poniedziałek, 16 maja 2016

CHIŃSKI PARAWAN I

Małgorzata Köhler

Część I
 


























(…) Jak jednak kochać kogoś, kto drapie przez pół nocy swoje fioletowo–czerwone nogi? Janka miała wstrętną egzemę, której nabawiła się w czasie wojny, od pracy w farbiarni. Nie znosiłyśmy jej serdecznie również za to, że była straszną pedantką i usiłowała robić porządek w naszych domkach dla lalek. Mieszkania lalek znajdowały się na piętrach regału, w którym poprzestawiałyśmy książki i bibeloty, aby uzyskać dwa wolne etaże. To były małe, ale szczęśliwe i bogate laleczki. Jeździły nawet na nartach z kartonu a w pokojach miały elektryczne, stojące lampy na bateryjki. Produkcją mebli i pozostałego wyposażenia zajmowałam się ja, siostra podziwiała tylko moją sztukę. Moja walka z ciotką była więc wojną nie tylko o terytorium, ale i o honor, na śmierć i życie, wygrywałam ją z góry. Gdy wychodziłyśmy do szkoły, wpadała komisja eksmitująca w osobie ciotki Janki i przenosiła lokatorki do ohydnych pudeł z szarego kartonu. Ponieważ nie cieszyła się żadnym autorytetem, po południu wszystko wracało na swoje miejsce; aż do następnego ataku jej porządkowej furii. Powtarzała często, że mieszkanie ma być tak posprzątane, aby było w nim jak w pudełeczku. Uważałyśmy, że ma fisia i przedrzeźniałyśmy ją za plecami przy każdej okazji: jak w pudełeczku! Jak w pudełeczku!
Babcia Irka opowiedziała mi rodzinną tajemnicę Gołąbków. Miała zresztą z nimi sobie tylko znane porachunki i uwielbiała zdradzać ich mroczne sekrety, wiek, długi, z satysfakcją wyliczać guzy macicy, stan wątroby i innych organów - ona, której zdrowie, wbrew nieustannym skargom, było nienaruszone, a serce trzymało ją przy życiu nawet, gdy od dawna przeszła na drugą stronę, gdzie słyszała głosy i rozmawiała ze zmarłymi, po naszej stronie wydając już tylko dziwne, ptasie pokrzykiwania. Większość jej rewelacji wydawała mi się niezbyt interesująca. Cóż mogła mnie obchodzić prostata Stasia? Albo że wujek Wacek miał cukrzycę i nie wolno było mu pić? Ciekawsze było, że gdy jednak pił, a pił na wszystkich rodzinnych przyjęciach, dymiła mu się czaszka. Ale to o mężu Janki wywarło na mnie oczekiwane przez babkę wrażenie, chociaż całą historię pojęłam dopiero kilkadziesiąt lat później, składając ją pieczołowicie z okruchów opowieści i strzępów z rodzinnego pudła. Ciotka, która coraz bardziej przypominała jaszczurkę, w miarę jak egzema pokrywała łuską coraz większe połacie jej ciała, była bohaterką historii rodem z przedwojennego romansu, w co trudno było uwierzyć, jak i w to, że w ogóle miała męża. Roch, oficer Legionów, został zastrzelony przez kochankę Żydówkę, którą porzucił aby ożenić się z ciotką. Podobno Janka była wtedy bardzo ładna, czego nie mogłam sobie zupełnie wyobrazić. Scenę zabójstwa, przedstawioną przez babkę malowniczo, widziałam jednak wyraźnie jak w powieści i żałowałam, że pod karą klątwy nie wolno mi było o nią zapytać samej bohaterki. Miało się to zdarzyć wkrótce po ślubie, gdy jechał z żoną bryczką z kościoła – oszalała z zazdrości kobieta rzuciła się do bryczki i zastrzeliła najpierw niewiernego kochanka, a potem (to rżenie koni, te spazmatyczne krzyki ciotki!) przyłożyła sobie pistolet dokładnie do skroni i wystrzeliła. Paf! i całe pudełeczko się rozleciało!
