wtorek, 17 stycznia 2017

WOJENKA





Mikołaj Radwański

Chodziłem wokół samochodu, pod którym leżał kierowca. Wystawały tylko jego nogi. Jedna ugięta w kolanie, druga wyprostowana. Charakterystyczna pozycja. Słychać było stuknięcia klucza o części pojazdu. Coś jak niedawne metaliczne brzmienia, kiedy zbierało się na burzę, ale nikt nie chciał mi uwierzyć, że właśnie to słyszałem. Śruba. Sprężyny. Ciało jezdne. Unieruchomione ciało jezdne, które nas z siebie wypluło. Więc chodzę wokół, więc leży pod tym wokół którego ja chodzę. Paliłem papierosa. Nerwowe pociągnięcia, żółte paznokcie, brązowy opuszek na wskazującym. Przypalona skóra, którą nie łatwo będzie przywrócić do naturalnego koloru. Cielista barwa mojej skóry to przeszłość. Przynajmniej w dłoniach. Przystanąłem i chmura nade mną zaczęła rosnąć. Było bardzo gorąco, bezwietrznie. Stąd długo utrzymujący się wykwit sinoniebieskiego dymu. Róża? Tak wygląda róża?
Ktoś mógłby mnie pomylić z wróżką. Tyle, że wróżę z oparu. Szklane rozbijam. Umiem nazywać kształty, nie umiem ich odnosić. Znam rzeczywistość.
- Długo jeszcze? – rzuciłem pytanie.
Nie uzyskałem żadnej odpowiedzi. Kierowca był zajęty, kierowcę zajął hałas. A hałas próbowała zająć cisza. Przedmieścia miasta. Ujechaliśmy ledwie cztery kilometry od jednostki wojskowej, a tu awaria pojazdu. Jakieś szarpnięcie. Do celu dwa razy tyle. Razem to będzie jakieś dwadzieścia cztery kilometry w stalowej skorupie starego samochodu. Taka perspektywa, na razie zawieszona w czasie. Mój wyślizgany mundur, dawno niezmieniony, świecące poły bluzy moro, wypchane kolana spodni, podwinięte rękawy nie przynoszące żadnej ulgi. Krople potu na czole. Ciemne smugi jak barwy kamuflażu. Pierwsze siwe włosy i bruzdy na twarzy. Zmarszczki mimiczne.
Afryka. Dzika Afryka w widłach rzeki Wisły i Wieprza. Co jest zamiast Afryki, jeśli ona przeniosła się tutaj? Na drodze pustka. Nikt nie przejeżdża, żaden nie przejdzie. Krowy leżące w cieniu jedynego drzewa na pobliskiej łące. Jeśli łąka ma chociażby jedno drzewo, to już jest zadatkiem na las. A jeśli to pozostałość po lesie, to niewiele mu brakuje, żeby stać się łąką. Kwestia wycięcia. Stuki, metaliczne brzmienia. Męskie granie? Żadne takie. Papieros parzy mnie już w kciuka i wskazującego. Zrogowaciała skóra. Jakbym uodparniał się na przeciwności losu. Jakbym przyjmował na siebie jakieś obce narzecze. Może to od wiatru wiejącego od strony rzeki Wisły. Zacząłem od palca.
Jedyne drzewo na łące wciela się w drzewo filmowe. Drzewo filmowe wcieliło się Ten wycinek jest przez chwilę adaptacją Konopielki, ale brak pioruna, brak pożaru.
- No, zrobione szefie. – kierowca nagle uciął moje rozważania. Nie zdążyłem dojść do powieści. Klęczał już obok ciężarówki i wycierał ręce. Smar, tłusta substancja konserwująca. Czy nie powinienem być namaszczony smarem po śmierci? Żeby być wiecznie? Nie powinienem.
Kierowca był fachowcem od samochodów. Małomówny. Wsiedliśmy, silnik zaryczał, w lusterku czarny obłok spalin. Nadal nikogo na drodze. Słońce wypalające dziurę w dachu. Otworzyłem właz, żeby mu było łatwiej. Jeszcze gorzej. Słońce wypala dziurę w mojej czaszce, nie mam jak mu ułatwić. Mam tylko tępy nóż składany w mojej bocznej kieszeni. Nie mam broni, żeby zrobić wlot w skroni. Kaliber 9 mm.
W ciągu dwudziestu minut dotarliśmy na miejsce. Zadzwoniłem elektrycznym dzwonkiem przy bramie. Z kontenera wyszli dwaj żołnierze. Powolny, leniwy krok.
- Wolniej tam, najlepiej się połóż. – ale to akurat krzyknąłem w sobie. Wewnątrz. Stłumiłem. Szkoda chłopaków w taki żar.
Honor, odwzajemniłem, wzięli, co mieli wziąć.
- Wszystko u was w porządku? – zapytałem.
- Tak jest. Ledwo żyjemy, ale dajemy radę. – odparli zgodnie.
