sobota, 18 czerwca 2016

FRYZJER




















Wanda Szczypiorska



FRYZJER

Miałam posadę referenta w jednym z wydziałów powiatowej rady. Barak, w którym mieściły się nasze biura, pomimo że był stary, trzymał się jeszcze nieźle. Pokoje małe i dość mroczne. I atmosfera też nie bardzo. Dwie starsze panie przy sąsiednich biurkach, niezbyt ciekawe towarzystwo. A one ze swej strony uważały, że jestem całkowicie zbędna. Miałam najniższą pensję, według okienek w siatce płac dla nieprzygotowanych do zawodu. Ledwo starczało na ubranie. W zimie na ciuchach zamiast płaszcza kupiłam sobie kurtkę z misia i wyróżniałam się korzystnie wśród moich rówieśniczek ze wsi. Kierownik, żonaty i niemłody już, przychodząc na rozmowę do mnie, siadał na biurku, dyndał lewą nogą, prawą wspierając o podłogę i był to pewien rodzaj kokieterii. Robił tak jednak tylko wtedy, kiedy byliśmy sami. Wyjazd w teren służbowym samochodem byłby okazją może, żeby gdzieś się zaszyć, ale nie w towarzystwie pana Józia, kierowcy, który zapewne był kimś więcej jeszcze i donosił. Zresztą, nie uważano mnie za łatwą, miałam opinie niedostępnej. A przecież chciałabym coś przeżyć. A więc zbierałam pieniądze na wakacje. Pojadę gdzieś. Nad morze. Po prostu wsiądę do pociągu i pojadę. Do Łeby? Do Sopotu? Nie, za drogo. Najtaniej będzie w Międzywodziu.
W połowie maja byłam wolna. Postanowiłam jechać, ot tak sobie. Najwyżej prześpię się na plaży. Ale nie było to konieczne. Na stacji w Międzywodziu wskazano mi ulicę Morską. Niosąc walizkę poszłam tam i rzeczywiście. Jest ogródek, na bramie wisi ogłoszenie, a w głębi stoi domek z płaskim dachem. Jest wolne łóżko, proszę. I niedrogo. Na razie jestem sama w tym pokoju, bo rezerwacje łóżek są na lipiec. Jechałam całe popołudnie, całą noc, a zapowiadał się upalny dzień. Postanowiłam iść na plażę. Podobno bardzo blisko. Przez lasek, wydmę i już jest. Plaża olbrzymia, prawie pusta. Usadowiłam się pod wydmą i rozebrałam do bikini. Potem się przejdę i zamoczę nogi. Pływać się nie odważę, woda za zimna. Pełne morze. Przyniosłam w torbie książkę, coś lekkiego, lekturę akurat na lato. Leżałam i czytałam trochę. Nieuważnie. Obok zauważyłam towarzystwo, zżyte ze sobą, widać było, że przyjechali wszyscy razem. Jacyś kursanci. Większość kobiet, a raczej młodych dziewcząt. Lecz nie tylko. Był między nimi fajny chłopak. Zauważyłam go od razu. W tej sytuacji nie chciało mi się dłużej leżeć. Wolno, nie spiesząc się, niedbale, kołysząc się, bo nogi grzęzły w piasku, poszłam w stronę morza. Zamoczę się do kolan tylko. Czerwiec to nie jest pora na kąpiele. Wróciłam, a chłopak patrzył na mnie, kiedy szłam. Skupiony i poważny.
Pora na obiad. Byłam głodna. Zjem obiad w barze mlecznym. Zerknęłam na to towarzystwo . Być może ich zastanę jeszcze, kiedy wrócę. Lecz po południu nikogo już nie było. Kilka samotnych osób w dużej ode mnie odległości. Posiedzę tu do zmroku. Zastanawiałam się, co będę robić wieczorami. Poradzę sobie jakoś. Pójdę na spacer. Dni są długie. Wtedy poczułam czyjąś obecność za plecami. To był ten chłopak. Kręcił się niepewnie. Wreszcie powiedział - mogę usiąść? Kiwnęłam lekko głową. To było przyzwolenie tylko, nie zachęta. Usiadł. Pewno zapyta mnie skąd jestem, czy na długo?
- Na pewno pani nie jest stąd? – zapytał. Ja mu odpowiedziałam, że z Warszawy, choć to nie była prawda. W Warszawie wsiadłam do pociągu, lecz do Warszawy musiałam dotrzeć pekaesem. I co z tego? Mieszkałam przecież niedaleko od Warszawy i to dawało mi przewagę.
