wtorek, 24 maja 2016

CHIŃSKI PARAWAN II

Małgorzata Köhler








CZĘŚĆ 2


ROMANSE KAPITANA ROCHA

Kiedy kapitan 2 Pułku Artylerii Polowej Legionów, Maurycy Roch, grał na gitarze i śpiewał niskim, tęsknym głosem pieśni rosyjskich Cyganów, kobiety rozmarzały się, miękły i kazały wznosić toasty za ljubow, a zazdrośni sykali po kątach, że to skandal, aby nadal śpiewać po rosyjsku w wolnej Polsce. Czuł się niewinny – niewiele znał innych miłosnych utworów na gitarę, a ruskie nie miały sobie równych. W lepszym towarzystwie pytał więc o fortepian, a gdy go tam doprowadzono, wybierał najbardziej nieśmiałą i niezbyt ładną spośród dam, i prosił o honor zagrania na cztery ręce. Zazwyczaj potrafiła zagrać mazurka. Później dawał sam koncert, po mazurkach nokturny, bo Chopin był w łaskach u pań, finiszował jednak długa wersją „Dla Elizy“. Jego sława rozeszła się prędko po garnizonowym mieście K. i często zapraszano go jako gwóźdź programu na salony i saloniki, prosić nie dawał się długo a jego popularność rosła. Kapitan nudził się niezmiernie na zesłaniu, jak nazywał pobyt w K., a nie zapowiadało się na zmianę. Jakiż kontrast do Warszawy, jakaż dégradation culturelle! – zauważał przy każdej okazji; był to jeden z nielicznych francuskich zwrotów, jaki opanował, dlatego też nie śpiewał chętnie po francusku.
Miał dobre powody, aby sławić Warszawę, spędził w niej jakiś czas w glorii bohatera. Po efektownym opanowaniu Cytadeli, gdzie znalazł się spontanicznie jako ochotnik, i gdzie wykazał się, wyprowadzając zręcznie konie wroga, został od razu przyjęty do oddziału kapitana Bolda. Później miał jeszcze okazję udowodnić swoją odwagę, wynosząc spod obstrzału rannego kolegę. Za każdym razem wyróżniano go awansem, a jego kariera również później była błyskotliwa; sam się tego nie spodziewał. Jego stopień w tak młodym wieku był rzadkim wyróżnieniem.
Dla wojska przerwał studia, zresztą z ulgą, bo traktował je bez większych ambicji; w głowie była mu muzyka, psy, polowania i kobiety, a do tego Maurycy nie był orłem w szkołach i studia przyrodnicze też go nudziły. Ten wesoły, prosty chłopak spod Zegrza, syn zubożałego ziemianina, trafionego apopleksją, którego po przedwczesnej śmierci matki wychowywali, jak umieli pobłażliwi dziadkowie, dopuszczając do zdziczenia młodzieńca, poczuł się jednak w stolicy jak ryba w wodzie, napawając się nimbem legionisty i obtańcowując chętne panny. Kilka lat tam spędzonych, szczególnie po wyzwoleniu, były najszczęśliwszymi w jego życiu. Największym sukcesem kapitana był romans z pewną majorową, która zakochała się w nim do szaleństwa, aż stawało się to niebezpieczne. Każdego dnia słała mu liściki i żądała odwiedzin, a nawet chciała z nim uciekać, co napełniało go przerażeniem, bo dokąd mieliby uciec. Skandal w jego sytuacji oznaczał śmierć cywilną, a majorowa, wprawdzie ze śladami wielkiej urody, przypominała mu raczej babkę, spod której nieznośnej troskliwości dopiero co się wyrwał. Przeniesienie więc było mu na rękę, chociaż odczuł szczery smutek przy pożegnaniu ze spazmującą kochanką – nikt go jeszcze nigdy tak spektakularnie nie kochał. Mimo, iż do K. , miasta garnizonowego, przeniesiono większość pułku, lubił myśleć że stało się to za sprawą zazdrosnego majora i czasami dyskretnie o tym napominał.
