poniedziałek, 16 maja 2016

POETA Z FERAJNY

Sławomir Majewski




"Co się piło? A bimber się chlało, jabole albo piwa ale najczęściej samogon pędzony w domkach dokoła Parku Oruńskiego albo za torami w Koloniach o rustykalnych nazwach Orka, Rola czy Zaranie. Albo dużo dalej od psiarni i bezpieczniej - w altankach i przegniłych ruderach Olszynki, gdzie po zmroku nawet największy chojrak z warszawskiej Starej Pragi czy łódzkich Bałut zwątpiłby w istnienie miłosierdzia Boskiego. Że o ludzkim nie wspomnę. Polej."







- A co ty tam, kurwa, wiesz… Gówno wiesz, kochany. Wiesz tyle, ile ci różne złamasy nagadały a Tolek wtedy mieszkał sam. Polej. Ty nie bądź taki cwany i dolej sobie, ma być po równo! Więc Tolek mieszkał sam ale przez jakiś czas mieszkał u niego Poeta. O, to są jego papierzyska. Jak Tolek przeprowadzał się do Hanki, to wziąłem i zabrałem, sam nie wiem po co. Może dlatego że Poeta tu i tam pisał o nas. A to fajnie poczytać o sobie, nie? Nie czytaj teraz, później sobie poczytasz. Więc tak: Tolek miał żonę ale od niego odeszła i dla nikogo nie było ważne dlaczego, dokąd ani z kim odeszła. Była, minęła jak zima stulecia, ta w 1979 roku, kiedy ulice odśnieżały czołgi a na rzęsach rosły sople, pamiętasz? No. Więc sobie odeszła jak stała a Tolek został i od tamtej pory mieszkał sam a że dzieciaków nie mieli, to kobita zabrała tylko ubrania i fotografie w pudełku po butach. Aha i jeszcze maszynę do szycia, takiego starego „Singera” z żeliwnymi nogami. Piękna dziewucha była, wysoka, cycata blondyna że palce lizać!
Tolek był dobrym muzykiem, wykształcony muzycznie przecież był, nie? Grał na pianinie, gitarze, trąbce. W domu miał stare pianino i kiedy postawił na nim szklankę z winem, kiedy zapalił świeczki i zakłębił się dym z papierosów, to grał na nim takie standardy, że chapeau bas kutasy! Widzisz to? Człowieku, niech ja skonam, dokoła Orunia Dolna alias matecznik robotniczej biedoty, wylęgarnia żulii i bandziorów a Tolek winko sączy, paluszkami po klawiszach przebiera, papieroska ćmi z oczyma przymkniętymi jak jaki Thelonious Monk… Widzisz to? No, właśnie. To tak wtedy było u Tolka na Raduńskiej... Czasami wpadał Cyganek albo Działko albo wpadali obacwaj, swoje dobre chłopaki u których zawsze obowiązkowo flaszka, chabanina na ząbek, papieroski.
- My polejemy a ty pograj, mówili do Tolka. Polewali, Tolek wypijał i grał, wszyscy pili i słuchali. Tak stary, tak to było u Tolka... Rozmawiało się różnie, o tym, o tamtym no wiesz, o starych dawnych. Czasem o dziewczynach, czasem o chłopakach, o kumplach i wrogach a najczęściej, jak to ze wspomnieniami bywa, wspominaliśmy tych wszystkich znajomych umarłych rozsianych po cmentarzach Trójmiasta i okolic. I o tych co po więźniach siedzieli i o konających w szpitalach od wódy, prochów, raka albo gruźlicy. Za tych żywych jeszcze albo już umarłych dobrych kumpli wznosiliśmy życzliwe toasty