Ta romantyczna historia była jednak tak odległa od Słonecznej, jak włoska bajka z wyczytanej na śmierć książki o Cebulku. Sama zaś ciotka była dla nas co najwyżej kimś w rodzaju brzydkiej wróżki, stanowczo za często nawiedzającej mieszkanie dziadków. Nie tylko my dzieci – nikt jej nie doceniał, choć obraz, który z okruchów składa się dzisiaj na jej postać, ukazuje kobietę twardą, nie do zdarcia, o wielkim sercu i nieprzeciętną. Całe swoje pieniądze oddawała dzieciom siostry, szczególnie mojemu ojcu, który był w ciągłych finansowych tarapatach. To ona była motorem wszelkich zmian na Słonecznej, organizowała remonty mieszkania i odnawianie mebli; zdolna, pomysłowa i niespokojna. Wciąż ją nosiło, musiała coś robić, planować, zmienić. Jej oczy widziały wszystko i uprzedzały zdarzenia, mimo że zasnute żółtawą mgiełką – kiedyś umrze na wątrobę i wszyscy szybko zapomną o niej, o jej powolnym umieraniu, brzuchu wzdętym puchliną wodną i o tym, że szare włosy, fryzowane żelaznymi, rozgrzewanymi w ogniu kuchennym szczypcami o okrągłych rurkach, były kiedyś rude i bujne. Są to lata, w których umiera się częściej niż dzisiaj i chociaż chorym i umierającym poświęca się więcej uwagi, to luka powstała po ich odejściu zamyka się szybko i naturalnie. Rodzą się dzieci, dużo nowych dzieci, i nowe zmartwienia. Śmierć śmiercią, a żyć jakoś trzeba.
Pewnego wieczora, wkrótce po pogrzebie Janki, znajduję babcię Helę, siedzącą przy piecu kuchennym ze stertą zeszytów i luźnych kartek. Przegląda je metodycznie, odkłada niektóre z nich a inne wrzuca pod blachę, zajmują się tam szybko ogniem od resztek tlącego się jeszcze żaru, płoną chwilę, sypiąc iskrami do popielnika i gasną. Patrzę na odłożone równo kartki z kratkowanych zeszytów, zapisane wyraźnym, lecz luźnym i pełnym rozmachu pismem – to przepisy na ciasta, pasztety i marynaty. Pytam babkę, dlaczego pali te inne kartki a gdy podnosi wzrok, zauważam, że ma oczy pełne łez.
- To są osobiste zapiski Janki.
Na suficie tańczą plamy światła od co raz to wybuchających na krótko płomieni, babcia metodycznie drze i wrzuca do ognia wszystko, co w życiu ciotki było najważniejsze. Bardzo chciałabym to przeczytać, ale nie odważam się poprosić. Ona czyta, a właściwie przegląda te zapiski, zatrzymując się jedynie czasem, wzdycha, wrzuca kartki do ognia, powtarza bezsensownie „Boże, Boże...” Zeszytów jest dużo, trwa to długo, zanim wreszcie upora się z pracą, wstanie, obetrze oczy i zabierze się za wieczorne zmywanie.
Przedwojenne meble ciotki sprzedano, jedynie parawan w chińskie wzory nie przydał się nikomu. Nigdy nie dowiedziałam się, skąd pochodził i w jaki sposób ciotka stała się jego właścicielką. „Janka była zawsze dziwaczna” - skwitowano krótko jego pojawienie się na Słonecznej, dziadek porąbał go na spalenie. Ludzie dawniej nie posiadali tak wiele i po ich odejściu wystarczał jeden zimowy wieczór, aby uporać się z tym, co zostawili.
Ten dziwny parawan! Złożył się nagle, otwierając w pamięci zasłoniętą dawniej scenę. Raz tylko byłam na Lipowej, z  Hanką, starszą ode mnie o siedem lat ciotką, która ciągnęła mnie przez całe miasto za rękę. Bardzo chciałam tam pójść i zobaczyć wreszcie tajemnicze mieszkanie Janki, ale było oddalone o kilka kilometrów i nogi bolały mnie już w połowie drogi. Dlatego popłakiwałam i protestowałam, gdy Hanka oznajmiła mi, że mam wejść do ciotki sama i przekazać jej prośbę babci, żeby jutro przyszła.