Tajemnica erotycznych sukcesów młodego kapitana była jednak nie tylko efektem głosu i talentu muzycznego, ale przede wszystkim jego przyrodniczych zainteresowań i doskonałej znajomości zachowań zwierząt. Być może Maurycy powinien był po prostu studiować weterynarię, najprawdopodobniej uczyniłoby go to szczęśliwym. Garnęły się do niego wszelkie zwierzaki i już jako chłopie zaczął wyręczać dziadka w obowiązkach w stajni i psiarni, niespełna dwunastoletni odebrał samodzielnie cielaczka; wkrótce znał się znakomicie na tajnikach hodowli i leczenia zwierząt i powierzano mu chętnie tę odpowiedzialność. Złożony niemocą, mało kontaktujący ojciec nie mógł reagować na coraz dłuższą obecność syna w stajni i na polowaniach; „zszedł całkiem na psy“, narzekał tylko, ale nikt go nie słuchał. Ten tymczasem, bywał proszony do sąsiednich majątków, bo prawdziwy koński doktor mieszkał daleko i do nagłych wypadków zwykle nie dojeżdżał. Napawało to Maurycego dumą, a przede wszystkim czuł, że jest potrzebny. Przyjeżdżając krygował się trochę, szczególnie, jeżeli były przy tym kobiety – Chętnie pomogę, ale czy to ja jaki weterynarz jestem? – bo zauważył, że to słowo pobudzało jakoś ich wyobraźnię i czerwieniły się lekko.
Na przyrodzie się znam, i to wszystko. Przyroda stworzyła nas wszystkich podobnych, ot, cała tajemnica.
Motto to przyświecało mu w kontaktach z kobietami. Kiedy udzielał pannie spontanicznej lekcji na fortepianie, nigdy nie pociły mu się ręce i nie nachylał się zbyt blisko. Wiedział, że do uzyskania zaufania potrzebny jest spokój i stopniowe zmniejszanie dystansu. Gdy trzeba było, brał jej rękę i zdecydowanie układał na klawiszach; nie uśmiechał się wtedy, to była poważna sprawa. Nie wchodziły w grę przelotne muśnięcia, chichoty, aluzyjki. Dotknięcie następowało tylko jedno, przeciągłe i nie do przeoczenia. Moment był dobrze wybrany, gdy nie on, a ona po raz pierwszy skróciła mimowolnie dystans. Czuła się przyciągnięta i nie potrafiła tego ukryć. Bardzo młodej dziewczynie kładł rękę między policzkiem a szyją, jak niedoświadczonej klaczy, którą musiał uspokoić, aby założyć jej uprząż. Dojrzałe kobiety reagowały erotycznym dreszczem na położenie dłoni na łydce, niewiele z nich cofało nogę. Potem były już jego; wszystko niepowiedziane, ale jasne. Pozostawało ustalić spotkanie. Po tej pierwszej intymności nie następował jeszcze pocałunek, ale umówiona schadzka prawie zawsze kończyła się zbliżeniem. Nieśmiałą, naprawdę obawiającą się mężczyzny, oswajał łagodną perswazją, szeptaną obok ucha, jak mantra; w tym czasie jego dłonie zmierzały do celu bez pośpiechu, ale nieomylne i nieustępliwe. Chciały przecież, wiedział, że chciały, pokazywały to ich ciała i ruchy. Wszystko było kwestią złapania właściwego momentu. Timing to była jedna z mocnych stron Maurycego Rocha.
Nigdy nie podniósł ręki na zwierzęta, nigdy w psiarni nie wydawał komend podniesionym głosem, ale ustawiał je wszystkie spokojem i zachęcaniem do współpracy. Cierpliwie uczył przydomowe kosy nowych sekwencji, po jakimś czasie słyszał swoje melodie, gdy przechodził obok zarośli bzu, w których mieszkały. Zwierzęta były ciekawskie i ufne, należało je tylko zachęcić. Nawet koty kleiły się do niego. Zdobycie kobiety odbierał jako łatwiejsze niż zdobycie zaufania zwierzęcia, byli przecież z jednego gatunku. Jako kochanek był oddany i pomysłowy, rozkwitały przy nim wszystkie, i żadna nie przeklinała go, gdy ją opuszczał. Miał na tyle rozumu, żeby nie zrobić pannie dziecka, rozstawał się taktownie, tłumacząc się wstrętnym mu, aranżowanym dla ratowania ginącej z nędzy rodziny małżeństwem, lub rozkazem bojowym, służbowym przeniesieniem; żegnał melodramatycznie, obiecywał pisać. Czuł się z tym jednak źle, zdarzały się trudne do ominięcia komplikacje. Fama, jaka szła za nim, zamiast odstręczać, przyciągała kobiety, głównie mężatki, ale po przygodzie z majorową był ostrożniejszy i czuł sam mimo młodego wieku, że należałoby się ustatkować. Dowódca też przykazał kolegom, aby go wreszcie wyswatali.
