środa, 21 grudnia 2016

RAFY MARZEŃ






Sławomir Majewski


Wesołych Świąt, Chłopcy Źli!


Podwija rękawy koszuli, zarzuca nogę na nogę, wielkopańsko; zamawia:
- Kasieńko luba, połóweczkę na stół! Tylko - duchem!
Kasia w panterkę-mini odziana, podbiega, podstawia, polewa i mówi:
- Smacznego, chłopcy źli!
Chłopcy źli, bandyckie mordy wy... Poeci, prozaicy, rzeźbiarze, malarze, graficy. Chłopcy źli w panajezusowym wieku są; niektórzy szczerbaci wesoło, niektórzy mają nóżkę niesprawną, jeszcze inni niesprawne serduszka, wątroby i nerki. Zatem - chwaty!

 
"PUNKT" alias "GIPS"


Zaczynali pić w "Gipsie" mniej więcej od południa a kończyli jak zamykano podwoje albo forsa się kończyła. A jak na krechę dali, piło się do zamknięcia albo szło na Mariacką "Pod Holendra", pobocznie - "U Szkota" czy w "Zodiaku". I jakoś tak, ni stąd ni zowąd, budził się człowiek w domku kempingowym nad jakimś jeziorem goły, zmarznięty, skacowany a tu na udręczenie - chrapie jakaś panna kudłata, zapita: Niech chrapie.
Więc gramoli się z trzeszczącego wyrka, wypełza na chwiejnych nogach na ganek, na cykanie świerszczy i szum nocnego wiatru od jeziora. Pan Tadeusz... nie ten Mickiewicza, ten bosman od kajaków i łódek; siedzi sobie na schodkach, flaszkę ma przy nodze; pali i popija, patrzy na jezioro i popija i pali. I nuci Gdzie ta keja... Nie mija pół godziny, nie mija nawet pół flaszki a już - zwiedzeni zapachem szeptów, ściągają inni. Nie mija pół godziny, a na ganku siedzą, leżą, stoją, kucają goli i pół-ubrani przedstawiciele sztuki, jednym słowem: bohema. Co robią ci półnadzy i całkiem nadzy nocą, na drewnianym ganku drewnianego domku nad jeziorem gdzie ta keja...? A nic nie robią, ot - siedzą, wódkę piją, wspominają. A każdy, kogo innego; niektórzy razem kogoś, co szedł, szedł koleinami życia i raptem - BUMS! nie ma człowieka! Zostawił żonę, kochankę, kilkoro sztuk dziatek, papugę, psa, chomika. Jakiś wierszyk, obrazek, dzbanuszek. Niewyprane gacie w pralce, niedogryziony kawałek mortadeli; zabazgrane kartki z telefonami do nikogo. No, bez żalu, umarły nasz Kolego; i tak by nie zadzwonili, frajerze; mieli cię w dupie, Bajonie dla ubogich. Umarł Maxim i chuj z nim!
Artysta jest artystą nie dlatego, że maluje, pisze czy rzeźbi, ale dlatego, że czując inaczej, wyraża swoje odczucia przez sztukę. Czasami dlatego czuje inaczej, że cierpi na jakąś chorobę duszy, która uniemożliwia mu normalne odbieranie otaczającej go rzeczywistości. Nierzadko bywa to choroba umysłowa, na przykład schizofrenia, o której Kazimierz Dąbrowski powiedział, że "jest pozytywną dezintegracją osobowości" i jeszcze, że "bez niej, nie byłoby artystów". Nadwrażliwość na dziś, bolesność codzienności, odmienne stany postrzegania hierarchii wartości - cechy wspólne chyba wszystkim wyjątkowym, wybitnym i obdarzonym tym czymś - talentem, darem bogów - artystom. Właściwie nie spotyka się biografii ludzi utalentowanych w dziedzinach sztuki, których życie prywatne byłoby "pospolite”: praca-dom-rodzina-kapcie-spacery...
Moi Przyjaciele-artyści, mieli za sobą okresy kosmicznych ciągów alkoholowych, nierzadko przeplatanych doświadczeniami z narkotykami, rozliczne i słynne ekscesy w towarzystwie dam upadłych a swawolnych. Rozwody, często wielokrotne, jakieś łamanie stołków, podbijanie oczu, zakłócanie snu sprawiedliwym obywatelom; włóczęgi wielodniowe i wielotygodniowe, hazard i raptem - mordercze zmagania z samym sobą i sztuką! Praca po nocach, udręczenie i umysłu, i ciała w walce z gliną, farbami, ołówkiem... Niedojadanie, niedosypianie, bo sztuka czeka! Na rafach własnych marzeń niejeden z artystów, rozbił jak statek zbłąkany, własne życie, topiąc przy okazji żonę, kochankę, dzieci, psa czy kota... Albo wiele żon, kochanek, dzieci i rozmaitych zwierząt.
Pozostawiali za sobą długi wystarczające ich bliskim na lata biedy, nierzadko nędzy najprawdziwszej. Pozostawiali strzępy siebie, ot, parę łachów, których nie weźmie bradziaga; jakieś kapelusze, dziurawe skarpety, zmięte fotografie podejrzanych kobietek czy facetów (wszak kobiety też są artystkami!). Listy pełne uniesień, ale nie do żony czy męża; jakieś perfumy, strzępki strusich piórek, hotelowe rachunki... Pozostawiali też dzieła życia: kilka obrazów, szkice, rękopisy wierszy splamione wódą albo piwem... Niejedne półki i niejedne ściany - ale nie w ich domach - pełne są ich prac, z dumą prezentowane gościom przez Państwa Domu, którzy wskazując na dzieło, mówią z dumą, głosami ściszonymi przez szacunek:
- Tak. To JEGO...
A za życia „jego”, stawiali mu wódę by wyłudzić cokolwiek: obrazek, rysuneczek, portrecik, figurkę; jakieś manuskrypty, jakieś to, śmo, owo, bo kiedyś to będzie bezcenne! Motto takich? "Przecież to pijak! I tak przechleje, rodzinie nic po tym".
No, tak... Rafy marzeń. Kto pisał wiersz z takim zmagając się bólem, jakby go narywał ząb zropiały, ten wie czym są te niewidoczne rafy.. I każdy, kto stawał przed wszechświatem pustego płótna, albo w palcach trzymał grudę mokrej, śliskiej gliny... Ilu z nich, żeglarzy bezkresów sztuki, spokojnie dobiło do portu, z którego wyruszyli, jak Porwany za młodu, porwani przez jakąś Muzę? Ja nie znam... Jak Maciek z Popiołu i Diamentu zapalam czasem płomień nad kolejną wódką i recytuję
- Basia Jurek Andrzej, Sted... Wojtek, Mietek, Buni.
Ostatnią zapali kto inny...

