wtorek, 31 maja 2016

WYPRAWA NA ŻMIRŁACZA


obszerny fragment całości

LEWIS CARROLL
Tłum.. ROBERT STILLER

Konwulsja Pierwsza - Lądowanie
Konwulsja Druga – Mowa Brząkacza
Konwulsja Trzecia – Opowieść Bułkarza
Konwulsja Czwarta – Łowy
Konwulsja Piąta – Wykład dla Bobra
Konwulsja Szósta – Sen Brechacza
Konwulsja Siódma – Przygoda Bankiera
Konwulsja Ósma - Zniknięcie


„Tak, to wyspa Żmirłacza!” brzmiał okrzyk Brząkacza,
Gdy na ląd, mimo wściekłe opory,
Ekspediował kamratów nad powierzchnią grzywacza,
Uwikławszy im palec w kędziory.

„Tak, to wyspa Żmirłacza! Słowa te, drogie dzieci.
To zachęta dla was, nie przykrość.
Tak, to wyspa Żmirłacza! Oto rzekłem raz trzeci:
Prawdą jest powiedziane po trzykroć.”

W skład załogi liczyli się: Bucyput, a takoż
Kapelusznik, co berety szył jeno,
Brechacz, który ich spory miał rozsądzać, i Brakarz
Zajmujący się dóbr ich oceną.

Bezprzykładnie obrotny Bilardzista, jak sądzę,
Grą by sobie dorabiał z ochotą,
Ale Bankier, najęty za ogromne pieniądze,
Pieczę miał nad całą ich flotą.

Był też Bóbr, co się albo wzdłuż pokładu zataczał,
Albo dziergał koronki na dziobie
I raz po raz ocalał okręt (zdaniem Brząkacza),
Choć nie wiedział nikt, w jakim sposobie.

A następny tym słynął, że najwięcej zapomniał,
Kiedy przyszedł zasilić załogę:
Parasola, zegarka, nart, brylantów, kanarka
Oraz ubrań kupionych na drogę.

Miał czterdzieści dwie szkatuł, a na każdej szkatule
Wyczernione nazwisko się jarzy...
Lecz ponieważ zapomniał wspomnieć o tym szczególe
Zostawiono ów bagaż na plaży.

To, że stracił ubranie, było betką, albowiem
Siedem płaszczy wdział oraz kożuchów
I trzy pary obuwia: lecz sęk w tym, że tak powiem,
Iż zapomniał nazwisko swe zuch ów.

Reagował na „Hej!” i każdy krzyk po kolei,
Od „Psia krew!” aż po „Tłuszcz ci w perukę!”
I na „Panie... ten... tego!” i na „Uch, ty lebiego!”
A już zwłaszcza na „Bo go zatłukę!”

Ale kto, bez obrazy, lubił mocne wyrazy,
Zwykł mu dawać inne imiona.
Ci zbratani z nim całkiem zwali go „Niedopałkiem”,
A wrogowie „Ty, kurka pieczona!”

„Choć z wyglądu pokraka, choć z umysłu nie tytan,
(Brząkacz nieraz, bywało, zaznacza)
Człek to szczerze odważny! A co trzeba mieć, pytam,
Prócz odwagi, by tropić Żmirłacza?”

Fakt, że z hien się natrząsał, głową trzęsąc junacko
W odpowiedzi na wzrok trupojada,
Łapa w łapę z niedźwiedziem się bawił przechadzką:
„Bo go chciałem rozerwać”, powiada.

Za Bułkarza się najął, po czym wyznał ten głupiec,
I szlag mało nie trafił Brząkacza,
Że chociażby miał z czego, nic nie umiałby upiec,
Może prócz weselnego kołacza.

Wreszcie wspomnieć wypada ostatniego z kompanii:
Był to kretyn, idiota widoma,
Bzik na punkcie żmirłaczy: Brząkacz, rad takiej manii,
Przyjął go z otwartymi rękoma.

Miał być ich Bydłobójcą. Po czym raczył wybąkać,
Kiedy statek tydzień był w drodze,
Że zabija wyłącznie Bobry. Stracił głos Brząkacz,
Zadrżał, długo stał we łzach i trwodze.

Aż na koniec objaśnił, przy czym jąkał się nieco,
Że Bóbr jest tylko jeden na statku,
Jego własny, tak swojski, że wprost szukać ze świecą,
Rżnąć nie wolno go w żadnym wypadku.

Bóbr, przypadkiem słyszący te niesmaczne rozmowy,
Doznał wstrząsu i zalał się łzami
I rzekł, że mu zbrzydł żmirłacz i emocja, i łowy,
I że odtąd niech bawią się sami!

I nastawał: niech szyper Bydłobójcę umieści
Na osobno płynącym okręcie!
Ale Brząkacz oświadczył, że reforma tej treści
Utrudniłaby mu przedsięwzięcie.

„Nawigacja to sprawa, jak wiadomo, niełatwa!
Jeden okręt i dzwonek to dość! i
Wielce żal mi cię, Bobrze, lecz tu sprawa się gmatwa:
Wolałbym nie podwajać trudności.”

Cóż Bobrowi zostało? Tylko spowić swe ciało
W giętką stal antycznej kolczugi:
Brzmiała rada Bułkarza. I, gdy już go naraża,
Ubezpieczyć swój żywot niedługi:

Tak doradził mu Bankier. I na pozór od rzeczy
Dodał: „Ale dość gadu-gadu!
Bierz dwie tanie polisy! jedna cię ubezpieczy
Od pożaru, a druga od gradu.”

Mimo wszystko, od tego nieszczęsnego momentu,
Ledwie się Bydłobójca przybliży,
Bóbr zajmował się jakąś dalszą częścią okrętu
I był dziwnie nerwowy i chyży

Co się tyczy Brząkacza, pod niebiosa chwalono,
Że postawę ma (nawet usiadłszy)
Tak swobodną, tak godną! A mądrość wrodzoną
Widzi każdy, kto w twarz mu popatrzy.

Kupił mapę ogromną, a na mapie, widniało
Tylko morze bez wysp, lądu takoż.
Każdy stwierdził z rozkoszą, że rozumie ją całą,
Choć nie znawca jest ani smakosz.

„Cóż za korzyść wynika ze zwrotnika, z równika,
Po co tym Merkatorem się szasta?”
Brząkacz wołał tak właśnie. A załoga od wrzaśnie:
„To są znaki umowne i basta!

Inne mapy są mętne! Jakieś brzegi pokrętne,
Jakieś wyspy! A dzięki szyprowi
(Darli się na wyprzódki) nasz ocean gładziutki,
Składa się z błękitnych pustkowi!”

Scenka, owszem, przemiła. Ale wkrótce stwierdziła
Ta załoga piejąca mu pean,
Ze trząść dzwonkiem w zadumie to jedyne, co umie
Szyper ich, by przepłynąć ocean.

Z miny żeglarz bez skazy... Ale jego rozkazy
Kręćkiem mogła przypłacić załoga.
Kiedy krzyknął: „Ster w prawo, dziób na lewo, a żwawo!”
To co sternik miał robić, na Boga?

To znów bukszpryt pomylił mu się z rudlem... i macie!
„Z tym zjawiskiem (Brząkacz tłumaczy)
Spotykamy się często w tropikalnym klimacie,
Kiedy okręt się... hm... zeżmirłaczy.”

środa, 25 maja 2016

Demokracja analfabetów

Andrzej Walter


Coraz częściej odnoszę wrażenie, że cały, tak zwany świat literacki, zajmuje się głównie biciem piany. Ubija tę pianę konsekwentnie, wytrwale i namiętnie. Toczy pianę z ust niedobitków krytyków, tłoczy pianę w zdeformowanej realności degradacji pisarzy i pisarstwa, zalewa pianą resztki nieczytanych czasopism, które zajmują się literaturą. 


Piana słowotoku wystaje mu z każdej dziurawej kieszeni i wbrew prawu ciężkości pęcznieje na potęgę przykrywając nas w zasadzie w całości.

To nie jest próba metafory. To raczej smutna konotacja – tętniąca refleksja z naszych obrazkowo-hasłowych czasów, które książkę, wiersz, w zasadzie każdy bardziej skomplikowany tekst zepchnęły do narożnika społecznej uwagi. Słowo przestaje być nam potrzebne. Przecież komunikować możemy się znakomicie z minimalną jego egzystencją, albo wręcz formą maksymalnie skróconą, a tym samym zdeformowaną intelektualnie.

   Charles Simic – jak go określają serbsko-amerykański poeta – w jednym z wywiadów opisuje sytuację słowa w Ameryce. Odpowiada na pytanie czy może z amerykańskiej poezji współczesnej wyłonić się jakiś kanon literacki. Mówi tak:

   „Gdyby zadał mi pan to pytanie trzydzieści lat temu, spróbowałbym odpowiedzieć, ale nie dzisiaj. W całym kraju zamykane są biblioteki i księgarnie, w szkołach i college’ach uczy się coraz mniej literatury, a młodzi ludzie coraz mniej czytają. Trudno mi sobie wyobrazić, aby w takich warunkach ukształtował się jakiś kanon. Nawet uniwersytety nie wierzą już w kanon i na przestrzeni ostatnich dwudziestu lat ochoczo okroiły, niekiedy zlikwidowały, programy literatury powszechnej. Przypuszczam, że poezja pozostanie mocno zróżnicowana, odwołując się do szerokiego zakresu poetyk – od formalizmu do awangardy. Nie chcę jednak snuć dywagacji, skoro nie mogę z całą pewnością powiedzieć, że za trzydzieści, czterdzieści lat wciąż będziemy mieć drukowane książki.”

   Te słowa brzmią bardzo zdecydowanie, mocno, z właściwą sobie intensywnością. Te słowa coś nam przypominają. Ależ tak, oczywiście, przypominają nasze własne podwórko, tożsamość naszych obserwacji, właściwie ich zgodność. Przecież i my dziś w Polsce, ba, nawet w Europie, moglibyśmy opisać sytuację literatury tymi właśnie słowami. Simic trafił więc w samo sedno. Wzbija pianę jako i my wzbijamy, jako i my wzbić możemy. Przy czym nie uważam owego wzbijania za całkowicie sensu pozbawione. Uświadamianie sobie pewnych spraw zawsze rodzi wiedzę, a wiedza może prowadzić do jakichś rozwiązań mniej bądź bardziej systemowych, bardziej albo mniej indywidualnych. Generalnie ta wiedza pozwala obłaskawić sytuację. Stan, na który właściwie nie mamy wpływu. Ta wiedza pozwala taką sytuację, było, nie było, zaakceptować. Tylko czy akceptacja oznacza zgodę?

