środa, 8 marca 2017

SZARE EMINENCJE LITERATURY

LESZEK ŻULIŃSKI










Czy za plecami pisarzy stoją ludzie, którzy wpływają na losy książek i losy historii literatury tak, jak na przykład kardynał Richelieu wpływał na dzieje XVII-wiecznej Francji?
Richelieu zresztą pociągał nie tylko za sznurki polityki. To on założył słynną Akademię Francuską, był ofiarnym mecenasem sztuki i artystów. Nie trzeba być więc twórcą, aby mieć związki z twórczością, nie trzeba uprawiać sztuki, by być człowiekiem sztuki. Wystarczy np. zostać jej hojnym i światłym mecenasem. Dość wspomnieć sławny ród Medyceuszy, który miał wpływ na powstanie takiej kolebki arcysztuki jak Florencja i bez którego być może nie zrodziłby się XV-wieczny europejski renesans.
Możni tego świata, którzy zamawiali u wielkich artystów dzieła i trzymali ich na swym garnuszku stawali się – chcąc nie chcąc – właśnie czymś w rodzaju „eminencji”. Postaci z tła, zza kulis, mających jednak ogromny wpływ na losy sztuki. Tylko czy od razu „szarych”? Otóż w kulturze ta rola kojarzy się na szczęście inaczej, lepiej niż w polityce. Te tajemnicze, drugoplanowe osoby na ogół przyczyniały się do rozwoju sztuki; ich „machinacje” służyły dobrej sprawie, ich wpływy nie burzyły, lecz tworzyły. Właśnie mecenasowie sztuki są tego najlepszym przykładem. I nie zawsze były to tak sławne postaci jak Alfred Nobel, bracia Goncourtowie czy Joseph Pulitzer, którzy ustanowili nagrody swego imienia będące po latach osobnymi „instytucjami artystycznymi”. Czasami miłość do sztuki przemieniała w aniołów zwykłych zjadaczy chleba. Ot, choćby takiego Bronisława Krystala, bogatego Żyda zapatrzonego w bohemę, jej szalony żywot i talenty, który po śmierci pięknej żony zamówił u Karola Szymanowskiego „Stabat Mater”.
Ale wróćmy do dyrygentów literatury. Istnieli od zawsze. W czasach mocno zhierarchizowanych struktur społecznych dyrygowali literaturą dworską, i w określeniu tym nie było nic zdrożnego. Czy Horacy ucierpiał od swego Mecenasa? Czy Kochanowskiemu zaszkodziła opieka hetmana Zamoyskiego? Czy król Staś zniewalał biesiadników obiadów czwartkowych? Te „eminencje” okazały się – jeszcze raz to podkreślmy – dobrodziejami słowa pisanego.
Choć znamy i naganne przykłady. Oto np. Andriej Żdanow stał się naprawdę szarą eminencją literatury radzieckiej lat 30. To on był twórcą doktryny socrealizmu, to on sformułował program wymuszający na artystach bezkrytyczną postawę wobec praktyk stalinizmu. Jego polskim odpowiednikiem stał się w latach 50. Jakub Berman, którego zła sława przetrwała do dzisiaj. I w partii komunistycznej ten wzorzec mecensa-cenzora powtarzał się w każdej rządzącej ekipie. Niechlubna fama owiała np. nazwisko Jerzego Łukaszewicza, „specjalistę” do spraw kultury za czasów Gierka, który uwielbiał zarządzać życiem literackim i na dobrą sprawę wystarczał mu do tego telefon oraz partyjna kindersztuba środowisk twórczych. Nie inaczej było z Januszem Wilhelmim, naczelnym redaktorem tygodnika „Kultura”, a potem ministrem kultury i sztuki. Wilhelmi był błyskotliwie inteligentny i błyskotliwie apodyktyczny. Zarządzał kulturą tak, jak zarządza się małą fabryczką. Niesubordynowani wylatywali z roboty. Błędem jednak byłoby sądzić, że wszyscy skażeni tzw. socjalizmem realnym byli demonami życia literackiego. Nie można tego powiedzieć o Jerzym Borejszy. To była eminencja! Dotarł do Warszawy przez Lublin, ze Wschodu, w mundurze berlingowskiego oficera. W stolicy założył wydawnictwo „Czytelnik” i trust tzw. prasy czytelnikowskiej. Były to przedsięwzięcia stojące u podwalin powojennego odrodzenia literatury. Przedsięwzięcia konsolidujące środowisko twórcze, ożywiające ruch wydawniczy, nieocenione z punktu widzenia mechanizmów rozwojowych kultury. Toteż nikt rozsądny nie wiesza dziś psów na arcykomuniście Borejszy, a jego postać stała się wręcz legendarną.