- Oj – zmartwił się – a ja z Wrocławia.
Przyjęłam do wiadomości.
- Co pani czyta? – znów zapytał. Tego się spodziewałam oczywiście, więc powiedziałam mu, że dzieło naukowe.
- Studiuje pani? - wykrzyknął prawie tak jak gdyby poczuł satysfakcję, a jednocześnie respekt. Kiwnęłam głowa nic nie mówiąc, nie powiem przecież, bo i po co, że kiedyś tam zdawałam na uczelnię, ale bez skutku. A on wydawał się onieśmielony.
- Jestem fryzjerem – rzekł
Spojrzałam w jego stronę nie kryjąc ciekawości. Usiadł wygodniej. Blisko mnie. Chłopak przystojny. Bardzo nawet. Taki żylasty, chudy, umięśniony. Ja pewno wydaję mu się ładna. Na plaży przyglądają mi się zwykle, nie wiem czemu. Milczeliśmy, nie wypadało pytać o cokolwiek. Sam powiedział, że jest na wczasach pracowniczych. Jego spółdzielnia ma tu ośrodek. Dziewczyny? Koleżanki z pracy.
- Żadna z nich mi się nie podoba
Pomilczał chwilę
- Podoba mi się pani.
Trudno, odważę się, zapytam
- A jak pan ma na imię? Zmieszał się – Przepraszam bardzo, jestem Mariusz.
Chciałam mu rzec; to świetne imię dla fryzjera, ale się powstrzymałam. On mi się też podobał. Wydaje się, że nie miał więcej, jak dwadzieścia lat. Ja byłam trochę starsza.
- Jestem po wojsku – powiedział tak dobitnie, jakby to było ważne. Było ważne. W ten sposób dał do zrozumienia, że jego przyszłość nie jest zagrożona. Jest wolny. I do wzięcia.
- A pani taka sama?
- Tak
- Czeka pani na kogoś? – Powiedział to niepewnie, ale tak jak ktoś, kto jest zainteresowany odpowiedzią. Nie skłamię. I tak by wyszło przecież na jaw, ze nikt tu nie przyjedzie, więc powiedziałam mu, że chcę odpocząć w samotności. Widać było, że nie jest przekonany, lecz najwyraźniej się odprężył. Położył się na piasku obok, ja też się położyłam, a on mnie wtedy pocałował. Uznałam to za oczywiste, wszystko do tego prowadziło, lecz wypadało się sprzeciwić, dlatego powiedziałam – Och! – i odsunęłam się. To nie był jednak duży dystans. Bo znów leżeliśmy po chwili obok siebie ramieniem przy ramieniu..
- Jak pani ma na imię? – szeptał
- Magdalena.
Lecz potem nic nie zaszło między nami, ot takie sobie pocałunki na tyle czułe i namiętne, że trudno było się pożegnać, kiedy zrobiło się naprawdę chłodno.
- Czy pójdziesz ze mną na kolację? – mówiliśmy już sobie po imieniu. Zgodziłam się. lecz nie od razu. Z pewnym wahaniem. Tak wypada. Trzeba się przebrać. Bo wynajęłam łóżko w chacie na ulicy Morskiej, powiedziałam. Wiedział gdzie mieszkam. Znał ten dom.
Knajp było kilka, przecież miejscowość letniskowa. Smażalnia ryb? A nie. Odpada. Prowadził mnie do restauracji, takiej prawdziwej, bez samoobsługi. Z kelnerem, który podszedł owszem, ale jak gdyby nie od razu. Miałam kłopot z wyborem dań, chciałam żeby wypadło niezbyt drogo, skąd mogłam wiedzieć, ile ma pieniędzy, sama za siebie nie zapłacę, stać mnie jedynie na bar mleczny. Zamówił wino. Lubię wino. Schabowy? Proszę. Czemu nie?
Mariusz wiedział jak się zachować, widocznie bywał w restauracji, a mimo to wydawał się onieśmielony. Pytał , jak jest w Warszawie, co studiuję. Powiedziałam, że filologie polską, bo na tym chyba mnie nie zagnie. Po egzaminach? Jeszcze nie. Nawet nie przyszło mu do głowy żeby zapytać, co wobec tego robię w Międzywodziu
- A nie przeniosłabyś się do Wrocławia? Chwila namysłu – Nie wiem, pewno tak
Był czymś przejęty, zaaferowany i było oczywiste, że mu na mnie zależy. Wino wypite do obiadu (schabowy i kapusta a może i pieczarki, nie pamiętam) sprawiło, że już byliśmy rozluźnieni .