   Zgody zapewne nie oznacza, ale właśnie powoduje owo miotanie się, które jak już wspomniałem wzbija kolejne pokłady obfitej piany mało społecznie znaczących słów lamentu nad rzeczywistością. Obraz wiedzie do katastrofy, a katastrofy to mają do siebie, że stanowią pewnego rodzaju koniec, który ma szansę być zawsze jakimś początkiem. Początkiem nowej epoki znaczenia słów. Kiedy bowiem już sięgniemy dna możemy tylko się od niego odbić.

   Krytyka naszych czasów to nie jest nic zdrożnego. Żyć będziemy dopóki jeden będzie pisał, a drugi czytał. Szkoda tylko, że wokół nas oprócz wspomnianej piany, zaludniają planetę hordy coraz bardziej przemysłowo wyedukowanych analfabetów, z którymi coraz ciężej o nić porozumienia. No, bo ciężko porozumieć się ludziom, których mózgi osiągają tak zróżnicowane obszary intelektualnej wyobraźni. W dobie możliwości prostego nagłośnienia tych wyobraźni i masowego ich rozpowszechnienia, pewne wartości źródłowe, definicje i sposób emocjonalnego świata postrzegania mogą ulec zdeformowaniu – co właśnie się na naszych oczach dzieje. Literaturę wkłada się w takim świecie do zakurzonych bibliotek, które ledwo ledwo zipią garstką niedobitków, którzy z braku laku (albo nadmiaru czasu) jeszcze coś tam czytają. Poruszaliśmy ów temat już wielokrotnie, jednakowoż jego intensywność zdaje się stabilna i powoli zamieniamy się w świat ludzi, których łatwo przekonać do wszystkiego. Byle pokazać to w telewizji. Może zatem warto do tego tematu wciąż powracać, zwłaszcza, że nosi symptomy obłędu udzielonego. Znane są wyniki badania pacjentów ze szpitala psychiatrycznego, którego okna wychodziły na wieże World Trade Center w Nowym Jorku. Niektórzy z nich widzieli na własne oczy, jak samoloty wlatują w wieże. I w ogóle się tym nie przejęli, przejmowali się czymś zupełnie innym. Dopiero, kiedy zobaczyli to w telewizji uznali, że to ważne.

   Tak się kształtuje dziś emocje, poglądy i opinie. To doprawdy świat pustej piany, manipulacji, kłamstw i fałszywych wizerunków. Nasza literacka piana przy tym to mało znaczące podskakiwanie polnych myszy wobec stada słoni. Wkoło dzieją się rzeczy ważniejsze, a te najważniejsze wspierane są siła materii, nie siłą ducha. A my, niereformowalni idioci, wciąż próbujemy ocalić tegoż ducha, za nic mając wskazaną materię – efekt potęgi pieniądza, ekonomii, kapitałów. Pozostaje nam  tylko piana. Możemy się pięknie zapienić, a i tak nic to nie da. Niczego to nie przyniesie. Nawet niektórzy z nas wkrótce nauczą się grać w tę grę i w miejsce (kreatywnej) lamentacji czy frustracji włożą koniunkturalny słowotok schlebiający komu popadnie, byle osiągnąć z tego choćby i okruch korzyści. Mawiają – takie czasy. A ja się zapytam: czasy? Czy może jednak ludzie? Może tacy właśnie ludzie powstali w „takich czasach”? Czasy są jak czasy – to ludzie przestali wierzyć w cokolwiek i trwonią wszystko za trzydzieści srebrników. Potem tylko mnożą zyski.

   Paskudność tego świata polega na wyjałowieniu człowieka. Za jego (człowieka) wyjałowienie odpowiada między innymi niepisana zgoda na jego wtórny analfabetyzm, który zubożył jego wyobraźnię i wtłoczył w ramy prostych przekazów obrazkowych mających na celu osiągnąć postępowanie wedle modelu akcja – reakcja. Takimi masami najłatwiej sterować, a rzecz jasna robić to będą ci, którzy nie ograniczyli swej edukacji do wtłoczenia hurtowo przekazanych schematów. Kształtowanie faktycznych elit odbywa się dziś poza nawiasem społeczeństw. W zaciszach i dobrze opłaconych enklawach zamkniętych. Mało kto ma tam wstęp. A całe społeczeństwo to ludzka pulpa, magma, plastyczna masa, która za wiele nie myśli, tylko wykonuje swoje zadania od świtu do nocy.

   Kiedyś lektura oswajała świat, otwierała oczy i rozniecała pragnienia. Dziś udało się to zmienić do stanu, w którym owa inicjacja odbywa się na ekranach, a oswajanie świata, otwieranie oczu i rozniecanie pragnień powierzono rynkom dóbr i bogactwom materii. Tak oto życie stało się hodowlą. Powszechnie znane formy uboju to aborcja oraz eutanazja. Do wyboru do koloru. Każdemu wedle potrzeb. Nowy marksizm święci triumfy. Tak, wiem. Nazywa się to wszystko inaczej, albo i się nie nazywa – tak może i lepiej, gdyż bardziej enigmatycznie, podchwytliwe i podstępnie. Byle forsować i wprowadzać w życie nowe zasady, nowego człowieka i nowy świat. Czy ktoś jeszcze może być zdziwiony, że kultura jest obecnie albo komercyjna, albo „nie ma jej wcale” – (tłumacząc na nasze – nie pokazują jej w przestrzeni publicznej)? Czy ktoś jeszcze ma wątpliwości komu i czemu ma to służyć? Odpowiem wam – korporacjom. Medycznym, medialnym, zbrojeniowym. Kilku baaardzo bogatych panów bawi się naszym kosztem.

   Przyznam szczerze, że coraz trudniej się porozumieć z kimkolwiek. Ludzie nie rozumieją prostych spraw, łatwych w ocenie zależności i zatracili zdolność logicznego myślenia. Nie wyciągają wniosków dopóki ktoś ich im nie podsunie. A jeśli nawet, jeśli ktoś je nawet podsuwa, ciężko się z nimi (takimi wnioskami z logicznego rozumowania) przebić przez pancerz ukształtowanych medialnie opinii. To jest jakiś koszmar i niestety bezpośrednią przyczyną takiego stanu rzeczy jest brak lektury. Taką to mamy demokrację, w której „czwarta władza” (nazwano tak swego czasu prasę i dziennikarstwo) praktycznie zdycha. W takim społeczeństwie tak właśnie wygląda „demokracja”. Jest cieniem systemu, echem szczytnych idei. Jest więc zatem czego bronić?

   Choć demokracja ma i inny wymiar. Wymiar wolności. Wydaje się, że tej mamy dziś w nadmiarze. Aż do przesady. Każdy może biegać po ulicach i wygadywać bzdury. Potem pokazują to na ekranie, a u całej reszty kształtują się opinie o kolejnych bredniach i koło się zamyka. Powstaje komitet obrony demokracji. Ten obłęd się u nas pięknie nakręca. Nikt nie pyta o pryncypia.

   Mam już tego powoli dosyć. Może warto się wtedy zanurzyć, ot, choćby w przywołanego na początku Charlesa Simicia. Nie. Nie w „jego pianę” o zanikaniu kultury. W jego wiersze. A może nawet konkretnie w jeden – w wiersz „Para starych ludzi”. Coraz częściej zaczynam być w tym świecie … starym człowiekiem. Was również to czeka – prędzej czy później …

Oczekują, że padną ofiarą morderstwa
Albo eksmisji. Spodziewają się,
Że wkrótce nie będzie co jeść.
Na razie siedzą.

Przeczuwają nadejście gwałtownego bólu.
Zacznie się – myślą – w sercu
I podejdzie do ust.
Zostaną wyniesieni wraz ze swym skowytem na noszach.

Dziś wieczór wpatrują się w okno,
Nie zamieniają ni słowa.
Od pewnego czasu pada deszcz,
Teraz zanosi się na trochę śniegu.

Widzę jego, jak wstaje, żeby opuścić rolety.
Jeśli w oknie będzie wciąż ciemno,
Będę wiedział, że położył dłoń na jej dłoni
Właśnie w chwili, gdy miała włączyć światło.