Znajomość z Judytą Kulman - Dembską, piękną i młodą jeszcze wdową po przedwcześnie zmarłym inżynierze i przemysłowcu, była jednak niezupełnie po myśli dowództwa i nie afiszował się z nią. Do apartamentu w hotelu Bristol, gdzie się z nią spotykał i w którym to hotelu Judyta miała ciche udziały po mężu, wślizgiwał się tylnym wejściem od Śliskiej, dorożkom kazał czekać w bezpiecznej odległości. Oficjalne wizyty w jej domu ograniczał; okazała kamienica Dembskiego zamieszkana była przez licznych pociotków Judyty i uchodziła za żydowską. O Dembskiej mówiono często złośliwie Kulmanowa, szczególnie od czasu, gdy owdowiała, katolickie miasto nie chciało jej darować, że nie konwertowała, a panieńskie nazwisko, jakie uparła się dołączyć po ślubie do mężowskiego, kuło w oczy. Zmarły małżonek był Polakiem spod Poznania; nieprzytomnie zakochany ożenił się z młodziutką żydowską pięknością, korzystając, że tamtejsze prawo dopuszczało śluby mieszanego wyznania. Po ślubie na nalegania żony przeniósł się w jej okolice, ale na judaizm nie przeszedł. W K. stał się prędko szanowanym obywatelem, gdyż łożył w miejscowy, rozwijający się przemysł, założył farbiarnię i wytwórnię piór wiecznych, oraz miał liczne udziały w innych inwestycjach. Odziedziczone po nim zakłady wdowa w rewanżu niechętnemu jej Klerykowi przechrzciła - z Farbiarni Dembskiego na Zakład Chemiczny J. Kulman, tak samo postąpiła z fabryką, i zleciła zamieścić nad bramami kute z metalu, wielkie napisy z jej panieńskim nazwiskiem. Prowadzenie obu zakładów powierzyła swojemu, podobnie jak ona żydowsko – polskiemu krewnemu.
Nie kochano jej za to w mieście. Ale nie było mężczyzny, który nie wodziłby za nią oczami i nie chciał być jej przedstawionym. Była bowiem kobietą o filmowej urodzie, a szczególne podobieństwo do gwiazd kina zapewniały jej francuskie kosmetyki i fryzjer. Potrząsając masą błyszczących, ciemnych włosach, spływających w lokach i falach na ramiona, strzelała w niespokojnym rozbawieniu ślicznymi, czarnymi oczami, które nikogo nie pomijały, a poruszała się płynnym, posuwistym krokiem jak młoda klaczka, ukazując doskonałości długich nóg, bo suknie skracała śmiało, ubrana zawsze według najnowszej mody. Kąciki pełnych, wspaniale wykrojonych ust wydawały się zawsze uśmiechać, śmiała się też dużo i chętnie, rwała do zabaw i tańców, a ponad wszystko lubiła gorszyć i prowokować skostniałe towarzystwo. Mówiono o niej „nasza gwiazda“.
- Taa, gwiazda – bąknął kiedyś z lekceważeniem znany ze złośliwości radca Grabowski w foyer hotelu, gdzie właśnie wchodziła ze swoją zwykłą świtą – chyba sześcioramienna. Była to też aluzja do krążących w mieście plotek, że piękne ramiona Kulmanowej, które chętnie odsłaniała, sięgają wszędzie, i że jak bogini Kali pożera męskie serca na śniadanie. I tak zostało – gwiazda sześcioramienna.