Ruszyliśmy z powrotem. Piaszczysta droga, którą zapomniałem opisać. Zbyt gorąco. Miałem prawo. Denaturacja białka. Kurz za nami, kręta droga na szerokość kół ciężarowego samochodu. Na skraju jaszczurka zwinka. Jak to możliwe, że ją zauważyłem.
Nikogo w ludzkim ciele po drodze. Czy to nie dziwne, że nikogo po drodze, kogo można najpierw zawiesić na rzęsach i drżeć tym zawieszonym na rzęsach, a później pozwolić mu wślizgnąć się pod powieki i kontynuować jego równoległe życie, kiedy już człowiek leży w łóżku. Odwrotność ronienia łez. Upload? Tak, to przeciwieństwo download.
Przejeżdżając przez granice miasta - fatamorgana. Płynny obraz domów, ludzie jakby mieli za chwilę rozpłynąć się w powietrzu, nieliczni przechodnie, zwierzęta, drzewa, budynki. Przetarłem oczy, kierowca przetarł oczy. Obaj zrobiliśmy to samo.
Ulica Warszawska, na drodze samochód marki Fiat 126p, brązowy, tylko jedno lusterko, po lewej stronie. Kanciaste światła z tyłu, białe litery i cyfry na czarnym tle tablicy rejestracyjnej.
- Ty, ale ktoś zadbał o pryszcza. – odezwałem się, wskazując na Fiata.
- Kurde, zupełnie jak mojego dziadka. Ma taki w stodole, pucuje go, co tydzień, chodzi ze szmatką i sprząta. Teraz to go tylko raz w miesiącu odpala, ale nigdzie nie jeździ. Silnik się rozgrzeje i zaraz go gasi. Powiedział, że kiedy umrze, to sprzedamy go za duże pieniądze. Nikomu nie pozwala wsiąść za kierownicę. Kierowca znowu przetarł oczy.
- Kurwa, to maluch mojego dziadka. To jego rejestracja! – krzyknął.
- Nie gorączkuj się, bo zaraz w coś wjedziemy, spokojnie! – odpowiedziałem i zaraz dodałem – No to co, że twojego dziadka, to już chłopu nie wolno się ruszyć z miejsca?
- Nie o to chodzi, panie chorąży. – kierowca mówił szybko, gwałtownie – Chodzi o to, że chyba ukradli mu auto. On od lat już nigdzie nie jeździł, mówił, że trzyma samochód jako okaz kolekcjonerski. Muszę zadzwonić do domu i powiedzieć, że ktoś jeździ samochodem dziadka po mieście!
- Dobra, ale zatrzymajmy się w zatoce autobusowej, bo zaraz w coś wjedziemy i nas zamkną – poleciłem.
Wyskoczyliśmy na chodnik. Oniemiałem. Zamiast kostki chodnikowej - płyty. Popękane płyty chodnikowe. Zamiast niedawno wymienionego przystanku z pleksy, przystanek jak niegdyś, dwustronny ze ścianą działową obitą drewnianą płytą. Kierowca wyciągnął smartfona i próbował się połączyć, ale w głośniku cisza. Nic. Brak zasięgu.
- Kurwa, co jest grane?! Co za złom sprzedają w tych sieciach! – grzmiał szeregowy.
W tym czasie podszedłem do żółtej tabliczki z rozkładem jazdy autobusów. Połączenie co dwadzieścia minut między dworcem PKP a centrum miasta. Połączenie z miastem Radzyń Podlaski, które już dawno zostało wymazane z planów administracji PKS.
- Co jest?! – krzyknąłem sam do siebie.
Kierowca zainteresował się, przestał przeklinać pod nosem.
- Co się stało, panie chorąży? – stanął przy mnie.
- Nie widzisz?! – zaryczałem.
- O jak bum cyk, cyk, co jest u licha?! Przecież w naszym mieście funkcjonuje już tylko prywatna komunikacja.
Wsiedliśmy do ciężarówki. Wyjąłem kolejnego papierosa. Poczęstowałem żołnierza. Po drodze toczył się stary autobus. Pojazd pękał w szwach. Pełno ludzi. Wszystkie miejsca siedzące zajęte. Wszystkie miejsca stojące zajęte. Kierowca z petem w zębach. Szyby pootwierane, ale na nic się to zdawało. Nie włożyłby nawet szpilki. Wszyscy jak z balu przebierańców, a przecież środek lata. Kobiety - kraciaste chusty na głowach, u niektórych grube oprawki okularów, takie jak kiedyś nosił mój dziadek. Panowie w spodniach w kant, dominowały kolory brązowy i kawa z mlekiem, pożółkłe koszule z krótkimi rękawami, skóropodobne teczki pod pachą, siatki sznurowe w rękach, w siatkach mięso zawinięte w papier, krew zwierzęca. Dzieci w krótkich spodenkach na szelkach, sandały, podkolanówki. Stary autobus pękający w szwach. Marka Jelcz 043. Ogórek.
- Nie wierzę. – syknąłem.
- Nieeeeeeee. To chyba jakiś film kręcą. – powoli wydukał z siebie kierowca.