Andrzej Walter

wtorek, 24 maja 2016

CHIŃSKI PARAWAN II

Małgorzata Köhler








CZĘŚĆ 2


ROMANSE KAPITANA ROCHA

Kiedy kapitan 2 Pułku Artylerii Polowej Legionów, Maurycy Roch, grał na gitarze i śpiewał niskim, tęsknym głosem pieśni rosyjskich Cyganów, kobiety rozmarzały się, miękły i kazały wznosić toasty za ljubow, a zazdrośni sykali po kątach, że to skandal, aby nadal śpiewać po rosyjsku w wolnej Polsce. Czuł się niewinny – niewiele znał innych miłosnych utworów na gitarę, a ruskie nie miały sobie równych. W lepszym towarzystwie pytał więc o fortepian, a gdy go tam doprowadzono, wybierał najbardziej nieśmiałą i niezbyt ładną spośród dam, i prosił o honor zagrania na cztery ręce. Zazwyczaj potrafiła zagrać mazurka. Później dawał sam koncert, po mazurkach nokturny, bo Chopin był w łaskach u pań, finiszował jednak długa wersją „Dla Elizy“. Jego sława rozeszła się prędko po garnizonowym mieście K. i często zapraszano go jako gwóźdź programu na salony i saloniki, prosić nie dawał się długo a jego popularność rosła. Kapitan nudził się niezmiernie na zesłaniu, jak nazywał pobyt w K., a nie zapowiadało się na zmianę. Jakiż kontrast do Warszawy, jakaż dégradation culturelle! – zauważał przy każdej okazji; był to jeden z nielicznych francuskich zwrotów, jaki opanował, dlatego też nie śpiewał chętnie po francusku.
Miał dobre powody, aby sławić Warszawę, spędził w niej jakiś czas w glorii bohatera. Po efektownym opanowaniu Cytadeli, gdzie znalazł się spontanicznie jako ochotnik, i gdzie wykazał się, wyprowadzając zręcznie konie wroga, został od razu przyjęty do oddziału kapitana Bolda. Później miał jeszcze okazję udowodnić swoją odwagę, wynosząc spod obstrzału rannego kolegę. Za każdym razem wyróżniano go awansem, a jego kariera również później była błyskotliwa; sam się tego nie spodziewał. Jego stopień w tak młodym wieku był rzadkim wyróżnieniem.
Dla wojska przerwał studia, zresztą z ulgą, bo traktował je bez większych ambicji; w głowie była mu muzyka, psy, polowania i kobiety, a do tego Maurycy nie był orłem w szkołach i studia przyrodnicze też go nudziły. Ten wesoły, prosty chłopak spod Zegrza, syn zubożałego ziemianina, trafionego apopleksją, którego po przedwczesnej śmierci matki wychowywali, jak umieli pobłażliwi dziadkowie, dopuszczając do zdziczenia młodzieńca, poczuł się jednak w stolicy jak ryba w wodzie, napawając się nimbem legionisty i obtańcowując chętne panny. Kilka lat tam spędzonych, szczególnie po wyzwoleniu, były najszczęśliwszymi w jego życiu. Największym sukcesem kapitana był romans z pewną majorową, która zakochała się w nim do szaleństwa, aż stawało się to niebezpieczne. Każdego dnia słała mu liściki i żądała odwiedzin, a nawet chciała z nim uciekać, co napełniało go przerażeniem, bo dokąd mieliby uciec. Skandal w jego sytuacji oznaczał śmierć cywilną, a majorowa, wprawdzie ze śladami wielkiej urody, przypominała mu raczej babkę, spod której nieznośnej troskliwości dopiero co się wyrwał. Przeniesienie więc było mu na rękę, chociaż odczuł szczery smutek przy pożegnaniu ze spazmującą kochanką – nikt go jeszcze nigdy tak spektakularnie nie kochał. Mimo, iż do K. , miasta garnizonowego, przeniesiono większość pułku, lubił myśleć że stało się to za sprawą zazdrosnego majora i czasami dyskretnie o tym napominał.
Tajemnica erotycznych sukcesów młodego kapitana była jednak nie tylko efektem głosu i talentu muzycznego, ale przede wszystkim jego przyrodniczych zainteresowań i doskonałej znajomości zachowań zwierząt. Być może Maurycy powinien był po prostu studiować weterynarię, najprawdopodobniej uczyniłoby go to szczęśliwym. Garnęły się do niego wszelkie zwierzaki i już jako chłopie zaczął wyręczać dziadka w obowiązkach w stajni i psiarni, niespełna dwunastoletni odebrał samodzielnie cielaczka; wkrótce znał się znakomicie na tajnikach hodowli i leczenia zwierząt i powierzano mu chętnie tę odpowiedzialność. Złożony niemocą, mało kontaktujący ojciec nie mógł reagować na coraz dłuższą obecność syna w stajni i na polowaniach; „zszedł całkiem na psy“, narzekał tylko, ale nikt go nie słuchał. Ten tymczasem, bywał proszony do sąsiednich majątków, bo prawdziwy koński doktor mieszkał daleko i do nagłych wypadków zwykle nie dojeżdżał. Napawało to Maurycego dumą, a przede wszystkim czuł, że jest potrzebny. Przyjeżdżając krygował się trochę, szczególnie, jeżeli były przy tym kobiety – Chętnie pomogę, ale czy to ja jaki weterynarz jestem? – bo zauważył, że to słowo pobudzało jakoś ich wyobraźnię i czerwieniły się lekko.
Na przyrodzie się znam, i to wszystko. Przyroda stworzyła nas wszystkich podobnych, ot, cała tajemnica.
Motto to przyświecało mu w kontaktach z kobietami. Kiedy udzielał pannie spontanicznej lekcji na fortepianie, nigdy nie pociły mu się ręce i nie nachylał się zbyt blisko. Wiedział, że do uzyskania zaufania potrzebny jest spokój i stopniowe zmniejszanie dystansu. Gdy trzeba było, brał jej rękę i zdecydowanie układał na klawiszach; nie uśmiechał się wtedy, to była poważna sprawa. Nie wchodziły w grę przelotne muśnięcia, chichoty, aluzyjki. Dotknięcie następowało tylko jedno, przeciągłe i nie do przeoczenia. Moment był dobrze wybrany, gdy nie on, a ona po raz pierwszy skróciła mimowolnie dystans. Czuła się przyciągnięta i nie potrafiła tego ukryć. Bardzo młodej dziewczynie kładł rękę między policzkiem a szyją, jak niedoświadczonej klaczy, którą musiał uspokoić, aby założyć jej uprząż. Dojrzałe kobiety reagowały erotycznym dreszczem na położenie dłoni na łydce, niewiele z nich cofało nogę. Potem były już jego; wszystko niepowiedziane, ale jasne. Pozostawało ustalić spotkanie. Po tej pierwszej intymności nie następował jeszcze pocałunek, ale umówiona schadzka prawie zawsze kończyła się zbliżeniem. Nieśmiałą, naprawdę obawiającą się mężczyzny, oswajał łagodną perswazją, szeptaną obok ucha, jak mantra; w tym czasie jego dłonie zmierzały do celu bez pośpiechu, ale nieomylne i nieustępliwe. Chciały przecież, wiedział, że chciały, pokazywały to ich ciała i ruchy. Wszystko było kwestią złapania właściwego momentu. Timing to była jedna z mocnych stron Maurycego Rocha.
Nigdy nie podniósł ręki na zwierzęta, nigdy w psiarni nie wydawał komend podniesionym głosem, ale ustawiał je wszystkie spokojem i zachęcaniem do współpracy. Cierpliwie uczył przydomowe kosy nowych sekwencji, po jakimś czasie słyszał swoje melodie, gdy przechodził obok zarośli bzu, w których mieszkały. Zwierzęta były ciekawskie i ufne, należało je tylko zachęcić. Nawet koty kleiły się do niego. Zdobycie kobiety odbierał jako łatwiejsze niż zdobycie zaufania zwierzęcia, byli przecież z jednego gatunku. Jako kochanek był oddany i pomysłowy, rozkwitały przy nim wszystkie, i żadna nie przeklinała go, gdy ją opuszczał. Miał na tyle rozumu, żeby nie zrobić pannie dziecka, rozstawał się taktownie, tłumacząc się wstrętnym mu, aranżowanym dla ratowania ginącej z nędzy rodziny małżeństwem, lub rozkazem bojowym, służbowym przeniesieniem; żegnał melodramatycznie, obiecywał pisać. Czuł się z tym jednak źle, zdarzały się trudne do ominięcia komplikacje. Fama, jaka szła za nim, zamiast odstręczać, przyciągała kobiety, głównie mężatki, ale po przygodzie z majorową był ostrożniejszy i czuł sam mimo młodego wieku, że należałoby się ustatkować. Dowódca też przykazał kolegom, aby go wreszcie wyswatali.
Znajomość z Judytą Kulman - Dembską, piękną i młodą jeszcze wdową po przedwcześnie zmarłym inżynierze i przemysłowcu, była jednak niezupełnie po myśli dowództwa i nie afiszował się z nią. Do apartamentu w hotelu Bristol, gdzie się z nią spotykał i w którym to hotelu Judyta miała ciche udziały po mężu, wślizgiwał się tylnym wejściem od Śliskiej, dorożkom kazał czekać w bezpiecznej odległości. Oficjalne wizyty w jej domu ograniczał; okazała kamienica Dembskiego zamieszkana była przez licznych pociotków Judyty i uchodziła za żydowską. O Dembskiej mówiono często złośliwie Kulmanowa, szczególnie od czasu, gdy owdowiała, katolickie miasto nie chciało jej darować, że nie konwertowała, a panieńskie nazwisko, jakie uparła się dołączyć po ślubie do mężowskiego, kuło w oczy. Zmarły małżonek był Polakiem spod Poznania; nieprzytomnie zakochany ożenił się z młodziutką żydowską pięknością, korzystając, że tamtejsze prawo dopuszczało śluby mieszanego wyznania. Po ślubie na nalegania żony przeniósł się w jej okolice, ale na judaizm nie przeszedł. W K. stał się prędko szanowanym obywatelem, gdyż łożył w miejscowy, rozwijający się przemysł, założył farbiarnię i wytwórnię piór wiecznych, oraz miał liczne udziały w innych inwestycjach. Odziedziczone po nim zakłady wdowa w rewanżu niechętnemu jej Klerykowi przechrzciła - z Farbiarni Dembskiego na Zakład Chemiczny J. Kulman, tak samo postąpiła z fabryką, i zleciła zamieścić nad bramami kute z metalu, wielkie napisy z jej panieńskim nazwiskiem. Prowadzenie obu zakładów powierzyła swojemu, podobnie jak ona żydowsko – polskiemu krewnemu.
Nie kochano jej za to w mieście. Ale nie było mężczyzny, który nie wodziłby za nią oczami i nie chciał być jej przedstawionym. Była bowiem kobietą o filmowej urodzie, a szczególne podobieństwo do gwiazd kina zapewniały jej francuskie kosmetyki i fryzjer. Potrząsając masą błyszczących, ciemnych włosach, spływających w lokach i falach na ramiona, strzelała w niespokojnym rozbawieniu ślicznymi, czarnymi oczami, które nikogo nie pomijały, a poruszała się płynnym, posuwistym krokiem jak młoda klaczka, ukazując doskonałości długich nóg, bo suknie skracała śmiało, ubrana zawsze według najnowszej mody. Kąciki pełnych, wspaniale wykrojonych ust wydawały się zawsze uśmiechać, śmiała się też dużo i chętnie, rwała do zabaw i tańców, a ponad wszystko lubiła gorszyć i prowokować skostniałe towarzystwo. Mówiono o niej „nasza gwiazda“.
- Taa, gwiazda – bąknął kiedyś z lekceważeniem znany ze złośliwości radca Grabowski w foyer hotelu, gdzie właśnie wchodziła ze swoją zwykłą świtą – chyba sześcioramienna. Była to też aluzja do krążących w mieście plotek, że piękne ramiona Kulmanowej, które chętnie odsłaniała, sięgają wszędzie, i że jak bogini Kali pożera męskie serca na śniadanie. I tak zostało – gwiazda sześcioramienna.
Małżeństwo Dembskich trwało zaledwie osiem lat i nie było szczęśliwe. Ona roniła jedno dziecko za drugim, on zaczął przewlekle chorować, aż niespełna czterdziestoletni zmarł, po wielkich cierpieniach. Gdy Maurycy Roch poznał Kulmanową, zdjęła właśnie żałobę i rzuciła się zachłannie na bale i przyjęcia, sama też wydawała. Toalety sprowadzała z Paryża a ciastka ze Lwowa. Lata dwudzieste były okresem prawdziwego dolce vita w K., które zdawało się rosnąć w oczach na rozwijającym się przemyśle, i Judyta Kulman-Dembska rozkwitała razem z nim, odbijając sobie jak i ono ostatnią niewolę.
Maurycy został jej przedstawiony w teatrze, gdzie sama stanowiła wielką atrakcję w loży, pełnej adoratorów. Przypadli sobie zaraz do gustu – oboje w podobnym wieku i podobnego temperamentu, fizycznie atrakcyjni i bez większych skrupułów, rozpoznali się natychmiast instynktownie; Maurycy włączył swój muzyczno-przyrodniczy program, ale nie musiał się bardzo starać, po kilku dniach była jego. A nawet miał niepokojące wrażenie, że nie zostawiła mu wyboru.
Pech chciał, że poznał Kulmanową wkrótce po tym, jak zaczął bywać u Stefańskich, i właśnie zaczęto uważać go za adoratora starszej córki. Janina nie była wprawdzie posażna, bo niedawno zmarły ojciec zdążył przepuścić przed śmiercią cały majątek, ale Maurycy nie był wyrachowany, a rodzinna atmosfera na ulicy Słonecznej, przyjaźń z bratem Janki i wreszcie macierzyński stosunek do niego pani Teresy, sprawiały, że czuł się tam jak w rodzinie i odpoczywał po służbie i hulankach. Nie bez znaczenia była też oryginalna, niepokojąca uroda dziewczyny i to, że chociaż się świetnie rozumieli i przegadywali całe godziny, to jakoś zawodziła go dotychczasowa rutyna i nie dochodziło do muśnięć i randek na osobności. Nie śmiał jej tego zaproponować, nic się nie składało. Pianina Stefańscy nie mieli.