Małżeństwo Dembskich trwało zaledwie osiem lat i nie było szczęśliwe. Ona roniła jedno dziecko za drugim, on zaczął przewlekle chorować, aż niespełna czterdziestoletni zmarł, po wielkich cierpieniach. Gdy Maurycy Roch poznał Kulmanową, zdjęła właśnie żałobę i rzuciła się zachłannie na bale i przyjęcia, sama też wydawała. Toalety sprowadzała z Paryża a ciastka ze Lwowa. Lata dwudzieste były okresem prawdziwego dolce vita w K., które zdawało się rosnąć w oczach na rozwijającym się przemyśle, i Judyta Kulman-Dembska rozkwitała razem z nim, odbijając sobie jak i ono ostatnią niewolę.
Maurycy został jej przedstawiony w teatrze, gdzie sama stanowiła wielką atrakcję w loży, pełnej adoratorów. Przypadli sobie zaraz do gustu – oboje w podobnym wieku i podobnego temperamentu, fizycznie atrakcyjni i bez większych skrupułów, rozpoznali się natychmiast instynktownie; Maurycy włączył swój muzyczno-przyrodniczy program, ale nie musiał się bardzo starać, po kilku dniach była jego. A nawet miał niepokojące wrażenie, że nie zostawiła mu wyboru.
Pech chciał, że poznał Kulmanową wkrótce po tym, jak zaczął bywać u Stefańskich, i właśnie zaczęto uważać go za adoratora starszej córki. Janina nie była wprawdzie posażna, bo niedawno zmarły ojciec zdążył przepuścić przed śmiercią cały majątek, ale Maurycy nie był wyrachowany, a rodzinna atmosfera na ulicy Słonecznej, przyjaźń z bratem Janki i wreszcie macierzyński stosunek do niego pani Teresy, sprawiały, że czuł się tam jak w rodzinie i odpoczywał po służbie i hulankach. Nie bez znaczenia była też oryginalna, niepokojąca uroda dziewczyny i to, że chociaż się świetnie rozumieli i przegadywali całe godziny, to jakoś zawodziła go dotychczasowa rutyna i nie dochodziło do muśnięć i randek na osobności. Nie śmiał jej tego zaproponować, nic się nie składało. Pianina Stefańscy nie mieli.
Kapitan Roch nie myślał o sobie, że jest niemoralny, a nawet miał się za człowieka honoru. Wycofywał się zawsze według niego w słusznym momencie i pod wiarygodnym pretekstem, pozwalając kobiecie zachować twarz. To, że dążył do jej zdobycia, było sprawą jego nadmiernej, jak odczuwał, pobudliwości seksualnej, o seksie myślał kilkanaście razy dziennie, musiał się masturbować jak za chłopięcych czasów, co u dojrzałego mężczyzny było oznaką słabości. Natura miała jakiś zamysł wobec niego i nie czuł się za to odpowiedzialny, ale nie był też dumny - ani ze swojej urody czy męskich atrybutów, ani z niepospolitej jurności, bo zbyt często wprawiała go w zakłopotanie.
W fazie zdobywania wpadał w euforię i poświęcał wiele czasu taktyce, cieszyło go, że był dobrym strategiem. W zależności od tej, którą uwodził, pozwalał sobie na więcej lub mniej. Będąc z młodymi dziewczętami często opanowywał się siłą woli i jeżeli panna nie wchodziła zupełnie w grę jako ewentualna narzeczona, zadowalał się wyuzdanymi, palcowymi pieszczotami. Panował znakomicie nad wytryskiem i nad kalendarzem kobiecej płodności, i nigdy nie zdarzyła mu się żadna wpadka. Najbardziej lubił dyskretne mężatki lub wdowy, te były najbezpieczniejsze, ale nie gardził też prostymi, upadłymi dziewczętami, z którymi pił, grał dla nich, jakby były damami, kupował słodycze i drobne prezenciki. Młode panny na wydaniu garnęły się jednak do niego najczęściej, same szły w matnię i nieraz musiał udawać nieczułego, aby się od jakiejś odgonić.