O wiele gorsi byli – jak wiadomo – nadgorliwi wychowankowie doktryny Żdanowa. Cała ta rzesza politruków, która w kulturze miała szczególne wpływy. Np. w latach 50. pisarze mogli niemal wszystko sobie załatwić pod dwoma warunkami: po pierwsze, że przestrzegali socrealistycznego schematu formalno-tematycznego, po drugie, że nie narazili się artystycznym stupajkom w rodzaju Ważyka czy Woroszylskiego. To byli panowie życia i śmierci; dyrygenci życia literackiego, którzy nawet nie kryli się dyskretnie za jego kulisami. Jerzy Putrament być może najdłużej przetrwał w takiej właśnie roli. Do niego chodziło się, gdy trzeba było załatwić coś z władzą, z cenzurą, gdy trzeba było postarać się o paszport, lek z zagranicy czy o mieszkanie. Putrament kierował kciuk w górę lub w dół. Opisał to złośliwie Miłosz w Zniewolonym umyśle. Trzeba jednak przyznać, że Putrament nie zawsze szkodził. To właśnie on jako pierwszy wystąpił w obronie Gałczyńskiego. To Woroszylski jako jeden z pierwszych potępił wydarzenia budapesztańskie z 1956 roku. A Andrzej Wasilewski, wieloletni dyrektor PIWu? To była hipereminencja, która ocaliła jednak wiele książek przed zakusami cenzury. Bilans moralny zakulisowych grzechów i grzeszków polskiej literatury powojennej nie jest zupełnie jednoznaczny.
Zresztą złowrogie wpływy na sztukę nie są wynalazkiem doktryny Żdanowa. Bardzo negatywne emocje budzi np. postać sprzed ponad 150 lat – postać Andrzeja Towiańskiego. Każdy ma swojego Rasputina. Miał go i Mickiewicz. Towiański był bowiem naprawdę szarlatanem. Podpierał się mistyczną filozofią, miał ozdrowieńczy wpływ na żonę Adama i przede wszystkim łaknął „zarządzać” Mickiewiczem, co mu się udawało przez prawie 10 lat. Czy było warto? Ba, Mickiewicz był po 1831 roku największym autorytetem Wielkiej Emigracji i być szarą eminencją za jego plecami to rola godna każdej szatańskiej natury.
Przyznam się, że nie bardzo wiem jak z punktu widzenia tego artykuliku powinienem opisać rolę „eminencji” damskich, bo w ich przypadku też pierwiastek anielski miesza się mocno z szatańskim. Aniołami były Muzy. Te wszystkie Laury, Maryle, Beatrycze, Elizy... Czyż to nie one prowadziły ręce pisarzy po papierze, palce muzyków po klawiaturze? Czyż to nie one pchały ich do twórczych uczynków? To przecież też szczególne przypadki „eminencjowania” w sztuce. Ale z drugiej strony w literaturze zamieszkała osławiona la famme fatale – kobieta fatalna, wywodząca swój rodowód od pożerających żeglarzy syren czy też od Kirke, która towarzyszy Odysa przemieniła w świnie. Potem wcieliła się w postać Salome, lady Makbet, Horpyny i wielu innych okropnych babsztyli. Ale artyści uwielbiali być uwiedzeni przez te damskie monstra. Kobieta fatalna to chyba największy demon literatury, skupiający zarazem potęgę miłości i śmierci. Te granice przebiegały zresztą w bardzo niejasnych miejscach. Nie wiadomo do końca np. czy Dagny była la famme fatale Przybyszewskiego, czy też to on wysysał z niej soki. Czy Isadora Duncan rządziła Jesieninem, czy to on ją gnębił? Zapewne klasyczną postacią anielsko-fatalistyczną była Aurora Dudevant, czyli George Sand, kochanka de Mussetta, Chopina i kilku innych artystów. Sama była pisarką, ale chyba bardziej publicystką, emancypantką, feministką, utopijną socjalistką i prowokatorką przewracającą do góry nogami romantyczne obyczaje. W jej paryskim salonie wykluwały się „nie pobożne” idee. Wpływ pani Sand na czołowych pisarzy pierwszej połowy XIX wieku był przeogromny. I właśnie dzieje literatury aż tłoczą się od tego typu osób i osóbek, które większą rolę odegrały swoją osobowością niż pisaniem, wpływami niż dziełami.