Kiedy pada deszcz, stawia kołnierz płaszcza i z rękami w kieszeniach, petem w kąciku ust, idzie sobie Nabrzeżem myśląc, że tak, to prawda - prawda zawarta jest w kwiecie lotosu, i że młynki kręcą się nie nadaremno, tylko dla mąki prawdy, choć chleb z niej jest gorzki i rozczarowania pełen, i można sobie zęby duszy wyłamać na zapoznawaniu smaku skórki. I - że gdyby rozumiał cokolwiek z tego, co się dzieje i o co chodzi, to byłby jako anioł, a nie głupi, jak but z lewej nogi; że "a może chodzi o maciupką egzystencyjkę taką"? Taką - praca-dom-praca-dom? Jacyś cieśle stawiają zwyczajne domy, nie zaraz - katedry! Zwyczajne domy, zwyczajnym ludziom. I jacyś inni, równie zwyczajni ludzie, stawiają na stołach tych domów zwyczajnych, dzbanuszki tandetne z kwiatkiem sztucznym i - fajnie jest! Może, więc o to chodzi, o to "fajnie jest"?
Idzie sobie Nabrzeżem, potem skręca w Świętojańską/ Pogapi się w deszczu na poczerniałe mury kościoła, które zdobywał jako szczeniak i gdzie zmartwiał, znajdując żółtą czaszkę z rdzawymi, długimi włosami. Stała w jego domu wiele lat; ukradł kolega, zafascynowany śmiercią.
Wybaczył.