- Nie pójdę sama!
- Pójdziesz, musisz. To bardzo ważne, babcia prosiła.
- A ty? Dlaczego nie pójdziesz ze mną?
- Mnie nie wolno. Idź, musisz. Przecież jesteś odważna. To łatwe, w tę bramę, prosto przez podwórko, znowu w bramę i zapukać w lewe drzwi. Będę czekać na ciebie na ulicy.
Przyjęłam to wyjaśnienie, jak przyjmują dzieci. Nie wolno to nie wolno.
Nikt nie otwierał, pomimo pukania. Nie pomyliłam drzwi, na tabliczce wyryte było ciotki nazwisko: Rochowa. Stałam długo, w końcu zdecydowałam się nacisnąć klamkę. Odsłoniło się wnętrze mroczne, wąskie, przesycone mieszanką zapachów, których nie potrafiłam zidentyfikować. Na lewo znajdowało się coś w rodzaju niszy kuchennej, z wiadrem za zasłoną i pomalowanymi na biało sprzętami, zagracone i brudne. Na wprost wejścia, na końcu długiego korytarza, jasna plama otwartych drzwi; weszłam ostrożnie, na palcach. Ktoś spał, bo rozlegało się głośne chrapanie, to nie było chrapanie ciotki. Dochodziło zza wysokiego parawanu na trzech metalowych nogach, z czarnej, błyszczącej ceraty czy skóry, malowanej w smoki i bajecznie kolorowe ptaki z długimi ogonami. Był piękny, zapatrzyłam się.
Nigdy nie widziałam takiego mebla. Zasłaniał łóżko, duże, metalowe z mosiężnymi ozdobnymi kulami; można było dostrzec tylko nogi śpiącego mężczyzny. Pomyślałam, że chyba jednak weszłam w złe drzwi, ale nie mogłam się ruszyć z miejsca, tak fascynował mnie ten pokój. Potem zobaczyłam wiszącą na krześle sukienkę ciotki i jej kapelusz, wieńczący abażur stojącej lampy. Postanowiłam zaczekać, aż ciotka wróci i bezszelestnie, żeby nie obudzić śpiącego, usiadłam na przykrytej białym pokrowcem kanapie. Obok siedziała duża, bogato ubrana lalka i patrzyła na mnie intensywnie błękitnymi oczami. Zachwyciłam się. Fryzurą spiętrzoną z ciemnych, błyszczących loków, ozdobioną wieloma kokardami; niebieską sukienką z kilku warstw tiulu. Najładniejszą sukienką, jaką kiedykolwiek widziałam i boleśnie jej pozazdrościłam. Czekałam chwilę grzecznie, dłużyło mi się. Sięgnęłam po lalkę, chociaż czułam, że chyba nie wypada. Wydawało mi się, że się do mnie odrobinę uśmiecha. Miała maleńkie, doskonałe, wiśniowe usteczka. Nie bawiłam się tak dużymi lalkami, były bardzo drogie i zawsze dostawałam w prezencie tylko tanie, plastikowe laleczki, które szybko się psuły, tracąc nogi i ręce. Jedyna duża lalka, jaką odziedziczyłam po kuzynce Joannie, kiedy zabrali ją do Ameryki, miała zepsute oczy, przestały się poruszać. Poza tym dostałam ją bez ubrania i nie bardzo wiedziałam, co z nią począć. Miała szmaciane ciało i drażniło mnie to. Ta tutaj miała śliczne, zgrabnie uszyte paluszki, ale rozczarowało mnie, że też jest szmaciana. Trzymałam ją za głowę, ostrożnie, żeby nie zepsuć fryzury i nie pognieść sukienki, i w pewnym momencie głowa oddzieliła się od tułowia, była tylko w niego włożona. Pusta w środku i cała wypełniona pieniędzmi. Poznałam, że to pieniądze, chociaż były inne od banknotów, które znałam, a napisy na nich były po niemiecku. Umiałam już wtedy czytać po polsku, ale to były te same litery, które widywałam na szyldach we Wrocławiu, z kropeczkami i dziwnymi zakrętasami. Przeraziłam się, że zepsułam lalkę, wepchnęłam jej głowę jak umiałam i usadziłam ją z powrotem na oparciu. Za parawanem coś się poruszyło i zanim zdążyłam uciec, wyszła zza niego ciotka. Zawijając się w cienki, kolorowy szlafrok, zawołała ze zdumieniem:
- A co ty tu robisz, moje dziecko? Skąd się tu wzięłaś?