- Zdrowie Kwasa! Paki! Łysego! Zośki! Salcesona! Rudej Celiny! Letkiej Hanki! Znienawidzonym życzyliśmy najgorszego:
- Żeby zdechł, chuj!
Wznosiliśmy, wypijali i zakąszali. Co się piło? A bimber się chlało, jabole albo piwa ale najczęściej samogon pędzony w domkach dokoła Parku Oruńskiego albo za torami w Koloniach o rustykalnych nazwach Orka, Rola czy Zaranie. Albo dużo dalej od psiarni i bezpieczniej - w altankach i przegniłych ruderach Olszynki, gdzie po zmroku nawet największy chojrak z warszawskiej Starej Pragi czy łódzkich Bałut zwątpiłby w istnienie miłosierdzia Boskiego. Że o ludzkim nie wspomnę. Polej.
Poeta zjawił się u Tolka wczesną zimą. Kiedy dokładnie? Ty, tak dokładnie to ja nie pamiętam... No, czekaj... W którym to było...? Jakiś dziewięćdziesiąty piąty? Szósty? Siódmy? Jakoś tak. Najlepiej weź i zapytaj Jaśka o, albo tego Kostka, może oni będą wiedzieli kiedy dokładnie, w którym to było bo dokładnie nie pamiętam. Tyle pamiętam że wczesna zima była, styczeń czy luty czy jakoś tak. A, mniejsza z tym, siup! 
- No więc Poeta zjawił się u Tolka wczesną zimą z tobołkami, starą maszyną do pisania i kobitą. Ona była niska, ruda i w okularach a on wysoki, chudy i jak to poeta, z bródką i wąsami. Tolek wynajął im ten większy pokój, ten z pianinem i widokiem na Raduńską. Pokój był ładny i czyściutki bo co jak co, ale Tolek choć pijący to taki był, mówię ci, czyściutki że mało która baba była taka czysta jak on. Żadnego kurzu, żadnego syfu; firanki, zasłony, ścierki i ręczniki poprane, ubrania poprane, poprasowane i równiutko poukładane w szafie. Taki był w tych sprawach. A Poeta z babeczką nie mieli się gdzie podziać. Ona była jakaś rozwódka z Terespola czy skądś, on też rozwodnik, miejscowy, tu od nas z Gdańska. Życiowo im nie wyszło, dokładnie nie wiem, to ci kombinować nie będę. Polej.
- Zamieszkali i on pisał na tej maszynie całe dnie i noce a ona leżała goła w łóżku i czytała to, co on napisał. Skąd wiem że goła? Bo ten ich pokój oddzielało od kuchni takie oszklone przepierzenie, to sobie Tolek nieraz ich podglądał. Kawaler był, to na gołą dupę chciał popatrzyć a ona nie skąpiła, wiedziała że ich podgląda, tak... Co poniektóre baby lubią takie figle. Czasami kiedy on nie pisał a ona nie leżała z cyckami na wierzchu, chodzili na spacery do parku. Byłeś w parku Oruńskim? Nie byłeś? Człowieku, to musowo musisz iść i zobaczyć, bajka! No, zdrowie! Właściwie to oni całymi dniami nie wychodzili z tego pokoju, tylko on pisał a ona leżała i albo się pieprzyli albo spali, albo jedli albo się pieprzyli. No i ona leżała kiedy on pisał. Zresztą, sam sobie przeczytasz jak było, wszystko masz tutaj, w tych jego papierach po nim. Ty teraz weź i sobie poczytaj a ja się idę odlać. Tylko ty nie bądź cwany gapa i nie chlej beze mnie, no!