Bez śladu


BEZ ŚLADU

 
Wanda Szczypiorska


Wspominam tych umarłych nie po to żeby schlebiać ich pamięci, ale nie chciałabym narazić się na zarzut kłamstwa, bo przecież to i owo mogę przeinaczyć. Nie wierzę w życie wieczne, wiem że ich już nie ma i nie będzie i chyba oprócz mnie nie ma nikogo kto by mógł ich wskrzesić. Póki żyli widywałam się z nimi rzadko. A więc to tylko z racji dość dalekiego pokrewieństwa, moim zadaniem stała się opieka nad kobietą nazywaną przeze mnie ciotką. W czasie jej choroby. Musiałam więc na pewien czas zamieszkać w domu chorej, która była tylko moją powinowatą. Krewnym był jej syn. To on zadzwonił do mnie i poprosił o to. No cóż, moja rodzina się zgodziła, dadzą sobie radę. Nie jestem pielęgniarką, nie posiadam kwalifikacji, właściwie chodziło tylko o dotrzymanie towarzystwa. Oprócz nas trojga jest gosposia i przychodziła pielęgniarka. Lekarka też, choć sytuacja była beznadziejna. Rak. Szpital był już właściwie niepotrzebny, pozostawało tylko czekać.
Do chorej mówiłam „ciociu” i to zbliżało nas do siebie. Była jeszcze na tyle silna, że mogła przez krótki czas pomimo spuchniętego ciała pół leżeć, pół siedzieć w łóżku otoczona przeze mnie poduszkami. Podnieść ją i posadzić musiałam sama. Jej syn, czyli mój kuzyn nawet nie starał się pomagać. Poruszał się na wózku inwalidzkim. Tak było mu wygodniej, choć do łazienki szedł o kulach. Nie był kaleką od urodzenia, nie miał wypadku, był nieuleczalnie chory, wiedziałam o tym od pewnego czasu, ale i tak kiedy go zobaczyłam, a nie widziałam go już od miesięcy, to było zaskoczenie.
Sypiałam w gabinecie jego ojca, a mojego wuja, który też już nie żył. Zwykle siedzieliśmy z kuzynem w pokoju chorej milcząc, bo drzemała. Była w pełni władz umysłowych i kiedy się budziła można z nią było porozmawiać, a o czym? Nie pamiętam. Bo o coś się troszczyła, coś chciała zabezpieczyć, a mnie nic do tego. Kiedyś jednak przez chwilę szeptała ze swym synem i on potoczył się w stronę szaf w obszernej garderobie. Czegoś szukał, coś wyjął i wiózł w stronę łóżka. To było futro. Karakuły. Przeznaczone dla mnie. Musiałam je przymierzyć. Było w sam raz, ale tak stare i niemodne, że przecież go nie włożę. A zresztą wyglądało tak jak gdyby miało się za chwilę rozpaść. Byłam wdzięczna. Myślę, że nawet w takiej sytuacji, z której zdawała sobie przecież sprawę, rozstanie z czymś, co miało dla niej wartość, sentymentalną, może, było trudne.
Po paru dniach już nie wstawała. Spała? A może tylko zamykała oczy. Trzeba ją było karmić w pozycji leżącej podnosząc głowę wraz z poduszką. Nie jadła prawie wcale. To dziwne, musiała odczuwać ból, ale się nie skarżyła. Jednak cierpienie ją odgradzało, czyniło niedostępną. Będąc w pobliżu niej bałam się odezwać, więc coraz częściej ja i kuzyn siedzieliśmy w jadalni , chociaż przy nim też czułam się skrępowana. Dla niego to był również wyrok.