W poczet tego typu postaci na pewno trzeba wpisać wielkich redaktorów. W literaturze polskiej nie sposób przemilczeć dwa nazwiska: Mieczysława Grydzewskiego i Jerzego Giedroycia. Ten pierwszy założył w 1924 roku tygodnik „Wiadomości Literackie” – wieloletni czołowy bastion prasowy Skamandrytów, pismo-legendę, największy filar życia literackiego w okresie międzywojennym. Jeszcze po wojnie „Wiadomości” przez wiele lat wychodziły w Londynie, stając się główną twierdzą polskiej literatury emigracyjnej. Grydzewski miał opinię redaktora-geniusza, był instytucją sam w sobie. O takich ludziach mówi się – także w kulturze – spiritus movens. Duch i siła sprawcza. A Giedroyc? Był paryskim odbiciem Grydzewskiego. Miesięcznik „Kultura” ocalił ogromne obszary naszej literatury, tu, w kraju, skazanej na milczenie. Wydawnictwo z Maisons-Laffitte to oficyna w pełni tego słowa znaczeniu kulturotwórcza. Giedroyc bywa nazywany księciem literatury polskiej – jest również bez wątpienia jej eminencją, jej sumieniem, jej mentorem. Prowadził za sobą cały orszak eminencji: Zofię Hertzową, Ludwika Ungera, Konstantego Jeleńskiego, Józefa Czapskiego... Ten zespół był emigracyjnym „biurem politycznym” naszej literatury.
Literaturze emigracyjnej przysłużyli się również mniej znani pryncypałowie. Np. Krystyna i Czesław Bednarczykowie, którzy przez 40 lat prowadzili w Londynie „Oficynę Malarzy i Poetów” – kwartalnik i wydawnictwo. To tu drukowali po wojnie tacy pisarze jak Miłosz, Gombrowicz, Czuchnowski, Janta-Połczyński, Vincenz, Bobkowski... „Poets and Painters Press” stała się jedną z przystani tułaczej literatury, jej „gabinetem na zapleczu”, w którym działy się sprawy ważne i znaczące.
I chyba powinienem przypomnieć nazwisko jeszcze jednego wielkiego redaktora – oczywiście Mariana Eilego, twórcy „Przekroju”. Ten tygodnik był przez kilka dziesięcioleci osobliwym salonem literackim, a Eile z genialną intuicją kreował utwory i autorów. To być może on „stworzył” Ludwika Jerzego Kerna, to bez niego nie byłoby Zielonej gęsi Gałczyńskiego, to bez „Przekroju” nie rozeszłaby się szybko po Polsce fama o Sławomirze Mrożku. Ci wszyscy redaktorzy byli dla pisarzy mecenasami, pracodawcami, drukarzami, pomysłodawcami, inspiratorami, pierwszymi recenzentami, ojcami, powiernikami przytulającymi do serca zbolałe lub zapite głowy artystów. I przede wszystkim mieli wizję kultury, którą potrafili długofalowo realizować.
Niedawno zmarła w Warszawie Irena Szymańska. Jako młoda dziewczyna zaczęła pracować u Borejszy, w „Czytelniku”, potem była redaktorem naczelnym PIWu, i znów na wiele, wiele lat wróciła na ulicę Wiejską – do „Czytelnika”. Była opoką tej oficyny. Stworzyła wielu pisarzy i stworzyła tak znane serie wydawnicze jak „Nike”. Przez jej biurko przeszły czołowe teksty naszej współczesnej literatury, kawę z panią Ireną na parterze „Czytelnika” piło setki artystów (w Domu Pracy Twórczej w Oborach pod Warszawą przez kilkanaście lat „swój” stolik miał Antoni Słonimski i tu „rozdawał karty”, czyli ustawiał role kolegom-pisarzom. O literackich „stolikach” można by napisać osobny artykuł). Z tych „kaw”, z tych rozmów rodziły się książki. Jerzy Pomianowski powiedział po jej śmierci: „Zmuszała każdego do wysiłku przekraczania własnej miary”. I ci, którzy znają kulisy życia literackiego wiedzą, że spory jego fragment byłby bez Ireny Szymańskiej niemożliwy.
To samo można powiedzieć o wciąż aktywnej Krystynie Goldbergowej, która większą część życia spędziła w wydawnictwie „Iskry”. Jeśli istnieje pojęcie „polskiej szkoły reportażu”, to jest ono bez Goldbergowej niemożliwe. Sekundowała ona Wańkowiczowi, Kozickiemu, Kąkolewskiemu i niemal wszystkim pozostałym koryfeuszom wspomnianego gatunku. Reportaż bez Goldbergowej to tak jak film bez Toeplitza czy muzyka bez Ekierta.