Kapitan Roch nie myślał o sobie, że jest niemoralny, a nawet miał się za człowieka honoru. Wycofywał się zawsze według niego w słusznym momencie i pod wiarygodnym pretekstem, pozwalając kobiecie zachować twarz. To, że dążył do jej zdobycia, było sprawą jego nadmiernej, jak odczuwał, pobudliwości seksualnej, o seksie myślał kilkanaście razy dziennie, musiał się masturbować jak za chłopięcych czasów, co u dojrzałego mężczyzny było oznaką słabości. Natura miała jakiś zamysł wobec niego i nie czuł się za to odpowiedzialny, ale nie był też dumny - ani ze swojej urody czy męskich atrybutów, ani z niepospolitej jurności, bo zbyt często wprawiała go w zakłopotanie.
W fazie zdobywania wpadał w euforię i poświęcał wiele czasu taktyce, cieszyło go, że był dobrym strategiem. W zależności od tej, którą uwodził, pozwalał sobie na więcej lub mniej. Będąc z młodymi dziewczętami często opanowywał się siłą woli i jeżeli panna nie wchodziła zupełnie w grę jako ewentualna narzeczona, zadowalał się wyuzdanymi, palcowymi pieszczotami. Panował znakomicie nad wytryskiem i nad kalendarzem kobiecej płodności, i nigdy nie zdarzyła mu się żadna wpadka. Najbardziej lubił dyskretne mężatki lub wdowy, te były najbezpieczniejsze, ale nie gardził też prostymi, upadłymi dziewczętami, z którymi pił, grał dla nich, jakby były damami, kupował słodycze i drobne prezenciki. Młode panny na wydaniu garnęły się jednak do niego najczęściej, same szły w matnię i nieraz musiał udawać nieczułego, aby się od jakiejś odgonić.
Najlepsze z tych miłosnych historii było stopniowe przełamywanie oporu, a później moment, gdy partnerki oddawały mu się, bardziej i jeszcze bardziej, bez reszty. Lecz wtedy następował punkt zwrotny, w którym Maurycy wiedział, że musi przestać, ze względu na dobro kochanki i ze względu na siebie. Mógł z nią zrobić teraz wszystko i tego wszystkiego się bał. Czuł, że drzemie w nim coś, jak sądził, nienormalnego. Gdy doprowadził już kobietę do rozwiązłości, nieustępliwą perswazją odsłonił ją, zbadał najtajniejsze zakamarki, doszedł do granic jej wstydu, ogarniał go lęk przed tym, co mógłby jeszcze z nią uczynić, skoro to wszystko przyszło mu tak łatwo. Opętywały go zboczone wyobrażenia, analne i sadystyczne; jej miłosne jęki pragnął zamienić w krzyk, ale obawiał się wspólnego upadku na dno i tego, że już się stamtąd nie wywinie.
Teraz była pora na rozstanie – lub na małżeństwo i zmianę punktu ciężkości w układzie. Jednak to drugie wyjście straciło z nią w międzyczasie całą atrakcyjność. Odchodził więc. Udawało mu się przez wiele lat, ale to lato w K. w 1926 było inne, niż wszystkie, jakby coś się zbierało w nim samym; Maurycy czuł, że tak dłużej lawirować, uciekać przed miłością i odpowiedzialnością się nie da. Najpierw widział meteor, spadający wcale nie daleko, w okolicach Bukówki, gdy jechał konno, aż koń się spłoszył, taki był świst. Błysnęło i spadło za lasem. Pomyślał życzenie, ale z oszołomienia i pośpiechu wypowiedział tylko: „Spraw, żeby się to już wreszcie skończyło.“
Później użądliła go pszczoła. Nigdy go to jeszcze nie spotkało, chociaż pomagał niejeden raz przenosić roje. Nigdy też żadne inne zwierzę nie zrobiło mu krzywdy. A jednak teraz zdarzyło się, jakby stracił swój immunitet, i w dodatku stało się to w obecności Janki, w ogrodzie Stefańskich, oddalonym nieco od domu, dokąd towarzyszył jej często i chętnie, kiedy szła z koszykiem po pomidory albo kwiaty na stół, bo były to jedyne chwile, kiedy mógł być z nią sam na sam. Aż krzyknął, tak go zakuło, w szyję. Janka zaraz doskoczyła i spokojnie, wprawnie wyjęła żądło.
- To wygląda poważnie, użądlenia w szyję są niebezpieczne, nie ruszaj się – poleciła, potem wspięła się lekko na palce i starannie wyssała jad. Zamarł, rozkoszując się tym momentem, zrobiło mu się gorąco. Nie wiedział, czy to od jadu czy z poruszenia, ale było mu wszystko jedno, chciał tylko, żeby trwało jak najdłużej. Gdy skończyła, złapał ją mocno w tali, obrócił do siebie i chciał pocałować, ale odchyliła się i patrząc mu w oczy powiedziała poważnie, bez cienia kokieterii:
- Siostrzana przysługa, kapitanie.
- Uwielbiam cię – zapewnił gorąco – nie odpychaj mnie, proszę.
- Zapomniałeś chyba, że uwielbiasz Kulmanową, ale całe miasto pamięta. Dla mnie miłość jest jedna i jest święta, kapitanie Roch. Proszę mnie nie zaliczać w poczet swoich miłostek – spokojnie zdjęła jego ręce ze swojej talii, odwróciła się i poszła w stronę domu. Zalał go wstyd. Zawołał jeszcze za nią:
- Ja z nią skończę, obiecuję, że skończę, nie odpychaj mnie, Janka! – ale go nie słuchała, więc upokorzony jak mały chłopiec nie wiedząc, co dalej, nie wszedł już do nich i bez pożegnania wrócił do siebie. Czuł się bardzo dotknięty. Nie tym, że go skarcono jak szczeniaka, ale tym, że zawiódł, że po raz pierwszy nie wyczuł momentu, nie zrozumiał, popsuł. Co za fatalny dzień, i jeszcze ta pszczoła, bolesny dodatek. To zdarzyło mu się niesprawiedliwie, nie miał przecież złych zamiarów. Jankę traktował poważnie, z podziwem i przyjaźnią, poskramiał się sam, aby jej nie zawieść. Do rozpusty miał Kulmanową, chętną bez umiaru, a w Jance szukał antidotum na jad po przehulanych nocach, na pustkę; traktował ją jak ideał, którym nie była, bo ideał nie może być małostkowy. Ale gdy doszedł do siebie, cała złość mu przeszła i został tylko smutek, poczucie przegranej, z którym nic nie umiał począć. Nawet nie poszedł do Judyty, upił się tylko na umór z byle kim, a następnego dnia spóźnił na próbę generalną parady przed Marszałkiem. To miało być epokowe wydarzenie w K., na które cały garnizon szykował się od miesięcy, i major zwymyślał go jak psa.
Maurycy czuł się rozdarty. Erotyczne szaleństwa z Kulmanową napełniały go chwilową euforią i prowokowały następne, ale po nocach z nią był rozdrażniony; czegoś w ich związku brakowało. A przecież nie było sposobu, w jaki by jej nie kochał, a ona odpłacała mu wieloma orgazmami, nieraz w ciągu krótkiego czasu. Coś było w niej jednak takiego – nieprzekraczalny dystans, ironia czy tłumiona niechęć do Polaków – że nawet w pieszczotliwych żartach czaiła się groźba, jakaś niewymówiona, a niezbyt pochlebna prawda. Mój oficerek, nazywała go; prosiła, aby kochał ją, nie zdejmując butów, ale zaraz wyśmiewała go, że pachnie koniem, a to ściskała mu jądra, co wprawiało go w najwyższe podniecenie, ale i upokorzenie, a upokorzenia nie znosił. Albo traktowała niby jakiegoś modela w swoim nowo otwartym i bogato urządzonym, dwupiętrowym sklepie „Moda Paryska“; oglądała go, chwaliła kształtne pośladki i umięśnienie, jednak w najczulszych momentach potrafiła wywinąć, zmienić temat, rzucić cyniczny żarcik. Albo, rozkapryszona, gdy ubierał się, aby iść na służbę:
- Nie idź! Zostań ze mną, chcę cię mieć cały czas przy sobie. Rzuć to w diabły, zatrudnię cię u siebie, będę ci płacić lepiej niż Polska!
Były to żarty, lecz zrobiło mu się aż gorąco ze wstydu, bo nieproszona wykupiła niedawno jego karciany weksel. Hulaszczy tryb życia kosztował, a zdarzało mu się grać w pokera i paskudnie raz przegrał. Chciał spłacić w ratach, ale Judyta skądś się zwiedziała i załatwiła sprawę po swojemu, przez kogoś podstawionego. Podała mu weksel razem ze śniadaniem: - Weź go, spłacisz mi, jak będziesz mógł. Nie chcę, żebyś miał długi u tego szulera, nie ufam mu – powiedziała o jego serdecznym koledze, poruczniku Kłoszyńskim. Gdy protestował, położyła mu palce na ustach:
- Cii, wiem, co mówię. Nie ufam mu, jego brat był w 1918 w teatrze, jak masakrowali naszych. Honor? Jaki honor? To kanalie, mordowali bezbronnych. Uwierz mi, znam się na ludziach. Chce cię mieć w ręku, dlatego z tobą gra, zresztą sprzedał cię Żydowi.
Od tej pory nie tknął kart, ale zły był na nią, że miesza się w jego sprawy, i że nic się przed nią nie ukryje. Jednak na przekór wszystkiemu – ludzkiemu gadaniu, swoim obawom i złym przeczuciom bawił się czasami myślą o małżeństwie z nią. Dzieci byłyby piękne z tego związku, myślał z rozczuleniem, mając ją pod sobą – owijał sobie o dłoń jej wilgotne loki, opadające na skórę szyi i ramion, na twarz - idealną, o jasno-brzoskwiniowych rumieńcach, z meszkiem na górnej wardze i rozkosznymi pieprzykami – dojrzała, blisko trzydziestoletnia Judyta zachowała pewną dziecięcość urody, pełne wargi, bardzo długie rzęsy, jak u dziewczynki, i coś kociego w ruchach. I była inteligentna – idealna wybranka dla mężczyzny, który chce mieć potomstwo, a mówią, że dzieci z mieszanych ras są wyjątkowo udane, mądrzejsze, jak kundle. Wchodził w nią mocniej, wydobywając z niej jęk – i wyskakiwał w porę.
Nie, żeby zważał na ludzkie gadanie. Maurycy był odważny i od dziecka przyzwyczajony, że robił, co chciał. Dziadka mógłby owinąć sobie wokół palca, ojciec nie liczył się, już nie kontaktował. Zresztą zostaliby w K., nie wyobrażał sobie Judyty bez kawiarni, księgarni, modystek. Nawet by jej nie proponował życia w rodzinnej wsi. Przecież ona nawet studiowała przez rok w Wiedniu. Wiedliby więc życie mieszczańskie w K., przerywane dla jego własnego urozmaicenia okolicznościami służbowymi. Mieliby dzieci, kilkoro. - Z tobą mogłabym mieć dzieci, czuję to, mówiła mu ciągle. Jesteś taki zdrowy, doskonałe nasienie. Ale zaraz: Uważaj, mam dni płodne. Uważał więc.
Lato ciągnęło się jak gorąca guma, lepiło do skóry, ozdabiało twarz Janki piegami; bluzki kobiet były wilgotne od potu, który wzmagał ich zapach. Maurycy krążył od jednej do drugiej jak rozdrażniony owad. Kochał Judytę do białego rana, bo wcześniej trudno było zasnąć, a ona sięgała po niego nawet w półśnie. Stawała się coraz śmielsza, coraz bardziej żądająca i to mu się podobało. Wieczorem bywała kąśliwa, miała jakieś urazy, o których nie mówiła, pewnie donoszone jej, że bywa u Stefańskich. Ale naga, w nocy, była cała jego.
- Ujeżdżam cię, mówiła, oswajam. Podniecało go to. - Będziesz naprawdę mój dopiero, gdy cię wytresuję, mój oficerku – dodała kiedyś. Leżał pod nią i może dlatego, że poczuł się przyciśnięty i bezbronny, nie podziałało tym razem; zezłościł się i chciał ją zrzucić, ale przesunęła się do jego twarzy, ściskając mu głowę i szyję udami .
- Powiedz, że kochasz. Że będziesz mój, tylko, na zawsze. Do śmierci. Zabiję cię, jeżeli pokochasz inną. Mów, że kochasz.
Był w panice, dusił się.
- Puść.
- Mów, że kochasz.
- Puść, suko!
- Proś!
Wściekł się i wyzwolił siłą, przekręcił ją tak, że był teraz nad nią i trzymał mocno za rękę i włosy, az syknęła z bólu i zawołała z wyrzutem:
- Żartowałam!
Wziął ją teraz mocno, brutalnie, jak chłop, nie bacząc na nią, a ona powtarzała, że go kocha, kocha, kocha, ale wiedział, że nie żartowała. Skończył i bez ceregieli zaczął się ubierać.
- Już idziesz? Zostań, jeszcze wcześnie. No zostań! – poprosiła, miękko, żałośnie, jakoś tak niezwyczajnie jak na nią, ale uciął krótko, że jest zmęczony i nie ma nastroju, wtedy się wściekła.
- Ależ z ciebie głupiec! Jak tak, to możesz jutro też nie przychodzić.
Życzył jej dobrej nocy, wyszedł i nie pojawił się u niej więcej.
Cierpiał, roznosiła go żądza, ale nie ustępował. Wiedzial, że i ona cierpi, lecz nie spodziewał się wiadomości, była podobnie uparta. Mimo wszystko czuł pewną ulgę, sytuacja rozwiązała się sama. Nie byli dla siebie stworzeni, zagryźliby się na śmierć. No i to przecież Żydówka, pomyślał, co wprawdzie nieco go zawstydziło, ale jakby wiele wyjaśniło.

