środa, 30 listopada 2016

Pokrzywka




MIROSŁAW G. MAJEWSKI 


     – Franek...
Co prawda miałem na imię Jacek, ale wszyscy wołali na mnie Franek po moim pradziadku Franciszku, którego znałem jedynie z pożółkłych fotografii, a dla którego mój tato, był najukochańszym wnukiem.
Franek! wołała moja mama z lekka już zdenerwowana brakiem reakcji z mojej strony, a ja przecież nie byłem żadnym Frankiem, tylko Jackiem. I chciałem to w jakiś sposób zaznaczyć.
Jacek ogłuchłeś do jasnej cholery czy co? Mama wreszcie, aczkolwiek z trudem, przypomniała sobie moje imię, a ja poczułem satysfakcję, że mimo wszystko moja taktyka okazała się skuteczna.
Wszedłem do dużego pokoju, który nazywaliśmy stołowym pokojem, ponieważ w odróżnieniu od małego pokoju i sypialni stał w tym pokoju duży, bukowy stół. Mama z ulgą odnotowała moje pojawienie się, i kończąc pisanie na kartce wyrwanej ze środka mojego zeszytu do nauki religii zakomunikowała:
Pójdziesz do pani Frymarczyk i dasz jej tę karteczkę, dobrze?
Nie, nie dobrze! Pomyślałem w duchu, bo wiedziałem co się za tym kryje, a kryło się paskudne wykorzystywanie dziecka (czyli mnie) w celu pożyczenia pieniędzy do wypłaty, a więc do piętnastego. Jak ja tego nienawidziłem, chyba bardziej od nauki religii odbywającej się w naszym wiecznie niedogrzanym kościele, a dokładniej na tak zwanym „chórze”, ale co miałem robić? Dzieciaki w naszych czasach nie miały żadnych praw, były wykorzystywane do wszystkiego, od rąbania drwa w piwnicy, wynoszenia śmieci, robienia zakupów, po kolędowanie z karteczką z prośbą o pożyczkę. Dochodziło do tego znęcanie psychiczne i fizyczne przez rodziców, nauczycieli, katechetkę oraz ministranta Ryśka. Z tym, że jak mi się zdawało, mama wykorzystywała mnie najbardziej do tego ostatniego. Bez dwóch zdań byłem napiętnowany i to na całe życie. (zawsze brakowało mi, jak i mojej mamie jakieś pięć stówek do wypłaty)
Tylko się pośpiesz! To było ostatnie polecenie mamy, która nie za bardzo mogła poradzić sobie z narzuconą jej przez los, czy Boga, trudną rolą mamy. Mówiła jeszcze coś o tym, że musi zrobić jeszcze obiad i zdążyć na drugą zmianę do roboty.
Takich mam jak moja mama w naszym miasteczku nie brakowało, tylko nielicznym mamom starczało od pierwszego do pierwszego, jeżeli było się umysłową, albo od piętnastego do piętnastego, jeżeli było się fizyczną mamą. W sumie kochaliśmy nasze mamy takimi jakimi były, a nasze mamy kochał nas, takimi, jakimi byliśmy, ale, o ile mi wiadomo, nie była to w żadnym wypadku miłość bezinteresowna.
Pani Frymarczyk mieszkała w następnym, bliźniaczym bloku (zwanym przez nas drugim), miała pani Frymarczyk dwóch synów, obydwu starszych ode mnie, Stachu był starszy jakieś siedem lat, albo i więcej, i był po innym ojcu, może dlatego był zupełni inny od swojego przyrodniego brata Ryśka, który był starszy trzy lata ode mnie. Rysiek był ministrantem, co wcale nie przeszkadzało mu w znęcaniu się nade mną i nad moimi rówieśnikami. Ministrant Rysiek specjalizował się w robieniu nam pokrzywek. Pokrzywka polegała na złapaniu naszego przedramienia obiema dłońmi i wykręcaniu skóry w przeciwnym kierunku. Nasze wrzaski wprawiały Ryśka w szampański nastrój, a my, jako już bardzo doświadczone ofiary pokrzywek, wiedzieliśmy, że im będziemy głośniej wrzeszczeć, tym bardziej wprowadzimy naszego prześladowcę w szampański nastrój, a wprowadzony w szampański nastrój Rysiek, summa summarum, zrezygnuje ze skopania nam dupy. I z reguły tak bywało. Jednym słowem nikt z naszej paczki nie życzył sobie wpaść w ręce ministranta Ryśka.
Rozważając o tym szedłem sobie w podskokach do pani Frymarczyk, ale wbrew tym beztroskim podskokom modliłem się żarliwie, aby nie napatoczyć się na Ryśka, (ani też na żadnego z moich kolegów, bym nie musiał tłumaczyć się z mojej, jakże tajnej i upokarzającej mnie misji). Miłościwy Bóg, jak mi się wtedy zdało, wysłuchał moich modlitw, ponieważ bez żadnych przygód dotarłem do drugiego bloku, do drugiej klatki, na drugie piętro i stanąłem przed drzwiami z numerem 11, z tabliczką:

A. A Frymarczykowie

Nacisnąłem dzwonek i po chwili w otwartych drzwiach pojawił się nie kto inny, jak mój prześladowca ministrant Rysiek.
Cześć Rysiek – przywitałem się grzecznie – mogę prosić twoją mamę?
Nie ma mojej mamy – uśmiechnął się ministrant Rysiek.
Dzisiaj wiem, że Rysiek, obecny minister, był sadystą. I tak upokorzony, wracałem (niczym żołnierz z niemieckiej niewoli z wiersza Broniewskiego) do domu z opuszczoną głową, z niezrealizowaną karteczką i pokrzywką na lewym przedramieniu. Wtedy to po raz pierwszy w życiu zacząłem powątpiewać w Boga. No, myślałem sobie, gdyby nawet Bóg nie wysłuchał moich modlitw, to przynajmniej mógłby wpłynąć na to, aby proboszcz, użyję tu eufemizmu, wyrzucił Ryśka z urzędu ministranta. Niestety, nigdy tego nie uczynił, Rysiek jeszcze przez wiele lat, z miną aniołka, służył do Mszy Świętej, co bardzo nadwyrężało moją wiarę w Boga, a nawet w prawo i sprawiedliwość.
Potem, dzięki Bogu, nasze drogi rozeszły się i to na wiele lat… Dopiero jakiś rok temu znów usłyszałem o Ryśku, okazało się (dlaczego mnie to nie zdziwiło?), że został posłem rządzącej partii, tej od 500+. Szkoda że miałem tylko jedno dziecka, Franka, może wreszcie starczyłoby mi do piętnastego…