- Na razie mieszkam z rodzicami w bloku – rzeczowo mnie poinformował – ale należę do spółdzielni. Nie, tego mu nie powiedziałam. Ja z siostrą mamy mały pokój. Bez wody i kanalizacji, więc byłam dość dyskretna, dlatego zaczął podejrzewać, że mam kochanka, albo męża. Teraz był czujny. Zadał pytania podchwytliwe, a więc musiałam opowiedzieć mu o siostrze. Jest panną i pracuje w kadrach. Rodzice? Tylko mama. Jest już od dawna na emeryturze. Chciał mi zaimponować najwyraźniej, chwalił się stanem swojego posiadania. Kupi malucha. Jest na liście. Lecz nie ma jeszcze prawa jazdy. Rzeczywiście, to było coś. Ja jeździłam jedynie autostopem i tylko tym służbowym samochodem z panem Józiem. Ale zdawałam sobie jasno sprawę, że ta znajomość nie ma szans przetrwania. Liczyć mogłam jedynie na spędzenie czasu, romans, spacery, i coś więcej może? Wspólne wylegiwanie się na piasku.
Wino nas zbliżało. Był czuły. Pochylił się i trzymał mnie za rękę. Miałam wypieki, czułam to. Od wina. Podobał mi się, nawet bardzo. Po wyjściu z knajpy objął mnie. Poszliśmy w stronę Morskiej. Byliśmy podnieceni. Coś mówił, obiecywał.. Opowiadał, jak to u niego jest, jaką ma dobrą pracę i pieniądze. I czy nie chciałabym przyjechać do Wrocławia.
- Czy to możliwe?
- Ależ tak.
Byliśmy już przed domkiem, w którym wynajmowałam łóżko.
-Mogę wejść?
Nie widać było właścicielki, więc weszliśmy. Pokój był pusty, nikt się tu jeszcze nie wprowadził.
- Nie zapalajmy światła – szepnął. Usiedliśmy na moim łóżku, nie było innej możliwości, a za to łóżko zapłaciłam, było moje. Pieszczoty stały się namiętne i wkrótce trzeba było się rozebrać. A potem działo się to wszystko, co się na ogół zwykle dzieje. Ale doprawdy nie wiem czemu, może dlatego, że to był mimo wszystko obcy człowiek, nie miałam z tego satysfakcji. Wyszedł przez okno w środku nocy.
Rano się zachmurzyło, jak to w czerwcu i było chłodniej. Plaża pusta. Gdzie go szukać? Nie umawialiśmy się, bo było przecież oczywiste, że się spotkamy znów na plaży. Postanowiłam wrócić po południu, pewno przyjdzie. Ale nie przyszedł tego dnia. Potem widziałam ich z daleka. Cała gromadką szli wzdłuż brzegu. Już byli blisko. Wstałam. Podbiegnie do mnie. Ale nie. Tak jakby mnie nie zauważył. Przeszli. Usiadłam znowu, zdezorientowana. Nie rozumiałam, co się stało. Resztę urlopu spędziłam leżąc w słońcu, lub snując się po Międzywodziu. Tamci przenieśli się gdzieś dalej, plaża rozległa, w prawo, w lewo, wydaje się, że nie ma końca. Woda wciąż zimna. Znów padało.
Spotkaliśmy się na ulicy. Miałam wyjechać następnego dnia. Zaczęłam z nim swobodną pogawędkę.
- Dlaczego się nie widujemy?
Wydawał mi się roztargniony, obojętny. Szybko traciłam pewność siebie, ale chciałam dowiedzieć się, dlaczego?
- Wyjeżdżam jutro – powiedziałam. Teraz jednak popatrzył na mnie, jak gdyby z odrobiną żalu.
- Szkoda.
- Dlaczego mnie unikasz? Nie zechcesz nawet się pożegnać?
- Nie chcę
- Co się stało?
Rozejrzał się. Był niespokojny, spięty, jakby nie mogąc zdecydować; powiedzieć, nie powiedzieć i wreszcie krzyknął.
- Bo zaciągnęłaś mnie do łóżka. Bo ja się chciałem żenić z tobą, ale ty jesteś zwykła dziwka.

Wróciłam z Międzywodzia opalona. Przede mną jeszcze całe lato, będzie się chodzić na glinianki. W biurze zrobiło się dość szaro, no i ten wstrętny zapach kurzu. Budynek niski, mroczny. Czym się zająć? Kierownik na urlopie.
Nuda.