ZA TYDZIEŃ - CIĄG DALSZY

Przyjechał wuj



Wanda Szczypiorska


Teściowa niespokojna, ja temu wcale się nie dziwię; przyjedzie z Francji wuj. Nie mój, mojego męża, brat teściowej. Dopiero teraz, w czasach Gierka stało się to możliwe. Poprzedzający wydarzenie list nie przyszedł jednak do niej , bo ona umie czytać tylko modlitewnik, lecz do drugiego brata, najstarszego. Rodzina podekscytowana. Mnie też udzielił się ten nastrój. Chciałoby się wujowi czymś zaimponować. No i jest! Właśnie kupiliśmy samochód. Nie byle jaki, bo Volkswagen garbus. To prawda, kilkunastoletni, przecież nowego Fiata 126 od ręki się nie kupi. Bo do tej pory w naszej wsi, która jest trochę wsią, a trochę miastem nikt jeszcze nie miał samochodu. No tak, ma szwagier. On tu nie mieszka, jest esbekiem, o czym otwarcie się nie mówi. Mieszkanie ma w Warszawie, w bloku. Odbierze wuja na Okęciu i przywiezie. Wuj się na pewno trochę zdziwi, pamięta inną wieś, tę z czasów wojny, prymitywną, biedną. Kiedy wcielono go do Kościuszkowców, niewiele więcej miał niż lat dwadzieścia i jakim cudem został na zachodzie, o tym mi nikt nie opowiadał, bo chyba nikt nic nie wie. O jego sytuacji, tej obecnej też nic pewnego nie wiadomo. Teściowa twierdzi, że to bogacz, choć wiadomości były raczej skąpe, ale już samo to, że stać go na tę podróż i prezenty. Choć ja nie liczę na nic. Mąż może skrycie tak? Bo wuj ma wobec niego obowiązki. Kiedy odchodził z wojskiem gdzieś na zachód, dokładnie nie wiadomo gdzie, mąż właśnie się urodził. Ja jestem pewna, że ta wieś, którą znam od niedawna przecież, zmieniła się nie do poznania. Co prawda wciąż ten sam piaszczysty dukt i większość domów starych, bardzo starych, ale gdzie nie gdzie są i nowe. Szwagierka zbudowała sobie nowy dom z werandą i pięterkiem. Wuj u niej się zatrzyma.

To już dziś. Jesteśmy więc gotowi i czekamy. O której się pojawią nie wiadomo, nie ma tu przecież telefonu. Robi się tłoczno na podwórku szwagra , nie tylko krewni, ale i sąsiedzi. Nie wszyscy zaproszeni są na obiad. W kuchni teściowa i jej córki gotują, pieką, smażą. W pokoju z wejściem z korytarza owalny rozłożony stół zajmuje prawie całą przestrzeń. Krzesła trzeba pożyczyć od sąsiadów. Mija południe, mija druga, cześć gapiów się rozeszła, później przyjdą. Brama otwarta. Samochód wjeżdża nieoczekiwanie, najpierw wysiada szwagier, potem wuj. Mały człowieczek o rumianej twarzy. Wita się z siostrą, bratem, z siostrzeńcami, niektórych nie poznaje, niektórych nigdy nie znał. Ja się nie pcham. Przyglądam mu się. Taki sobie, trudno ocenić przecież po ubraniu i do francuza niepodobny, ale do swoich krewnych także nie. Prowadzą go do wnętrza domu, nie dadzą nawet się rozejrzeć, chcą się pochwalić zamożnością. Mają łazienkę i bieżącą wodę, nawet centralne ogrzewanie. Opowiadają o tym chaotycznie, a wuj wciąż jeszcze nie wie kto jest kto.. My z mężem nienachalnie weszliśmy sobie na ostatku, no i zabrakło dla nas miejsc przy stole. To nic, siądziemy z boku, nie musimy jeść. Tu najważniejszy jest najstarszy brat. Teściowa jest wzruszona, płacze, ale przez chwilę tylko. Bo wszyscy są ciekawi jak tam jest i czy Warszawa się podoba. Jak żyje się we Francji wuj nam powie, lecz trochę później, a jeśli chodzi o Warszawę wydaje się rozczarowany. No oczywiście, to nie Paryż. A jak podróż? Długa. Najpierw musiał dojechać do Poitiers. Płatje? Część krewnych nie wie gdzie to jest, więc wuj wyjaśnia. Potem pociągiem do Paryża. Na lotnisko. Co za Płatje? To wuj tam mieszka? Niezupełnie, bo w nieco mniejszej miejscowości. A ten i ów nie może się powstrzymać od pytania; gdzie pracuje? Może ma gospodarstwo? Ależ nie. I wtedy wszystko się wyjaśnia; pracuje w firmie przewozowej, wuj jest kierowcą ciężarówki . Mój maż jest tym zainteresowany, ma prawo jazdy od niedawna i chciałby się dowiedzieć czegoś więcej, ale to prawie niemożliwe, siedzimy za daleko, nie usłyszy. Musimy to odłożyć, przyjdzie do nas, bo musi przyjść. Mieszkamy przecież u teściowej w starym domu, który wuj chyba wciąż pamięta. 
 
Większość zebranych wydaje się być dobrej myśli, że idzie w kraju ku lepszemu. Wuj nie jest tego taki pewny, wieś, którą widział z okna samochodu niczym mu nie zaimponowała. Zresztą wie swoje, z radia, z telewizji. Ale obecni uważają, że krytykować nie wypada, zresztą w tej Francji też jest nędza. Są już podpici trochę, ożywieni, ale do większej kłótni nie dochodzi. Brat wuja jak gdyby skrępowany. Owszem, pożenił córki, pobudował ale samemu marnie się powodzi, chory. Kuzyni i zięciowie, dwóch siostrzeńców, pracują, dają sobie radę. Mój mąż też chciałby coś powiedzieć ale to może później, nie przy obcych, bo chciałby się pochwalić. Mój mąż ma warsztat usługowy, jest więc prywatną inicjatywą (wuj pewno nie zrozumie o co chodzi) stąd miał pieniądze na samochód. Wreszcie udaje mu się wtrącić do rozmowy i mówi o tym samochodzie, że będzie woził wuja. Wuj kiwa głową; czemu nie? Jest coraz głośniej, ale w pewnej chwili robi się ruch na korytarzu, zamieszanie i gwar ucicha. Przyszedł ksiądz. Nie z tej parafii, nietutejszy, o ile wiem jest przyjacielem domu, widocznie został zaproszony. Robią mu miejsce honorowe obok wuja. Ksiądz dużo większy, masywniejszy. Wuj jakby nieco wystraszony nie okazuje entuzjazmu. Może tak mi się tylko zdaje? Może po prostu jest onieśmielony? Przychodzi mi do głowy; a może komunista? Chyba nie. Raczej krytycznie ustosunkowany, słucha Wolnej Europy, coś tam wie. Wspomina o tym księdzu. Ksiądz robi się czerwony. On opozycji nienawidzi. Co nieco wie o KOR-ze. Żydzi. Reszta zebranych wokół stołu chciałaby może przyznać rację, jest jednak trochę zdezorientowana. Ksiądz onieśmiela a więc niektórzy chcą się wymknąć. Ja też wychodzę. Mąż zostaje. Wuj najwyraźniej jest zmęczony. 

