po chwili z budynku oddalonego o około sto pięćdziesiąt metrów wyszedł żołnierz i zapinając w biegu kurtkę zmierzał do bramy. Kierowca wsiadł z powrotem do samochodu. Brama się otworzyła i pojazd mógł wjechać na teren należący do armii polskiej.
- Panie sierżancie! Starszy szeregowy Kuciapa melduję, że nic złego się nie stało! – ten krótki meldunek został wykrzyczany w tempie iście ekspresowym.
- Żołnierzu, czy wy znacie się na wojskowych stopniach?! I tak ma wyglądać, do kurwy nędzy, meldunek?! – krzyknął pułkownik Borowski, którego w mgnieniu oka rozwścieczyły te rażące błędy w żołnierskim zachowaniu się.
Pułkownik Borowski, był postawnym, wysokim mężczyzną. Śniada cera i szpakowate włosy nadawały mu egzotycznych cech, przykuwał swoim wyglądem uwagę każdego, kto go zobaczył. Z profilu wyglądał jeszcze bardziej charakterystycznie, miał długi spiczasty nos i wysunięty podbródek. Lekko się garbił, czego nie można było zobaczyć stojąc twarzą w twarz. Ale istotnie, garbił się, jak gdyby przygniatał go jakiś niewidzialny ciężar.
- Tak jest, panie sierżancie! – odpowiedział Kuciapa – Nie znamy i tak ma wyglądać!
W tym samym momencie pułkownik Marzęciel i kapitan Snobek parsknęli śmiechem, a Borowski, który przyjmował, ten pożal się Boże meldunek, zmarszczył czoło i chciał mówić dalej, ale nagle w drzwiach budynku stanął drugi żołnierz. To go zdekoncentrowało.
- Zapraszamy towarzysze do środka! – zawołał szeregowy Blaga.
Inspekcyjni stali jak wryci, nikt nie mógł wydusić z siebie słowa, a kierowca wyjął papierosa i próbował go nerwowo zapalić. Widać, że i jemu nie było do śmiechu, ponieważ sytuacja stawała się dość osobliwa. Dwóch lekkodusznych szeregowych przyjmuje w taki sposób kontrolę wyższego szczebla? Tego jeszcze nie grali.
Wreszcie ruszyli. Kiedy już wszyscy weszli do budynku, szeregowy Blaga natychmiast przekręcił klucz w zamku, czego robić nie powinien. Borowski odwrócił się od razu i wystrzelił krótką słowną serią, zupełnie jak z maszynowego karabinu.
- Co to ma znaczyć?! Dlaczego zamknąłeś te drzwi?!
- Panie chorąży! Melduję, że drzwi zamknąłem celem niebania się pana chorążego!- odpowiedział Blaga.
- Co jest kurwa żołnierzu?! Ciebie też nie uczyli wojskowych stopni?! – tym razem zezłościł się kapitan Snobek.
- Panie plutonowy! Melduję, że znam się na wszystkich stopniach! – odparł Blaga.
- To dlaczego zdegradowaliście nas wszystkich? Ze stopni oficerskich do stopni podoficerskich?! Gdzie jest wasz dowódca?! – tym razem wtrącił się pułkownik Marzęciel.
- Towarzysze! Może wejdźmy dalej i tam sobie wszystko wyjaśnimy. Oprowadzę panów po pokojach.- wypalił nagle Kuciapa, kiedy zobaczył, że Blaga otworzył usta jak ryba i nie bardzo mógł znaleźć słowo, którym wyjaśniłby, to co należało wyjaśnić – dlaczego tak zlekceważeni zostali starsi oficerowie, w dodatku pełniący tak ważną funkcję. Postanowił więc wyręczyć kolegę.
Wszyscy weszli do dyżurki. Był to dość spory pokój z dwoma dużymi oknami, przez które jednak nie wpadało żadne światło, chociaż widać było, co dzieje się na dworze. Jedno z tych okien stanowiło wyjście na taras, a wnętrze tego pomieszczenia rozjaśniały ściany pomalowane na wściekle rażący różowy kolor. Na środku ściany namalowany był biały orzeł, który od czasu do czasu majestatycznie poruszał skrzydłami, jakby chciał oderwać się od powierzchni i wzlecieć. Borowski, Marzęciel i Snobek wpatrywali się to w szybę, to na ścianę, próbując znaleźć odpowiedź, dlaczego pokój nie oświetla jasność z zewnątrz? Co robi ta animacja ptaka na ścianie i co to w ogóle wszystko ma znaczyć. W pokoju nie było nic oprócz kwadratowego stolika i dwóch krzeseł po przeciwległych jego stronach.
- A teraz przejdźmy do drugiego pomieszczenia. – poprosił tonem nie znoszącym sprzeciwu Kuciapa.
Wszyscy zatem podążyli za szeregowcem. Żołnierz pchnął białe drzwi.Ten pokój z kolei nie miał żadnych okien, ściany pomalowane były na biało, ale jasność biła z nich taka, jakby były całe przeszklone, a słoneczne światło skoncentrowało się w tym jednym miejscu. Na środku stała szafka, a na niej akwarium.
Oficerowie zbledli. W środku była ludzka głowa zanurzona w wodzie, z ust tej głowy wystawała plastikowa rurka do nurkowania, a oczy chroniły okulary pływackie. Głowa patrzyła na wszystkich zebranych w pokoju i mrugała spokojnie powiekami. Wokół niej pływały rybki i krewetki, niektóre z tych podwodnych stworzonek skubało skórę tej głowy.
- Co to jest?! Co to za żarty? Czyja to głowa?! – krzyknął przerażony pułkownik Marzęciel.
- To jest właśnie nasz dowódca. – odpowiedział od razu szeregowy Blaga – Może pan teraz o wszystkim mu powiedzieć. Proszę się nie krępować. Bardzo proszę.