Park Oruński w Gdańsku

Luty

Jak się zaczęło? A poetycko i romantycznie się zaczęło, w Tolkowym mieszkaniu. Wynajął nam ładny pokój; pianino Bechstein z żelazną płytą, gitara, ława, dwa krzesła, ileś-tam zakurzonych książek, fotografie rodzinne i jego byłych żon i kochanek; tapczan. Na tapczanie ona, moja ladacznica bezustannie leżąca noce i dnie, patrząca na mnie, śpiąca, czytająca, myśląca. Naga, w dżinsach, w majtkach ale bez stanika, w staniku i skarpetkach ale bez majtek za to z papierosem w ustach oraz szklanką wódki w ręku. I w okularach. A czasami bez okularów ale za to bez majtek i stanika ze szklanką wódki w ręku. A radio grało 24 godziny na dobę, wiersze, piosenki i żadnej mi polityki! Niech sobie skurwysyny łby pourywają, Polskę porozkradają do końca, do ostatniego ziarnka piachu i niech ich cholera wydusi!
Więc ona, moja odaliska piegowata leży pachnąc wódką, papierosami, słodkim potem, chcącą kobietą, marzeniami, lenistwem niewyobrażalnym, namiętnością niewyobrażalną a ja sobie siedzę przy biureczku i stukam w klawisze. Tłukę się z tym klamotem po miastach i domach różnych ale go nie chcę go odpuścić. Co warte życie moje bez niej, maszyny do pisania za Niemca wyprodukowanej? Gówno warte będzie, nie mam zdrowia do ręcznego pisania prozy. Wiersze? A, wiersze. Wiersze można na byle czym na serwetce, w zeszycie, na papierze do dupy można, można na ścianie ołówkiem, w celi (pisałem w celi) na szybach albo i drzwiach. Wiersze to całkiem inna melodia niż proza. Nie mam zdrowia do przepisywania tego, co ręcznie napiszę. Dlatego tyle się poszło... I pewnie jeszcze pójdzie.
Przy biureczku i maszynie siedzę, piszę kartkę za kartką. Piszę? Nawalam w klawisze jak oszalały, opowiadanie za opowiadaniem, za stroną strona oraz strona za stroną. O Jezusie! Buddo! Allachu! Hari Kriszna! Mzimu! Wszystkiebogi! Jaką mam wenę nieprawdopodobną, jakie mam zacięcie, pazur, sznyt, styl, wykwintność, polot, polor, jak jaki literata! Ech, co wy tam wiecie o wenie? Jak taka napadnie na człowieka około świtania a jest luty a jest śnieg, mróz trzaskający, dziewczyna chcąca i namiętna, to wtedy...
Tutaj za ścianą są dwa mieszkania gdzie chleją i biją się i są dwa inne, gdzie się nie biją, tylko chleją ale mnie tu dano azyl ogólnoświatowy i gołą kobietę włóżkuleżącą bezustannie. Jam ci jest teraz Pan Pisarz Bezdomny i mnie nie straszne ni mrozy, ni kaczki kwaczące na Raduni lodem skutej ani szron na rzęsach gdy w parku Oruńskim palę papierosa pod ogromniastą wierzbą i się nie zastanawiam, co jutro będę jadł. Bo skąd kasa? Ech, a co nas to obchodzi? Kupi się chleb, za 1,50 nóżek, dwie cebule, marchewkę i nagotuje się galarety na jakie 7-9 dni. Do chleba. Jak plastry będą cienko krojone, wystarczy na 7-9 dni a jak grube to na 5 dni. I co? I nic, głodem nas nie wezmą!


Marzec

Przyśniła mi się Gwiezdnooka. Dlaczego przyśniła mi się dziewczyna sprzed ośmiu lat? Pewnie dlatego że teraz jestem na Oruni a ona z Oruni była. A może nie z Oruni? Może i nie. W każdym razie przyśniła mi się, leżała na mnie naga z oczyma patrzącymi z bliska w moje oczy. Nic nie mówiła, tylko patrzyła a ja widziałem pył gwiezdny w oczach brązowych jak u sarny.
Odaliska była pełna rozpaczy.
- Co ci się śniło? Kto ci się śnił? Dlaczego śnisz obce dziewczyny? Ja ci już nie wystarczam? Świnia jesteś, nie poeta!
Następnej nocy też śniła mi się Gwiezdnooka z brązowymi jak u sarny oczyma, siedzieliśmy na kamiennym murku nad Motławą a w tle była katedra. Może ta Kolonii albo Akwizgranie a Motława wcale nie była Motławą tylko Sekwaną ale wiedziałem że to Motława, jak to we snach bywa... Paliliśmy papierosy i mówiliśmy o tym co było. O strajku który się zakończył dziwnie, o tych chlebach które przenosiła przez mury stoczni razem z innymi, tak samo młodymi i bohaterskimi jak ona. Wiał seledynowy wiaterek, słońce świeciło na pomarańczowo i nagle - jak to we snach bywa - idziemy po plaży na Stogach a na falach unoszą się kolorowe meduzy, wielkie i małe, średnie i maciupkie a każda w innym kolorze i wszystkie pachną pomarańczami...
I znowu Odaliska była pełna rozpaczy.
- Powiedz mi natychmiast kto ci się śnił? Dlaczego śnisz obce dziewczyny? Świnia jesteś, nie poeta!
Bo chciała być tą dziewczyną z moich snów i żebym śnił ją i tylko ją a nie żadną inną i żebym robił z nią to wszystko, co z Gwiezdnooką.
- Mnie śnij nie inną, rozumiesz? Bądź poetą, proszę!
Kochamy się ale teraz Odaliska ma twarz Gwiezdnookiej. I po co ty mi się przyśniłaś, dziewczyno o cycuszkach maleńkich i oczach sarenki? Po co? Na moją nieśmiertelną duszę: źle uczyniłaś śniąc mi się bezwstydnie i kusząco bo nie może tak być, żeby człowiek żył snem... Nie chcę żeby ktokolwiek żył snem, jutro wyjeżdżam. Do Smolnik. Do swoich, do młyna.

Fragment opowiadania ze zbioru