niedziela, 21 lutego 2016

ŻEGNAJ!
















Wanda Szczypiorska



W zapluskwionym pokoiku na Złotej – półtora metra na dwa i pół – przeżyłam kilka niewielkich dramatów, wiele godzin samotności i jedną scenę rozstania, po której płakałam trochę ale cichutko, skrycie. Ze względu na gospodarzy. W tym czasie płakałam raczej rzadko, więcej było poczucia nudy i beznadziejności. Tak to wyglądało. Zwykle dzień kończył się byle jak, smutkiem.
 
Lecz kiedyś, ni stąd ni zowąd coś nowego wdarło się w moje życie. Pewnego jesiennego dnia pod biurem na Marszałkowskiej czekał na mnie W. Nie widywaliśmy się od lat i nie sądziłam, że kiedykolwiek go jeszcze spotkam. Jakimś cudem dowiedział się gdzie pracuję i przyszedł się pożegnać. Okazało się że wyjeżdża. Za granicę. Na długo? Nie odpowiedział. Należało domyślać się, że na zawsze. Na pożegnanie chciał mi się z czegoś zwierzyć ale nie teraz, nie od razu, to było zbyt ważne – umówiliśmy się na następny dzień.
 
Przyjechał po mnie samochodem, bo najwidoczniej jemu się powiodło. Podczas studiów rzadko miewaliśmy pieniądze, a teraz – proszę – zajechał przed dom trabantem ubrany w elegancki kożuch. A więc nasze spotkanie na razie polegało na przejażdżce. W samochodzie miał niewątpliwą przewagę nade mną. Pustymi ulicami pojechaliśmy na Mokotów i z powrotem, a potem Traktem Królewskim na Stare Miasto. Początkowo czułam się skrępowana. Czego ode mnie chce? Jest ciekawy, co teraz robię? Nie wyszłam za mąż. A on? Nie pytałam, czy się ożenił. Po diabła ta informacja, czasu się już nie cofnie. Chociaż teraz… Bo teraz byłam kimś, kto potrzebuje, być może odrobiny wsparcia. A on wyjeżdża. Proszę. Do Paryża. Ma przed sobą bajeczne życie. A ja? Wciąż tylko ten męczący sen, w którym z trudem udaje mi się złapać oddech kiedy ostatkiem sił usiłuję wydostać się na powierzchnię.
 
Rozmowa się kleiła, nie powiem. Wysiedliśmy z samochodu, żeby pójść na rynek Starego Miasta do kawiarni. Zdjęłam płaszcz, byłam ubrana na czarno. W kawiarni tłok, jedyny wolny stolik w przejściu, ale dobre i to. W zamówił kawę i chciał mi postawić ciastko, ale się nie zgodziłam, w pewnych okolicznościach bowiem jedzenie staje się krępujące. Kiedy rozsiedliśmy się na dobre rozmowa toczyła się wyłącznie o tym co ja i on robiliśmy w ciągu ostatnich lat. W pokazał mi swoje zdjęcia (nie przepadam za oglądaniem cudzych zdjęć) a na tych zdjęciach był on, ale nie ten, którego znałam. Obcy człowiek w obcym otoczeniu. Byłam ciekawa jedynie, czy towarzyszy mu kobieta. Rozmawialiśmy w taki sposób, żeby pokazać się z jak najlepszej strony. Nie miałam przecież kłopotów. Nikt mnie nie krzywdził, tylko ta ślepa ściana, poza którą nie sposób się wydostać. Dlatego byłam zaskoczona jego nieoczekiwanym podziwem dla mnie. To ja byłam ta dziewczyną pełna spokoju i dystansu do życia? Wyniosłą i niezależną? Boże! Co on?

Nasza krótka znajomość to któraś bujna wiosna pod koniec drugiego roku studiów. Kilku młodych poetów i gromada satelitów. Wszyscy w orbicie takiego jednego, który należał do Koła Młodych. Pamiętam te ich zabiegi o miejsce w almanachu, chociaż mnie to nie dotyczyło. Ja byłam z W. Też ktoś w rodzaju satelity. Dziewczyna poety.

Przez te kilka tygodni, może miesięcy, dziać się musiało bardzo wiele, może była nawet mowa o miłości. Ale nic między nami nie zaszło, pocałunki, pieszczoty tylko i takie tam… rozpinanie bluzki. Chociaż – przyznaję - on uparcie czegoś ode mnie chciał. I niecierpliwił się coraz bardziej. Któregoś dnia powiedział (siedzieliśmy w akademiku) że może nawet mógłby się ze mną ożenić, ale powiedział to takim tonem jakby to była ostateczność. A ja poczułam się urażona. W pierwszym odruchu pokazałam drzwi. Ociągał się, ale wyszedł. Co tam. Niech idzie. Przede mną całe życie jeszcze i inni chłopcy. Nie wiem co się z nim potem działo, widywaliśmy się z daleka. Przypuszczam (śmiechu warte) że od tej chwili uważał, ze jestem niedostępną, dumną kobietą nie do zdobycia, o której nie sposób zapomnieć. Tak myślę. Sądząc z tego co mi powiedział w tej kawiarni wciąż byłam niezapomniana. A może… niezastąpiona również?

Lecz to co najważniejsze powiedział mi jednak w ostatniej chwili kiedy zajechaliśmy przed dom na Złotej i ja usiłowałam wysiąść. Ociągając się. Jak by nie było, nie mieliśmy się już nigdy spotkać. I on wtedy powiedział mi właśnie to.

    -Byłaś kobietą mojego życia.

Sądził, że ja się wzruszę. Nic z tego. Bo ja poczułam rozczarowanie. Stało się oczywiste, że gdyby mu zależało, gdyby czegoś jeszcze ode mnie chciał, na pewno by tego nie powiedział. Ale on miał to już poza sobą. Wiedział chyba, że się uwolnił.

Moje rozczarowanie musiało być widoczne, co jemu z kolei sprawiło zawód, może spodziewał się euforii? A ja siedziałam z kamienną twarzą i z jakimś, niczym nieuzasadnionym rozgoryczeniem wewnątrz. No i po wszystkim. Z nim już koniec. Patrzył na mnie zdumiony chyba, bo wydawało mu się, ze jestem, nie wiadomo czemu, jakaś okropnie zła. Wysiadłam z samochodu trzasnąwszy za sobą drzwiami i powiedziałam
    - Żegnaj.

A potem wpadłam do bramy płacząc. Coś się skończyło. Razem z W odeszło to moje drugie, przez niego niezapomniane ja. A on sam stał się nieosiągalny, on – jedyny dysponent tamtej mnie być może nierzeczywistej, ale jakoś tam istniejącej przecież. Weszłam cichaczem do pokoju żeby nie budzić gospodarzy i z płaczem rzuciłam się na łóżko.
 
Po paru dniach, kiedy prawie przestałam już o tym myśleć idąc Bracką w stronę placu Trzech Krzyży w kolejce przed Orbisem zobaczyłam W. W kożuchu i kolorowej czapeczce robionej na drutach. Dawniej takiej nie nosił. (oczywiście, nie mógł nosić, przecież w ciągu tych kilku lat zmieniła się moda). Zawahałam się.. i przeszłam szybko na druga stronę Cedetu, żeby mnie nie dostrzegł. Bo gdyby mnie zobaczył mógłby pomyśleć sobie, że to nie przypadek. Że, być może, spodziewałam się czegoś jeszcze. Ale on mnie nie zauważył. Być może.
To nic. Żegnaj.