Najlepsze z tych miłosnych historii było stopniowe przełamywanie oporu, a później moment, gdy partnerki oddawały mu się, bardziej i jeszcze bardziej, bez reszty. Lecz wtedy następował punkt zwrotny, w którym Maurycy wiedział, że musi przestać, ze względu na dobro kochanki i ze względu na siebie. Mógł z nią zrobić teraz wszystko i tego wszystkiego się bał. Czuł, że drzemie w nim coś, jak sądził, nienormalnego. Gdy doprowadził już kobietę do rozwiązłości, nieustępliwą perswazją odsłonił ją, zbadał najtajniejsze zakamarki, doszedł do granic jej wstydu, ogarniał go lęk przed tym, co mógłby jeszcze z nią uczynić, skoro to wszystko przyszło mu tak łatwo. Opętywały go zboczone wyobrażenia, analne i sadystyczne; jej miłosne jęki pragnął zamienić w krzyk, ale obawiał się wspólnego upadku na dno i tego, że już się stamtąd nie wywinie.
Teraz była pora na rozstanie – lub na małżeństwo i zmianę punktu ciężkości w układzie. Jednak to drugie wyjście straciło z nią w międzyczasie całą atrakcyjność. Odchodził więc. Udawało mu się przez wiele lat, ale to lato w K. w 1926 było inne, niż wszystkie, jakby coś się zbierało w nim samym; Maurycy czuł, że tak dłużej lawirować, uciekać przed miłością i odpowiedzialnością się nie da. Najpierw widział meteor, spadający wcale nie daleko, w okolicach Bukówki, gdy jechał konno, aż koń się spłoszył, taki był świst. Błysnęło i spadło za lasem. Pomyślał życzenie, ale z oszołomienia i pośpiechu wypowiedział tylko: „Spraw, żeby się to już wreszcie skończyło.“
Później użądliła go pszczoła. Nigdy go to jeszcze nie spotkało, chociaż pomagał niejeden raz przenosić roje. Nigdy też żadne inne zwierzę nie zrobiło mu krzywdy. A jednak teraz zdarzyło się, jakby stracił swój immunitet, i w dodatku stało się to w obecności Janki, w ogrodzie Stefańskich, oddalonym nieco od domu, dokąd towarzyszył jej często i chętnie, kiedy szła z koszykiem po pomidory albo kwiaty na stół, bo były to jedyne chwile, kiedy mógł być z nią sam na sam. Aż krzyknął, tak go zakuło, w szyję. Janka zaraz doskoczyła i spokojnie, wprawnie wyjęła żądło.
- To wygląda poważnie, użądlenia w szyję są niebezpieczne, nie ruszaj się – poleciła, potem wspięła się lekko na palce i starannie wyssała jad. Zamarł, rozkoszując się tym momentem, zrobiło mu się gorąco. Nie wiedział, czy to od jadu czy z poruszenia, ale było mu wszystko jedno, chciał tylko, żeby trwało jak najdłużej. Gdy skończyła, złapał ją mocno w tali, obrócił do siebie i chciał pocałować, ale odchyliła się i patrząc mu w oczy powiedziała poważnie, bez cienia kokieterii:
- Siostrzana przysługa, kapitanie.
- Uwielbiam cię – zapewnił gorąco – nie odpychaj mnie, proszę.