I wtedy zaczęli pojawiać się znajomi, ot takie wizyty pożegnalne. Zaglądali do jej pokoju, ale spała (a może nie?), więc zasiadaliśmy w salonie, gdzie podawałam kawę i zaczynały się rozmowy. Pamiętam jedną z takich rozmów. To był znajomy męża ciotki, czyli wuja i rozmawialiśmy o polityce. Podobno był funkcjonariuszem pezetpeerowskim (nie mam pojęcia skąd go znali) a ja sprzyjałam opozycji, bo to był stan wojenny. Nie bardzo mogłam się do tego przyznać i kuzyn też nie pisnął ani słowa, ale rozmowa była dosyć dziwna, ponieważ tamten perorował, szydził, a ja musiałam tego słuchać. O chorej, o jej sytuacji nie było prawie mowy, Dopiero kiedy już wychodził zadeklarował swoją pomoc. W razie pogrzebu. Nie, tego nie powiedział tak wyraźnie, ale to rozumiało się samo przez się. Kuzyn podziękował.
Byli też inni. Sąsiedzi może, znajomi jacyś, nie wiem. Stan chorej się pogarszał i widać było że cierpienie jest trudne do zniesienia . Trzeba ją było umyć, podać basen. Nie mogłam, a może i nie chciałam brać udziału w naradzie między lekarką a kuzynem, wiem tylko że zdecydowali dać morfinę. Był pewien kłopot z realizacją tej recepty i nie wiem czemu trwało to dość długo, bo może dzień lub dwa zanim ktoś ją zrealizował. Widać z kupnem morfiny był kłopot taki sam, jak i ze wszystkim wtedy. Mieli nadzieję.. (ja tam nie wiem, bo po raz pierwszy byłam przy kimś kto umierał) że to jej pomoże i po zastrzykach będzie lepiej, że wróci w do rzeczywistości, bo to lek na ból. Zdawała sobie z tego sprawę? Nie wiem. Zastrzyk robiła pani doktor, powolutku, widzę jej nachyloną nisko postać i twarz ciotki z takim wyrazem jak gdyby była nieświadoma tego co się dzieje. A ja i kuzyn mówiliśmy, że będzie dobrze, będzie lepiej. Kiedy zamknęła oczy i zasnęła wyszliśmy z jej pokoju. Wyszliśmy… znaczy ja, bo kuzyn się wytoczył. Potem siedzieliśmy w jadalni. Kuzyn milczał. Ja zaglądałam do sypialni. Mówiłam mu że śpi. Bo spała. Tak mi się wydawało. Długo, za długo chyba. Było już późne popołudnie. Zaniepokoił mnie jej oddech, chrapliwy, przerywany. Zadzwonię po lekarkę, pomyślałam. Kiedy weszłam ponownie do sypialni, może coś zrobić, może pomóc, było już cicho, już nie żyła.
Po pogrzebie czułam się w obowiązku co pewien czas przyjeżdżać do kuzyna, bo był sam. Przynajmniej ja nigdy nikogo nie zastałam oprócz tej gosposi. Żył z renty, ale to przecież nie mogło mu wystarczyć. Nie dociekałam skąd pieniądze na utrzymanie tego domku i za co kupił telewizor Rubin. Niegdyś w rodzinie mówiło się po cichu o zasobach po teściowej wuja. Być może. Ważne, że miał pieniądze na lekarstwa. Te na recepty i te, które sobie ordynował sam, bo bardzo dbał o siebie. Absorbowało go własne zdrowie a mnie się wydawało, że tylko to go absorbuje. Bał się kataru i przeziębień, nie wychodził z domu, nawet na taras. Brał antybiotyki, ot tak, profilaktycznie, żeby nie dostać zapalenia płuc. Kto mu je kombinował