Minęło kilka dni, wuj do nas nie zachodził, pojechał do Warszawy do szwagierki, tej, która mieszka w bloku a więc wie, gdzie wuja zaprowadzić, co pokazać. Był u brata, potem obszedł bratanków po kolei i wreszcie jest u siostry. Niewiele się zmieniło, stwierdził. Ten dom postawił jego nieżyjący szwagier, więc dom jest taki sobie, marny, jednak siostrzeńca, czyli mego męża chwali, że coś tam dobudował i poprawił. Mąż chciałby mu się przypodobać, pokazać jaki jest zaradny. Były dwie izby, teraz proszę; jeszcze jest kuchnia i łazienka. No i warsztat. Na warsztat mąż przerobił stajnię. Konia już nie ma, niepotrzebny, bo kiedy trzeba coś zaorać przyjeżdża z Kółka traktorzysta, a resztę można zrobić ręcznie. Krowa wciąż jest. Teściowa jej nie sprzeda za nic. Nie mówi o niej żywicielka, bo tego słowa raczej nie zna. Oddaje mleko do spółdzielni.


Wuj jest zajęty oglądaniem zakamarków. Stodoła wciąż ta sama kryta strzechą. Sieczkarnia jest i kierat jest, choć teraz kiedy konia nie ma kierat już do niczego nieprzydatny. Mnie się wydaje, że jest czysto, bo odpady zalegające zwykle gdzieś pod płotem zostały zakopane. Nie ma się chyba czego wstydzić, bo nie jesteśmy przecież biedni. Obiad przygotowuje matka męża. Ja staram się rozmawiać z wujem, jednak rozmowa się nie klei, pytać jak żyje, nie wypada. Pytać o Francję? Ale o co? Nic nie przychodzi mi do głowy. Męża interesują ciężarówki, lecz wuj jest raczej lakoniczny. Pracę chwali. Objeździł kawał świata. Mąż pyta więc, gdzie pojedziemy po obiedzie?. Wuj chce na cmentarz . No i dobrze.


Samochód (silnik taki, że można jeździć nim po polach, mówi mąż) stoi umyty, wysprzątany. Kiedy zbliżamy się do niego wszyscy czworo mąż oczekuje aprobaty. Dorobił się, jak nikt w rodzinie. Wuj ma jak gdyby nieco kwaśną minę. „U nas starymi garbusami jeżdżą biedni studenci i uczniowie” i to stwierdzenie, dość niespodziewane, mnie również sprawia pewną przykrość, mąż jest wyraźnie zawiedziony. Wuj siada z przodu, niewygodnie , nisko, mówi ze tamten szwagra enerdowski lepszy. „Bo Stasiek kupił go na talon” mówi mąż, ale wuj tego nie rozumie. Byleby tylko nie ugrzęznąć w piasku. Potem im bliżej parafialnej wsi gdzie jest nasz cmentarz przy kościele ta droga będzie coraz lepsza, a przed kościołem asfaltowa. Dojeżdżamy. Cmentarz się rozrósł, stwierdza wuj. Za dzień lub dwa wyjeżdża, biletu jeszcze nie ma, więc przenocuje u siostrzeńca tego, który pracuje w MSW. Znowu jesteśmy wszyscy razem, żegnamy wuja pewno z żalem, już nie tak jednak ożywieni. A może trochę zawiedzeni? Nie wiem.
 
Ach prawda. Nie napisałam przecież o prezentach, jakoś wypadło mi to z głowy, bo tego co wuj przywiózł, komu dał, zupełnie nie pamiętam

poniedziałek, 16 maja 2016

POETA Z FERAJNY

Sławomir Majewski




"Co się piło? A bimber się chlało, jabole albo piwa ale najczęściej samogon pędzony w domkach dokoła Parku Oruńskiego albo za torami w Koloniach o rustykalnych nazwach Orka, Rola czy Zaranie. Albo dużo dalej od psiarni i bezpieczniej - w altankach i przegniłych ruderach Olszynki, gdzie po zmroku nawet największy chojrak z warszawskiej Starej Pragi czy łódzkich Bałut zwątpiłby w istnienie miłosierdzia Boskiego. Że o ludzkim nie wspomnę. Polej."







- A co ty tam, kurwa, wiesz… Gówno wiesz, kochany. Wiesz tyle, ile ci różne złamasy nagadały a Tolek wtedy mieszkał sam. Polej. Ty nie bądź taki cwany i dolej sobie, ma być po równo! Więc Tolek mieszkał sam ale przez jakiś czas mieszkał u niego Poeta. O, to są jego papierzyska. Jak Tolek przeprowadzał się do Hanki, to wziąłem i zabrałem, sam nie wiem po co. Może dlatego że Poeta tu i tam pisał o nas. A to fajnie poczytać o sobie, nie? Nie czytaj teraz, później sobie poczytasz. Więc tak: Tolek miał żonę ale od niego odeszła i dla nikogo nie było ważne dlaczego, dokąd ani z kim odeszła. Była, minęła jak zima stulecia, ta w 1979 roku, kiedy ulice odśnieżały czołgi a na rzęsach rosły sople, pamiętasz? No. Więc sobie odeszła jak stała a Tolek został i od tamtej pory mieszkał sam a że dzieciaków nie mieli, to kobita zabrała tylko ubrania i fotografie w pudełku po butach. Aha i jeszcze maszynę do szycia, takiego starego „Singera” z żeliwnymi nogami. Piękna dziewucha była, wysoka, cycata blondyna że palce lizać!
Tolek był dobrym muzykiem, wykształcony muzycznie przecież był, nie? Grał na pianinie, gitarze, trąbce. W domu miał stare pianino i kiedy postawił na nim szklankę z winem, kiedy zapalił świeczki i zakłębił się dym z papierosów, to grał na nim takie standardy, że chapeau bas kutasy! Widzisz to? Człowieku, niech ja skonam, dokoła Orunia Dolna alias matecznik robotniczej biedoty, wylęgarnia żulii i bandziorów a Tolek winko sączy, paluszkami po klawiszach przebiera, papieroska ćmi z oczyma przymkniętymi jak jaki Thelonious Monk… Widzisz to? No, właśnie. To tak wtedy było u Tolka na Raduńskiej... Czasami wpadał Cyganek albo Działko albo wpadali obacwaj, swoje dobre chłopaki u których zawsze obowiązkowo flaszka, chabanina na ząbek, papieroski.
- My polejemy a ty pograj, mówili do Tolka. Polewali, Tolek wypijał i grał, wszyscy pili i słuchali. Tak stary, tak to było u Tolka... Rozmawiało się różnie, o tym, o tamtym no wiesz, o starych dawnych. Czasem o dziewczynach, czasem o chłopakach, o kumplach i wrogach a najczęściej, jak to ze wspomnieniami bywa, wspominaliśmy tych wszystkich znajomych umarłych rozsianych po cmentarzach Trójmiasta i okolic. I o tych co po więźniach siedzieli i o konających w szpitalach od wódy, prochów, raka albo gruźlicy. Za tych żywych jeszcze albo już umarłych dobrych kumpli wznosiliśmy życzliwe toasty
- Zdrowie Kwasa! Paki! Łysego! Zośki! Salcesona! Rudej Celiny! Letkiej Hanki! Znienawidzonym życzyliśmy najgorszego:
- Żeby zdechł, chuj!
Wznosiliśmy, wypijali i zakąszali. Co się piło? A bimber się chlało, jabole albo piwa ale najczęściej samogon pędzony w domkach dokoła Parku Oruńskiego albo za torami w Koloniach o rustykalnych nazwach Orka, Rola czy Zaranie. Albo dużo dalej od psiarni i bezpieczniej - w altankach i przegniłych ruderach Olszynki, gdzie po zmroku nawet największy chojrak z warszawskiej Starej Pragi czy łódzkich Bałut zwątpiłby w istnienie miłosierdzia Boskiego. Że o ludzkim nie wspomnę. Polej.
Poeta zjawił się u Tolka wczesną zimą. Kiedy dokładnie? Ty, tak dokładnie to ja nie pamiętam... No, czekaj... W którym to było...? Jakiś dziewięćdziesiąty piąty? Szósty? Siódmy? Jakoś tak. Najlepiej weź i zapytaj Jaśka o, albo tego Kostka, może oni będą wiedzieli kiedy dokładnie, w którym to było bo dokładnie nie pamiętam. Tyle pamiętam że wczesna zima była, styczeń czy luty czy jakoś tak. A, mniejsza z tym, siup! 
- No więc Poeta zjawił się u Tolka wczesną zimą z tobołkami, starą maszyną do pisania i kobitą. Ona była niska, ruda i w okularach a on wysoki, chudy i jak to poeta, z bródką i wąsami. Tolek wynajął im ten większy pokój, ten z pianinem i widokiem na Raduńską. Pokój był ładny i czyściutki bo co jak co, ale Tolek choć pijący to taki był, mówię ci, czyściutki że mało która baba była taka czysta jak on. Żadnego kurzu, żadnego syfu; firanki, zasłony, ścierki i ręczniki poprane, ubrania poprane, poprasowane i równiutko poukładane w szafie. Taki był w tych sprawach. A Poeta z babeczką nie mieli się gdzie podziać. Ona była jakaś rozwódka z Terespola czy skądś, on też rozwodnik, miejscowy, tu od nas z Gdańska. Życiowo im nie wyszło, dokładnie nie wiem, to ci kombinować nie będę. Polej.
- Zamieszkali i on pisał na tej maszynie całe dnie i noce a ona leżała goła w łóżku i czytała to, co on napisał. Skąd wiem że goła? Bo ten ich pokój oddzielało od kuchni takie oszklone przepierzenie, to sobie Tolek nieraz ich podglądał. Kawaler był, to na gołą dupę chciał popatrzyć a ona nie skąpiła, wiedziała że ich podgląda, tak... Co poniektóre baby lubią takie figle. Czasami kiedy on nie pisał a ona nie leżała z cyckami na wierzchu, chodzili na spacery do parku. Byłeś w parku Oruńskim? Nie byłeś? Człowieku, to musowo musisz iść i zobaczyć, bajka! No, zdrowie! Właściwie to oni całymi dniami nie wychodzili z tego pokoju, tylko on pisał a ona leżała i albo się pieprzyli albo spali, albo jedli albo się pieprzyli. No i ona leżała kiedy on pisał. Zresztą, sam sobie przeczytasz jak było, wszystko masz tutaj, w tych jego papierach po nim. Ty teraz weź i sobie poczytaj a ja się idę odlać. Tylko ty nie bądź cwany gapa i nie chlej beze mnie, no!