- Zapomniałeś chyba, że uwielbiasz Kulmanową, ale całe miasto pamięta. Dla mnie miłość jest jedna i jest święta, kapitanie Roch. Proszę mnie nie zaliczać w poczet swoich miłostek – spokojnie zdjęła jego ręce ze swojej talii, odwróciła się i poszła w stronę domu. Zalał go wstyd. Zawołał jeszcze za nią:
- Ja z nią skończę, obiecuję, że skończę, nie odpychaj mnie, Janka! – ale go nie słuchała, więc upokorzony jak mały chłopiec nie wiedząc, co dalej, nie wszedł już do nich i bez pożegnania wrócił do siebie. Czuł się bardzo dotknięty. Nie tym, że go skarcono jak szczeniaka, ale tym, że zawiódł, że po raz pierwszy nie wyczuł momentu, nie zrozumiał, popsuł. Co za fatalny dzień, i jeszcze ta pszczoła, bolesny dodatek. To zdarzyło mu się niesprawiedliwie, nie miał przecież złych zamiarów. Jankę traktował poważnie, z podziwem i przyjaźnią, poskramiał się sam, aby jej nie zawieść. Do rozpusty miał Kulmanową, chętną bez umiaru, a w Jance szukał antidotum na jad po przehulanych nocach, na pustkę; traktował ją jak ideał, którym nie była, bo ideał nie może być małostkowy. Ale gdy doszedł do siebie, cała złość mu przeszła i został tylko smutek, poczucie przegranej, z którym nic nie umiał począć. Nawet nie poszedł do Judyty, upił się tylko na umór z byle kim, a następnego dnia spóźnił na próbę generalną parady przed Marszałkiem. To miało być epokowe wydarzenie w K., na które cały garnizon szykował się od miesięcy, i major zwymyślał go jak psa.
Maurycy czuł się rozdarty. Erotyczne szaleństwa z Kulmanową napełniały go chwilową euforią i prowokowały następne, ale po nocach z nią był rozdrażniony; czegoś w ich związku brakowało. A przecież nie było sposobu, w jaki by jej nie kochał, a ona odpłacała mu wieloma orgazmami, nieraz w ciągu krótkiego czasu. Coś było w niej jednak takiego – nieprzekraczalny dystans, ironia czy tłumiona niechęć do Polaków – że nawet w pieszczotliwych żartach czaiła się groźba, jakaś niewymówiona, a niezbyt pochlebna prawda. Mój oficerek, nazywała go; prosiła, aby kochał ją, nie zdejmując butów, ale zaraz wyśmiewała go, że pachnie koniem, a to ściskała mu jądra, co wprawiało go w najwyższe podniecenie, ale i upokorzenie, a upokorzenia nie znosił. Albo traktowała niby jakiegoś modela w swoim nowo otwartym i bogato urządzonym, dwupiętrowym sklepie „Moda Paryska“; oglądała go, chwaliła kształtne pośladki i umięśnienie, jednak w najczulszych momentach potrafiła wywinąć, zmienić temat, rzucić cyniczny żarcik. Albo, rozkapryszona, gdy ubierał się, aby iść na służbę:
- Nie idź! Zostań ze mną, chcę cię mieć cały czas przy sobie. Rzuć to w diabły, zatrudnię cię u siebie, będę ci płacić lepiej niż Polska!
Były to żarty, lecz zrobiło mu się aż gorąco ze wstydu, bo nieproszona wykupiła niedawno jego karciany weksel. Hulaszczy tryb życia kosztował, a zdarzało mu się grać w pokera i paskudnie raz przegrał. Chciał spłacić w ratach, ale Judyta skądś się zwiedziała i załatwiła sprawę po swojemu, przez kogoś podstawionego. Podała mu weksel razem ze śniadaniem: - Weź go, spłacisz mi, jak będziesz mógł. Nie chcę, żebyś miał długi u tego szulera, nie ufam mu – powiedziała o jego serdecznym koledze, poruczniku Kłoszyńskim. Gdy protestował, położyła mu palce na ustach:
- Cii, wiem, co mówię. Nie ufam mu, jego brat był w 1918 w teatrze, jak masakrowali naszych. Honor? Jaki honor? To kanalie, mordowali bezbronnych. Uwierz mi, znam się na ludziach. Chce cię mieć w ręku, dlatego z tobą gra, zresztą sprzedał cię Żydowi.
Od tej pory nie tknął kart, ale zły był na nią, że miesza się w jego sprawy, i że nic się przed nią nie ukryje. Jednak na przekór wszystkiemu – ludzkiemu gadaniu, swoim obawom i złym przeczuciom bawił się czasami myślą o małżeństwie z nią. Dzieci byłyby piękne z tego związku, myślał z rozczuleniem, mając ją pod sobą – owijał sobie o dłoń jej wilgotne loki, opadające na skórę szyi i ramion, na twarz - idealną, o jasno-brzoskwiniowych rumieńcach, z meszkiem na górnej wardze i rozkosznymi pieprzykami – dojrzała, blisko trzydziestoletnia Judyta zachowała pewną dziecięcość urody, pełne wargi, bardzo długie rzęsy, jak u dziewczynki, i coś kociego w ruchach. I była inteligentna – idealna wybranka dla mężczyzny, który chce mieć potomstwo, a mówią, że dzieci z mieszanych ras są wyjątkowo udane, mądrzejsze, jak kundle. Wchodził w nią mocniej, wydobywając z niej jęk – i wyskakiwał w porę.