bez recepty, nie wiem. Pewno miał jakieś znajomości. Inny znajomy z dawnych czasów, księgarz, przysyłał paczki książek. Nowości. Wydaje się, że bez wyboru. Regały coraz szczelniej zapełniały pokój, ale nie rozmawialiśmy o książkach. Skąd mogłam wiedzieć, że kiedy jest tu sam, jedynie z tą gosposią, coś tam pisze? I tak nie mogłabym ocenić, nie znam się na literaturze. Zwykle mówiliśmy o telewizji i o telewizorze, o tym jak regulować kolor, bo w Rubinie wciąż trzeba było go ustawiać. Czasami chciałam się dowiedzieć jak sobie radzi bez pieniędzy, lecz to był temat tabu. Po babce, to po babce, ale na pewno nie na koncie. Nikt wtedy jeszcze nie miał konta, najwyżej oszczędności w PKO, ale on i tego nie miał. A więc skarb. To było dość prawdopodobne. Po cichu mówiło się w rodzinie, że chyba jednak nie po babce, a po dziadku, czyli ojcu wuja. Że dziadkowi rząd dał na przechowanie tuż przed wojną złoto, a on je gdzieś zakopał. Wojny nie przeżył i rząd też, a więc wykopał ten co wiedział, a to był oczywiście wuj. Ale ja nie wiem jak to było.
O tym, że kuzyn pisał wiersze dowiedziałam się po pewnym czasie, chociaż nie dawał ich do przeczytania, co było chyba bez znaczenia. Prosił mnie tylko o wysłanie listów do redakcji, do rozmaitych tygodników i do takiego pisma Twórczość. Sama je kupowałam czasem a więc wiem, że zamieszczają również wiersze. Lecz nie dostawał żadnych odpowiedzi, bo gdyby któryś z nich wydrukowano, pewno by się pochwalił. Zresztą bywałam coraz rzadziej, bo okazało się, że jednak nie jest już zupełnie sam. Przyjeżdżał ktoś z rodziny jego matki.
Zawiadomiono mnie, że jest w szpitalu. Prosił o to, więc pojechałam tam a jego wygląd mnie przeraził. Był jeszcze bardziej chudy. Sam się przyznał, że ma grzybice płuc. Podobno od antybiotyków. Tak mu powiedział lekarz. Już nie wstawał. To co miał mi do powiedzenia, dla niego było chyba bardzo ważne. Chodziło o zawartość jego biurka, te papiery które tam są, jakby z zażenowaniem dodał, że to wiersze. Więc gdyby coś się stało… prosił żebym je przechowała, Może kiedyś…? A ja gotowa byłam zrobić wszystko, tak bardzo było mi go żal.
Podczas pogrzebu powiedziałam komuś (zjawiła się rodzina ciotki choć nielicznie) że mam od niego polecenie, że muszę zabrać rękopisy z biurka. Właśnie jechało tam tych dwóch, którzy na pogrzeb przyjechali samochodem. Zabrali mnie ze sobą. O żadnych rękopisach nie wiedzieli. Domek wyglądał dość żałośnie, jak gdyby spustoszony. Nie było ani mebli, ani bibelotów. Nie było też telewizora. I coś jeszcze; jak gdyby kuto ściany. Czegoś szukali? Nie znaleźli? W pokoju u kuzyna zastałam jeszcze większy nieład. Książki na kupkach ułożone tak, żeby je można było wywieźć. Biurko puste.
- Gdzie są papiery z biurka – zapytałam jednego z krewnych ciotki.
- A nie wiem, Chyba tam - pokazał coś za oknem. A tam leżały jakieś graty, stare krzesła i były ślady po ognisku.