Park Oruński w Gdańsku

Luty

Jak się zaczęło? A poetycko i romantycznie się zaczęło, w Tolkowym mieszkaniu. Wynajął nam ładny pokój; pianino Bechstein z żelazną płytą, gitara, ława, dwa krzesła, ileś-tam zakurzonych książek, fotografie rodzinne i jego byłych żon i kochanek; tapczan. Na tapczanie ona, moja ladacznica bezustannie leżąca noce i dnie, patrząca na mnie, śpiąca, czytająca, myśląca. Naga, w dżinsach, w majtkach ale bez stanika, w staniku i skarpetkach ale bez majtek za to z papierosem w ustach oraz szklanką wódki w ręku. I w okularach. A czasami bez okularów ale za to bez majtek i stanika ze szklanką wódki w ręku. A radio grało 24 godziny na dobę, wiersze, piosenki i żadnej mi polityki! Niech sobie skurwysyny łby pourywają, Polskę porozkradają do końca, do ostatniego ziarnka piachu i niech ich cholera wydusi!
Więc ona, moja odaliska piegowata leży pachnąc wódką, papierosami, słodkim potem, chcącą kobietą, marzeniami, lenistwem niewyobrażalnym, namiętnością niewyobrażalną a ja sobie siedzę przy biureczku i stukam w klawisze. Tłukę się z tym klamotem po miastach i domach różnych ale go nie chcę go odpuścić. Co warte życie moje bez niej, maszyny do pisania za Niemca wyprodukowanej? Gówno warte będzie, nie mam zdrowia do ręcznego pisania prozy. Wiersze? A, wiersze. Wiersze można na byle czym na serwetce, w zeszycie, na papierze do dupy można, można na ścianie ołówkiem, w celi (pisałem w celi) na szybach albo i drzwiach. Wiersze to całkiem inna melodia niż proza. Nie mam zdrowia do przepisywania tego, co ręcznie napiszę. Dlatego tyle się poszło... I pewnie jeszcze pójdzie.
Przy biureczku i maszynie siedzę, piszę kartkę za kartką. Piszę? Nawalam w klawisze jak oszalały, opowiadanie za opowiadaniem, za stroną strona oraz strona za stroną. O Jezusie! Buddo! Allachu! Hari Kriszna! Mzimu! Wszystkiebogi! Jaką mam wenę nieprawdopodobną, jakie mam zacięcie, pazur, sznyt, styl, wykwintność, polot, polor, jak jaki literata! Ech, co wy tam wiecie o wenie? Jak taka napadnie na człowieka około świtania a jest luty a jest śnieg, mróz trzaskający, dziewczyna chcąca i namiętna, to wtedy...
Tutaj za ścianą są dwa mieszkania gdzie chleją i biją się i są dwa inne, gdzie się nie biją, tylko chleją ale mnie tu dano azyl ogólnoświatowy i gołą kobietę włóżkuleżącą bezustannie. Jam ci jest teraz Pan Pisarz Bezdomny i mnie nie straszne ni mrozy, ni kaczki kwaczące na Raduni lodem skutej ani szron na rzęsach gdy w parku Oruńskim palę papierosa pod ogromniastą wierzbą i się nie zastanawiam, co jutro będę jadł. Bo skąd kasa? Ech, a co nas to obchodzi? Kupi się chleb, za 1,50 nóżek, dwie cebule, marchewkę i nagotuje się galarety na jakie 7-9 dni. Do chleba. Jak plastry będą cienko krojone, wystarczy na 7-9 dni a jak grube to na 5 dni. I co? I nic, głodem nas nie wezmą!


Marzec

Przyśniła mi się Gwiezdnooka. Dlaczego przyśniła mi się dziewczyna sprzed ośmiu lat? Pewnie dlatego że teraz jestem na Oruni a ona z Oruni była. A może nie z Oruni? Może i nie. W każdym razie przyśniła mi się, leżała na mnie naga z oczyma patrzącymi z bliska w moje oczy. Nic nie mówiła, tylko patrzyła a ja widziałem pył gwiezdny w oczach brązowych jak u sarny.
Odaliska była pełna rozpaczy.
- Co ci się śniło? Kto ci się śnił? Dlaczego śnisz obce dziewczyny? Ja ci już nie wystarczam? Świnia jesteś, nie poeta!
Następnej nocy też śniła mi się Gwiezdnooka z brązowymi jak u sarny oczyma, siedzieliśmy na kamiennym murku nad Motławą a w tle była katedra. Może ta Kolonii albo Akwizgranie a Motława wcale nie była Motławą tylko Sekwaną ale wiedziałem że to Motława, jak to we snach bywa... Paliliśmy papierosy i mówiliśmy o tym co było. O strajku który się zakończył dziwnie, o tych chlebach które przenosiła przez mury stoczni razem z innymi, tak samo młodymi i bohaterskimi jak ona. Wiał seledynowy wiaterek, słońce świeciło na pomarańczowo i nagle - jak to we snach bywa - idziemy po plaży na Stogach a na falach unoszą się kolorowe meduzy, wielkie i małe, średnie i maciupkie a każda w innym kolorze i wszystkie pachną pomarańczami...
I znowu Odaliska była pełna rozpaczy.
- Powiedz mi natychmiast kto ci się śnił? Dlaczego śnisz obce dziewczyny? Świnia jesteś, nie poeta!
Bo chciała być tą dziewczyną z moich snów i żebym śnił ją i tylko ją a nie żadną inną i żebym robił z nią to wszystko, co z Gwiezdnooką.
- Mnie śnij nie inną, rozumiesz? Bądź poetą, proszę!
Kochamy się ale teraz Odaliska ma twarz Gwiezdnookiej. I po co ty mi się przyśniłaś, dziewczyno o cycuszkach maleńkich i oczach sarenki? Po co? Na moją nieśmiertelną duszę: źle uczyniłaś śniąc mi się bezwstydnie i kusząco bo nie może tak być, żeby człowiek żył snem... Nie chcę żeby ktokolwiek żył snem, jutro wyjeżdżam. Do Smolnik. Do swoich, do młyna.