Nie, żeby zważał na ludzkie gadanie. Maurycy był odważny i od dziecka przyzwyczajony, że robił, co chciał. Dziadka mógłby owinąć sobie wokół palca, ojciec nie liczył się, już nie kontaktował. Zresztą zostaliby w K., nie wyobrażał sobie Judyty bez kawiarni, księgarni, modystek. Nawet by jej nie proponował życia w rodzinnej wsi. Przecież ona nawet studiowała przez rok w Wiedniu. Wiedliby więc życie mieszczańskie w K., przerywane dla jego własnego urozmaicenia okolicznościami służbowymi. Mieliby dzieci, kilkoro. - Z tobą mogłabym mieć dzieci, czuję to, mówiła mu ciągle. Jesteś taki zdrowy, doskonałe nasienie. Ale zaraz: Uważaj, mam dni płodne. Uważał więc.
Lato ciągnęło się jak gorąca guma, lepiło do skóry, ozdabiało twarz Janki piegami; bluzki kobiet były wilgotne od potu, który wzmagał ich zapach. Maurycy krążył od jednej do drugiej jak rozdrażniony owad. Kochał Judytę do białego rana, bo wcześniej trudno było zasnąć, a ona sięgała po niego nawet w półśnie. Stawała się coraz śmielsza, coraz bardziej żądająca i to mu się podobało. Wieczorem bywała kąśliwa, miała jakieś urazy, o których nie mówiła, pewnie donoszone jej, że bywa u Stefańskich. Ale naga, w nocy, była cała jego.
- Ujeżdżam cię, mówiła, oswajam. Podniecało go to. - Będziesz naprawdę mój dopiero, gdy cię wytresuję, mój oficerku – dodała kiedyś. Leżał pod nią i może dlatego, że poczuł się przyciśnięty i bezbronny, nie podziałało tym razem; zezłościł się i chciał ją zrzucić, ale przesunęła się do jego twarzy, ściskając mu głowę i szyję udami .
- Powiedz, że kochasz. Że będziesz mój, tylko, na zawsze. Do śmierci. Zabiję cię, jeżeli pokochasz inną. Mów, że kochasz.
Był w panice, dusił się.
- Puść.
- Mów, że kochasz.
- Puść, suko!
- Proś!
Wściekł się i wyzwolił siłą, przekręcił ją tak, że był teraz nad nią i trzymał mocno za rękę i włosy, az syknęła z bólu i zawołała z wyrzutem:
- Żartowałam!
Wziął ją teraz mocno, brutalnie, jak chłop, nie bacząc na nią, a ona powtarzała, że go kocha, kocha, kocha, ale wiedział, że nie żartowała. Skończył i bez ceregieli zaczął się ubierać.
- Już idziesz? Zostań, jeszcze wcześnie. No zostań! – poprosiła, miękko, żałośnie, jakoś tak niezwyczajnie jak na nią, ale uciął krótko, że jest zmęczony i nie ma nastroju, wtedy się wściekła.
- Ależ z ciebie głupiec! Jak tak, to możesz jutro też nie przychodzić.
Życzył jej dobrej nocy, wyszedł i nie pojawił się u niej więcej.
Cierpiał, roznosiła go żądza, ale nie ustępował. Wiedzial, że i ona cierpi, lecz nie spodziewał się wiadomości, była podobnie uparta. Mimo wszystko czuł pewną ulgę, sytuacja rozwiązała się sama. Nie byli dla siebie stworzeni, zagryźliby się na śmierć. No i to przecież Żydówka, pomyślał, co wprawdzie nieco go zawstydziło, ale jakby wiele wyjaśniło.

ZA TYDZIEŃ - CIĄG DALSZY