wtorek, 31 maja 2016

WYPRAWA NA ŻMIRŁACZA


obszerny fragment całości

LEWIS CARROLL
Tłum.. ROBERT STILLER

Konwulsja Pierwsza - Lądowanie
Konwulsja Druga – Mowa Brząkacza
Konwulsja Trzecia – Opowieść Bułkarza
Konwulsja Czwarta – Łowy
Konwulsja Piąta – Wykład dla Bobra
Konwulsja Szósta – Sen Brechacza
Konwulsja Siódma – Przygoda Bankiera
Konwulsja Ósma - Zniknięcie


„Tak, to wyspa Żmirłacza!” brzmiał okrzyk Brząkacza,
Gdy na ląd, mimo wściekłe opory,
Ekspediował kamratów nad powierzchnią grzywacza,
Uwikławszy im palec w kędziory.

„Tak, to wyspa Żmirłacza! Słowa te, drogie dzieci.
To zachęta dla was, nie przykrość.
Tak, to wyspa Żmirłacza! Oto rzekłem raz trzeci:
Prawdą jest powiedziane po trzykroć.”

W skład załogi liczyli się: Bucyput, a takoż
Kapelusznik, co berety szył jeno,
Brechacz, który ich spory miał rozsądzać, i Brakarz
Zajmujący się dóbr ich oceną.

Bezprzykładnie obrotny Bilardzista, jak sądzę,
Grą by sobie dorabiał z ochotą,
Ale Bankier, najęty za ogromne pieniądze,
Pieczę miał nad całą ich flotą.

Był też Bóbr, co się albo wzdłuż pokładu zataczał,
Albo dziergał koronki na dziobie
I raz po raz ocalał okręt (zdaniem Brząkacza),
Choć nie wiedział nikt, w jakim sposobie.

A następny tym słynął, że najwięcej zapomniał,
Kiedy przyszedł zasilić załogę:
Parasola, zegarka, nart, brylantów, kanarka
Oraz ubrań kupionych na drogę.

Miał czterdzieści dwie szkatuł, a na każdej szkatule
Wyczernione nazwisko się jarzy...
Lecz ponieważ zapomniał wspomnieć o tym szczególe
Zostawiono ów bagaż na plaży.

To, że stracił ubranie, było betką, albowiem
Siedem płaszczy wdział oraz kożuchów
I trzy pary obuwia: lecz sęk w tym, że tak powiem,
Iż zapomniał nazwisko swe zuch ów.

Reagował na „Hej!” i każdy krzyk po kolei,
Od „Psia krew!” aż po „Tłuszcz ci w perukę!”
I na „Panie... ten... tego!” i na „Uch, ty lebiego!”
A już zwłaszcza na „Bo go zatłukę!”

Ale kto, bez obrazy, lubił mocne wyrazy,
Zwykł mu dawać inne imiona.
Ci zbratani z nim całkiem zwali go „Niedopałkiem”,
A wrogowie „Ty, kurka pieczona!”

„Choć z wyglądu pokraka, choć z umysłu nie tytan,
(Brząkacz nieraz, bywało, zaznacza)
Człek to szczerze odważny! A co trzeba mieć, pytam,
Prócz odwagi, by tropić Żmirłacza?”

Fakt, że z hien się natrząsał, głową trzęsąc junacko
W odpowiedzi na wzrok trupojada,
Łapa w łapę z niedźwiedziem się bawił przechadzką:
„Bo go chciałem rozerwać”, powiada.

Za Bułkarza się najął, po czym wyznał ten głupiec,
I szlag mało nie trafił Brząkacza,
Że chociażby miał z czego, nic nie umiałby upiec,
Może prócz weselnego kołacza.

Wreszcie wspomnieć wypada ostatniego z kompanii:
Był to kretyn, idiota widoma,
Bzik na punkcie żmirłaczy: Brząkacz, rad takiej manii,
Przyjął go z otwartymi rękoma.

Miał być ich Bydłobójcą. Po czym raczył wybąkać,
Kiedy statek tydzień był w drodze,
Że zabija wyłącznie Bobry. Stracił głos Brząkacz,
Zadrżał, długo stał we łzach i trwodze.

Aż na koniec objaśnił, przy czym jąkał się nieco,
Że Bóbr jest tylko jeden na statku,
Jego własny, tak swojski, że wprost szukać ze świecą,
Rżnąć nie wolno go w żadnym wypadku.

Bóbr, przypadkiem słyszący te niesmaczne rozmowy,
Doznał wstrząsu i zalał się łzami
I rzekł, że mu zbrzydł żmirłacz i emocja, i łowy,
I że odtąd niech bawią się sami!

I nastawał: niech szyper Bydłobójcę umieści
Na osobno płynącym okręcie!
Ale Brząkacz oświadczył, że reforma tej treści
Utrudniłaby mu przedsięwzięcie.

„Nawigacja to sprawa, jak wiadomo, niełatwa!
Jeden okręt i dzwonek to dość! i
Wielce żal mi cię, Bobrze, lecz tu sprawa się gmatwa:
Wolałbym nie podwajać trudności.”

Cóż Bobrowi zostało? Tylko spowić swe ciało
W giętką stal antycznej kolczugi:
Brzmiała rada Bułkarza. I, gdy już go naraża,
Ubezpieczyć swój żywot niedługi:

Tak doradził mu Bankier. I na pozór od rzeczy
Dodał: „Ale dość gadu-gadu!
Bierz dwie tanie polisy! jedna cię ubezpieczy
Od pożaru, a druga od gradu.”

Mimo wszystko, od tego nieszczęsnego momentu,
Ledwie się Bydłobójca przybliży,
Bóbr zajmował się jakąś dalszą częścią okrętu
I był dziwnie nerwowy i chyży

Co się tyczy Brząkacza, pod niebiosa chwalono,
Że postawę ma (nawet usiadłszy)
Tak swobodną, tak godną! A mądrość wrodzoną
Widzi każdy, kto w twarz mu popatrzy.

Kupił mapę ogromną, a na mapie, widniało
Tylko morze bez wysp, lądu takoż.
Każdy stwierdził z rozkoszą, że rozumie ją całą,
Choć nie znawca jest ani smakosz.

„Cóż za korzyść wynika ze zwrotnika, z równika,
Po co tym Merkatorem się szasta?”
Brząkacz wołał tak właśnie. A załoga od wrzaśnie:
„To są znaki umowne i basta!

Inne mapy są mętne! Jakieś brzegi pokrętne,
Jakieś wyspy! A dzięki szyprowi
(Darli się na wyprzódki) nasz ocean gładziutki,
Składa się z błękitnych pustkowi!”

Scenka, owszem, przemiła. Ale wkrótce stwierdziła
Ta załoga piejąca mu pean,
Ze trząść dzwonkiem w zadumie to jedyne, co umie
Szyper ich, by przepłynąć ocean.

Z miny żeglarz bez skazy... Ale jego rozkazy
Kręćkiem mogła przypłacić załoga.
Kiedy krzyknął: „Ster w prawo, dziób na lewo, a żwawo!”
To co sternik miał robić, na Boga?

To znów bukszpryt pomylił mu się z rudlem... i macie!
„Z tym zjawiskiem (Brząkacz tłumaczy)
Spotykamy się często w tropikalnym klimacie,
Kiedy okręt się... hm... zeżmirłaczy.”