Fragment opowiadania ze zbioru 

CHIŃSKI PARAWAN I

Małgorzata Köhler

Część I
 


























(…) Jak jednak kochać kogoś, kto drapie przez pół nocy swoje fioletowo–czerwone nogi? Janka miała wstrętną egzemę, której nabawiła się w czasie wojny, od pracy w farbiarni. Nie znosiłyśmy jej serdecznie również za to, że była straszną pedantką i usiłowała robić porządek w naszych domkach dla lalek. Mieszkania lalek znajdowały się na piętrach regału, w którym poprzestawiałyśmy książki i bibeloty, aby uzyskać dwa wolne etaże. To były małe, ale szczęśliwe i bogate laleczki. Jeździły nawet na nartach z kartonu a w pokojach miały elektryczne, stojące lampy na bateryjki. Produkcją mebli i pozostałego wyposażenia zajmowałam się ja, siostra podziwiała tylko moją sztukę. Moja walka z ciotką była więc wojną nie tylko o terytorium, ale i o honor, na śmierć i życie, wygrywałam ją z góry. Gdy wychodziłyśmy do szkoły, wpadała komisja eksmitująca w osobie ciotki Janki i przenosiła lokatorki do ohydnych pudeł z szarego kartonu. Ponieważ nie cieszyła się żadnym autorytetem, po południu wszystko wracało na swoje miejsce; aż do następnego ataku jej porządkowej furii. Powtarzała często, że mieszkanie ma być tak posprzątane, aby było w nim jak w pudełeczku. Uważałyśmy, że ma fisia i przedrzeźniałyśmy ją za plecami przy każdej okazji: jak w pudełeczku! Jak w pudełeczku!
Babcia Irka opowiedziała mi rodzinną tajemnicę Gołąbków. Miała zresztą z nimi sobie tylko znane porachunki i uwielbiała zdradzać ich mroczne sekrety, wiek, długi, z satysfakcją wyliczać guzy macicy, stan wątroby i innych organów - ona, której zdrowie, wbrew nieustannym skargom, było nienaruszone, a serce trzymało ją przy życiu nawet, gdy od dawna przeszła na drugą stronę, gdzie słyszała głosy i rozmawiała ze zmarłymi, po naszej stronie wydając już tylko dziwne, ptasie pokrzykiwania. Większość jej rewelacji wydawała mi się niezbyt interesująca. Cóż mogła mnie obchodzić prostata Stasia? Albo że wujek Wacek miał cukrzycę i nie wolno było mu pić? Ciekawsze było, że gdy jednak pił, a pił na wszystkich rodzinnych przyjęciach, dymiła mu się czaszka. Ale to o mężu Janki wywarło na mnie oczekiwane przez babkę wrażenie, chociaż całą historię pojęłam dopiero kilkadziesiąt lat później, składając ją pieczołowicie z okruchów opowieści i strzępów z rodzinnego pudła. Ciotka, która coraz bardziej przypominała jaszczurkę, w miarę jak egzema pokrywała łuską coraz większe połacie jej ciała, była bohaterką historii rodem z przedwojennego romansu, w co trudno było uwierzyć, jak i w to, że w ogóle miała męża. Roch, oficer Legionów, został zastrzelony przez kochankę Żydówkę, którą porzucił aby ożenić się z ciotką. Podobno Janka była wtedy bardzo ładna, czego nie mogłam sobie zupełnie wyobrazić. Scenę zabójstwa, przedstawioną przez babkę malowniczo, widziałam jednak wyraźnie jak w powieści i żałowałam, że pod karą klątwy nie wolno mi było o nią zapytać samej bohaterki. Miało się to zdarzyć wkrótce po ślubie, gdy jechał z żoną bryczką z kościoła – oszalała z zazdrości kobieta rzuciła się do bryczki i zastrzeliła najpierw niewiernego kochanka, a potem (to rżenie koni, te spazmatyczne krzyki ciotki!) przyłożyła sobie pistolet dokładnie do skroni i wystrzeliła. Paf! i całe pudełeczko się rozleciało!
Ta romantyczna historia była jednak tak odległa od Słonecznej, jak włoska bajka z wyczytanej na śmierć książki o Cebulku. Sama zaś ciotka była dla nas co najwyżej kimś w rodzaju brzydkiej wróżki, stanowczo za często nawiedzającej mieszkanie dziadków. Nie tylko my dzieci – nikt jej nie doceniał, choć obraz, który z okruchów składa się dzisiaj na jej postać, ukazuje kobietę twardą, nie do zdarcia, o wielkim sercu i nieprzeciętną. Całe swoje pieniądze oddawała dzieciom siostry, szczególnie mojemu ojcu, który był w ciągłych finansowych tarapatach. To ona była motorem wszelkich zmian na Słonecznej, organizowała remonty mieszkania i odnawianie mebli; zdolna, pomysłowa i niespokojna. Wciąż ją nosiło, musiała coś robić, planować, zmienić. Jej oczy widziały wszystko i uprzedzały zdarzenia, mimo że zasnute żółtawą mgiełką – kiedyś umrze na wątrobę i wszyscy szybko zapomną o niej, o jej powolnym umieraniu, brzuchu wzdętym puchliną wodną i o tym, że szare włosy, fryzowane żelaznymi, rozgrzewanymi w ogniu kuchennym szczypcami o okrągłych rurkach, były kiedyś rude i bujne. Są to lata, w których umiera się częściej niż dzisiaj i chociaż chorym i umierającym poświęca się więcej uwagi, to luka powstała po ich odejściu zamyka się szybko i naturalnie. Rodzą się dzieci, dużo nowych dzieci, i nowe zmartwienia. Śmierć śmiercią, a żyć jakoś trzeba.
Pewnego wieczora, wkrótce po pogrzebie Janki, znajduję babcię Helę, siedzącą przy piecu kuchennym ze stertą zeszytów i luźnych kartek. Przegląda je metodycznie, odkłada niektóre z nich a inne wrzuca pod blachę, zajmują się tam szybko ogniem od resztek tlącego się jeszcze żaru, płoną chwilę, sypiąc iskrami do popielnika i gasną. Patrzę na odłożone równo kartki z kratkowanych zeszytów, zapisane wyraźnym, lecz luźnym i pełnym rozmachu pismem – to przepisy na ciasta, pasztety i marynaty. Pytam babkę, dlaczego pali te inne kartki a gdy podnosi wzrok, zauważam, że ma oczy pełne łez.
- To są osobiste zapiski Janki.
Na suficie tańczą plamy światła od co raz to wybuchających na krótko płomieni, babcia metodycznie drze i wrzuca do ognia wszystko, co w życiu ciotki było najważniejsze. Bardzo chciałabym to przeczytać, ale nie odważam się poprosić. Ona czyta, a właściwie przegląda te zapiski, zatrzymując się jedynie czasem, wzdycha, wrzuca kartki do ognia, powtarza bezsensownie „Boże, Boże...” Zeszytów jest dużo, trwa to długo, zanim wreszcie upora się z pracą, wstanie, obetrze oczy i zabierze się za wieczorne zmywanie.
Przedwojenne meble ciotki sprzedano, jedynie parawan w chińskie wzory nie przydał się nikomu. Nigdy nie dowiedziałam się, skąd pochodził i w jaki sposób ciotka stała się jego właścicielką. „Janka była zawsze dziwaczna” - skwitowano krótko jego pojawienie się na Słonecznej, dziadek porąbał go na spalenie. Ludzie dawniej nie posiadali tak wiele i po ich odejściu wystarczał jeden zimowy wieczór, aby uporać się z tym, co zostawili.
Ten dziwny parawan! Złożył się nagle, otwierając w pamięci zasłoniętą dawniej scenę. Raz tylko byłam na Lipowej, z  Hanką, starszą ode mnie o siedem lat ciotką, która ciągnęła mnie przez całe miasto za rękę. Bardzo chciałam tam pójść i zobaczyć wreszcie tajemnicze mieszkanie Janki, ale było oddalone o kilka kilometrów i nogi bolały mnie już w połowie drogi. Dlatego popłakiwałam i protestowałam, gdy Hanka oznajmiła mi, że mam wejść do ciotki sama i przekazać jej prośbę babci, żeby jutro przyszła.
- Nie pójdę sama!
- Pójdziesz, musisz. To bardzo ważne, babcia prosiła.
- A ty? Dlaczego nie pójdziesz ze mną?
- Mnie nie wolno. Idź, musisz. Przecież jesteś odważna. To łatwe, w tę bramę, prosto przez podwórko, znowu w bramę i zapukać w lewe drzwi. Będę czekać na ciebie na ulicy.
Przyjęłam to wyjaśnienie, jak przyjmują dzieci. Nie wolno to nie wolno.
Nikt nie otwierał, pomimo pukania. Nie pomyliłam drzwi, na tabliczce wyryte było ciotki nazwisko: Rochowa. Stałam długo, w końcu zdecydowałam się nacisnąć klamkę. Odsłoniło się wnętrze mroczne, wąskie, przesycone mieszanką zapachów, których nie potrafiłam zidentyfikować. Na lewo znajdowało się coś w rodzaju niszy kuchennej, z wiadrem za zasłoną i pomalowanymi na biało sprzętami, zagracone i brudne. Na wprost wejścia, na końcu długiego korytarza, jasna plama otwartych drzwi; weszłam ostrożnie, na palcach. Ktoś spał, bo rozlegało się głośne chrapanie, to nie było chrapanie ciotki. Dochodziło zza wysokiego parawanu na trzech metalowych nogach, z czarnej, błyszczącej ceraty czy skóry, malowanej w smoki i bajecznie kolorowe ptaki z długimi ogonami. Był piękny, zapatrzyłam się.
Nigdy nie widziałam takiego mebla. Zasłaniał łóżko, duże, metalowe z mosiężnymi ozdobnymi kulami; można było dostrzec tylko nogi śpiącego mężczyzny. Pomyślałam, że chyba jednak weszłam w złe drzwi, ale nie mogłam się ruszyć z miejsca, tak fascynował mnie ten pokój. Potem zobaczyłam wiszącą na krześle sukienkę ciotki i jej kapelusz, wieńczący abażur stojącej lampy. Postanowiłam zaczekać, aż ciotka wróci i bezszelestnie, żeby nie obudzić śpiącego, usiadłam na przykrytej białym pokrowcem kanapie. Obok siedziała duża, bogato ubrana lalka i patrzyła na mnie intensywnie błękitnymi oczami. Zachwyciłam się. Fryzurą spiętrzoną z ciemnych, błyszczących loków, ozdobioną wieloma kokardami; niebieską sukienką z kilku warstw tiulu. Najładniejszą sukienką, jaką kiedykolwiek widziałam i boleśnie jej pozazdrościłam. Czekałam chwilę grzecznie, dłużyło mi się. Sięgnęłam po lalkę, chociaż czułam, że chyba nie wypada. Wydawało mi się, że się do mnie odrobinę uśmiecha. Miała maleńkie, doskonałe, wiśniowe usteczka. Nie bawiłam się tak dużymi lalkami, były bardzo drogie i zawsze dostawałam w prezencie tylko tanie, plastikowe laleczki, które szybko się psuły, tracąc nogi i ręce. Jedyna duża lalka, jaką odziedziczyłam po kuzynce Joannie, kiedy zabrali ją do Ameryki, miała zepsute oczy, przestały się poruszać. Poza tym dostałam ją bez ubrania i nie bardzo wiedziałam, co z nią począć. Miała szmaciane ciało i drażniło mnie to. Ta tutaj miała śliczne, zgrabnie uszyte paluszki, ale rozczarowało mnie, że też jest szmaciana. Trzymałam ją za głowę, ostrożnie, żeby nie zepsuć fryzury i nie pognieść sukienki, i w pewnym momencie głowa oddzieliła się od tułowia, była tylko w niego włożona. Pusta w środku i cała wypełniona pieniędzmi. Poznałam, że to pieniądze, chociaż były inne od banknotów, które znałam, a napisy na nich były po niemiecku. Umiałam już wtedy czytać po polsku, ale to były te same litery, które widywałam na szyldach we Wrocławiu, z kropeczkami i dziwnymi zakrętasami. Przeraziłam się, że zepsułam lalkę, wepchnęłam jej głowę jak umiałam i usadziłam ją z powrotem na oparciu. Za parawanem coś się poruszyło i zanim zdążyłam uciec, wyszła zza niego ciotka. Zawijając się w cienki, kolorowy szlafrok, zawołała ze zdumieniem:
- A co ty tu robisz, moje dziecko? Skąd się tu wzięłaś?
Opowiedziałam jej, że Ewa czeka pod domem i przekazałam prośbę babci.
- Coś takiego. No coś takiego, mruczała ciotka, doprowadzając potargane włosy do porządku. Dłuższą chwilę kręciła się bezradnie, znalazła wreszcie papierosy i lufkę, zapaliła, zaciągnęła się kilka razy i patrząc na mnie podejrzliwie, powiedziała:
- Kazali ci mnie szpiegować?
- Nie, ciociu – zaprzeczyłam, przestraszona.
- Jestem chora – powiedziała bezradnie jakoś i znowu zaczęła się ogarniać, poprawiać fryzurę, zbierać szlafrok na piersiach. – Jak nie przychodzę, to znaczy, że jestem chora. Powiedz babci, że jak wyzdrowieję, to przyjdę.
Pomyślałam, że chyba naprawdę jest chora, bo nawet jakoś inaczej niż zwykle mówiła. Miała podpuchnięte oczy .Musiałam chyba wyglądać na złapaną na gorącym uczynku, a może nie mogłam powstrzymać się od zerkania na lalką, bo ciotka zapytała szorstko:
- Ruszałaś Judytkę?
- Tylko dotknęłam, ciociu – to było tylko pół kłamstwa i jakoś mi się udało.
- Jest bezcenna. To pamiątka, dostaniesz ją ode mnie w spadku, kiedy umrę. A teraz już idź i powiedz babci, że może przyjdę jutro, jak się trochę lepiej poczuję. I żeby mi tu nikogo nie przysyłała.
Powtórzyłam to Hance. O lalce nie wspomniałam.
- Była sama? – zapytała.
- Nie wiem – odpowiedziałam, to też było tylko pół kłamstwa.
Wróciłyśmy do domu i Hanka powiedziała babci obojętnym głosem, że ciotka przyjdzie jutro. Razem miałyśmy więc na sumieniu półtora kłamstwa, policzyłam dokładnie, bo już wtedy wszystko liczyłam. Liczby były niezawodne. Ale nic z tego nie wynikło. Ciotka przyszła pomóc urządzać przyjęcie i nikt więcej nie poruszał tego tematu.
Po powrocie do Wrocławia, gdy usiłowałam z pomocą matki rozszyfrować jakiś poniemiecki napis, przypomniałam sobie o Judytce i o zawartości jej głowy. Mama narzekała niedawno, że brakuje jej pieniędzy do pierwszego, a ja przecież kiedyś dostanę w spadku ten skarbiec. Nie mogłam się doczekać. O związanej z tym śmierci ciotki nie myślałam, dorośli często mówili o śmierci i wydawała się nieunikniona. Zapytałam matkę, dlaczego teraz nie ma już niemieckich pieniędzy.
- Pytasz o poniemieckie? Pewnie je zmielono na makulaturę. Nic już nie były warte.
- Jak to nic? A teraz?
- Nic. Już są nieważne, teraz to tylko papier.
Byłam rozczarowana, ale nie bardzo. W końcu dostanę tę wspaniałą lalkę z głową pełną papieru, który kiedyś był bardzo cenny, pocieszałam się.
To jednak nigdy nie nastąpiło, ciotka zapomniała mi zapisać Judytkę w testamencie, a może nie zrobiła testamentu. Zresztą to była zepsuta lalka. A ja w międzyczasie dorosłam i nie bawiłam się już lalkami.

Ciąg dalszy za tydzień