Opowiedziałam jej, że Ewa czeka pod domem i przekazałam prośbę babci.
- Coś takiego. No coś takiego, mruczała ciotka, doprowadzając potargane włosy do porządku. Dłuższą chwilę kręciła się bezradnie, znalazła wreszcie papierosy i lufkę, zapaliła, zaciągnęła się kilka razy i patrząc na mnie podejrzliwie, powiedziała:
- Kazali ci mnie szpiegować?
- Nie, ciociu – zaprzeczyłam, przestraszona.
- Jestem chora – powiedziała bezradnie jakoś i znowu zaczęła się ogarniać, poprawiać fryzurę, zbierać szlafrok na piersiach. – Jak nie przychodzę, to znaczy, że jestem chora. Powiedz babci, że jak wyzdrowieję, to przyjdę.
Pomyślałam, że chyba naprawdę jest chora, bo nawet jakoś inaczej niż zwykle mówiła. Miała podpuchnięte oczy .Musiałam chyba wyglądać na złapaną na gorącym uczynku, a może nie mogłam powstrzymać się od zerkania na lalką, bo ciotka zapytała szorstko:
- Ruszałaś Judytkę?
- Tylko dotknęłam, ciociu – to było tylko pół kłamstwa i jakoś mi się udało.
- Jest bezcenna. To pamiątka, dostaniesz ją ode mnie w spadku, kiedy umrę. A teraz już idź i powiedz babci, że może przyjdę jutro, jak się trochę lepiej poczuję. I żeby mi tu nikogo nie przysyłała.
Powtórzyłam to Hance. O lalce nie wspomniałam.
- Była sama? – zapytała.
- Nie wiem – odpowiedziałam, to też było tylko pół kłamstwa.
Wróciłyśmy do domu i Hanka powiedziała babci obojętnym głosem, że ciotka przyjdzie jutro. Razem miałyśmy więc na sumieniu półtora kłamstwa, policzyłam dokładnie, bo już wtedy wszystko liczyłam. Liczby były niezawodne. Ale nic z tego nie wynikło. Ciotka przyszła pomóc urządzać przyjęcie i nikt więcej nie poruszał tego tematu.
Po powrocie do Wrocławia, gdy usiłowałam z pomocą matki rozszyfrować jakiś poniemiecki napis, przypomniałam sobie o Judytce i o zawartości jej głowy. Mama narzekała niedawno, że brakuje jej pieniędzy do pierwszego, a ja przecież kiedyś dostanę w spadku ten skarbiec. Nie mogłam się doczekać. O związanej z tym śmierci ciotki nie myślałam, dorośli często mówili o śmierci i wydawała się nieunikniona. Zapytałam matkę, dlaczego teraz nie ma już niemieckich pieniędzy.
- Pytasz o poniemieckie? Pewnie je zmielono na makulaturę. Nic już nie były warte.
- Jak to nic? A teraz?
- Nic. Już są nieważne, teraz to tylko papier.
Byłam rozczarowana, ale nie bardzo. W końcu dostanę tę wspaniałą lalkę z głową pełną papieru, który kiedyś był bardzo cenny, pocieszałam się.
To jednak nigdy nie nastąpiło, ciotka zapomniała mi zapisać Judytkę w testamencie, a może nie zrobiła testamentu. Zresztą to była zepsuta lalka. A ja w międzyczasie dorosłam i nie bawiłam się już lalkami.

Ciąg dalszy za tydzień