Wróćmy do pani Ireny. Jej mężem był Ryszard Matuszewski, także wieloletni redaktor „Czytelnika”. Decydował o debiutach poetyckich, miał wyjątkowy wpływ na bieg literatury. Omawiał produkcje literackie kolejnych lat, kształtował ranking wartości i nazwisk, ustalał hierarchie w literaturze. Pisał podręczniki szkolne. Wielu z nas wychowało się na książkach Matuszewskiego, dziś zresztą nie zawsze dobrze ocenianych (czas obnażył ich wady), ale właśnie ta postać jest przykładem wyjątkowo wpływowego krytyka literackiego, który nie tylko pisze o literaturze, lecz swoim pisaniem powoduje określone zjawiska. Można więc zaryzykować twierdzenie, że tandem Matuszewski-Szymańska to były „szare eminencje” literatury. Czy tym razem pobrzmiewa w tym określeniu ironia? Jeśli tak, to jest jej niewiele.
Innym krytykiem, który ma opinię niezwykle mocarnego kreatora wydarzeń literackich jest Henryk Bereza. Od lat pracuje w miesięczniku „Twórczość”, uważanym za czołowe i najbardziej elitarne polskie pismo literackie. Bereza jest „ojcem chrzestnym” tzw. rewolucji artystycznej w prozie współczesnej. Skupia wokół siebie młodych pisarzy, których z wyjątkowym talentem odkrywa i wyjątkową siłą przebicia lansuje. To proza awangardowa, na ogół docierająca do wąskiego grona wtajemniczonych, poruszająca się w ramach bardzo modernistycznych (postmodernistycznych?) konwencji narracyjnych, lecz już mająca swoją chwałę. Wiadomo, że bez Berezy nie byłoby takich m.in. pisarzy jak Dariusz Bitner, Paweł Przywara, Janusz Rudnicki czy Marek Słyk. I jeśli kiedyś nadejdzie okres ich sławy, to nazwisko Berezy pojawi się jako nazwisko cichego bohatera tego sukcesu. Akuszera całego nurtu.
Osoby z „drugiego planu” czasami robią dla literatury więcej niż podszeptywałaby wyobraźnia. Nie znalibyśmy pamiętników Jana Chryzostoma Paska, gdyby w 200 lat od urodzin autora (w 1836 roku) nie opublikował ich poznański bibliofil hrabia Edward Raczyński. Wciąż np. nurtuje mnie przypadek Maxa Broda, który wylansował Kafkę. To Brod po śmierci swojego przyjaciela ogłosił drukiem jego największe utwory (Proces, Zamek) i przyczynił się do tego, iż świat dowiedział się, kim był Franz Kafka. Nie inaczej było z Brunonem Schulzem, autorem Sklepów cynamonowych i Sanatorium pod klepsydrą – wysiłki najpierw Artura Sandauera, a potem Jerzego Ficowskiego sprawiły, że skromny, cichy, tragiczny pisarz z Drohobycza stał się kimś wielkim i oryginalnym na skalę światową.
I jeszcze słów parę o kolejnych wariantach bycia „eminencją literatury”. Jeden z najgłośniejszych powojennych poetów polskich, Miron Białoszewski, był do tego stopnia „podszyty dzieckiem”, że bez opiekunów i przewodników artystycznych chyba nie mógłby funkcjonować. Odkryty został w 1956 roku przez wspomnianego Sandauera – eminencję nad eminencjami. Kiedy prowadził sławny Teatr na Tarczyńskiej, wspierał się na dwóch przyjaciołach-filarach – Lechu Emfazym Stefańskim oraz Ludwiku Heringu. To oni „stali za Białoszewskim”, w zasadzie byli współtwórcami jego sukcesu. W późniejszym okresie poeta związał się mocno z Leszkiem Solińskim. Była to przyjaźń zagadkowa i magnetyczna, dość powiedzieć, że Soliński do dziś jest właścicielem praw autorskich po Białoszewskim i strzeże wielu tajemnic związanych z autorem Karuzeli z madonnami. Związki pisarzy z przyjaciółmi często mają właśnie charakter nie do końca wyjaśnionych uzależnień i nigdy się nie dowiemy jak wielki wpływ miały na ich twórczość. A miały!
Życie literackie zna też innego typu opiekunów. Oto na tej samej – wschodniej – ścianie stołecznego staromiejskiego rynku działają dwie placówki kulturalne. Klub Księgarza i Staromiejski Dom Kultury. Szefem pierwszego jest Jan Rodzeń, drugiego – Sebastian Lenart. Klub Księgarza od lat pełni rolę wspaniałego salonu literackiego. Kilka razy w tygodniu odbywają się tu spotkania autorskie, promocje książek, dyskusje literackie. Rodzeń prowadzi Klub w sposób energiczny, elegancki i – co najważniejsze – twórczy. Sam stał się postacią znaną w światku kulturalnym, jest przyjacielem wielu pisarzy, osobą, o kontakty z którą się zabiega. Natomiast w SDK od lat funkcjonują warsztaty literackie dla młodych adeptów pióra, wychodzą tu tomiki poetyckie oraz pisemko „Krzywe Koło Literatury”. Lenart jest w środowisku młodoliterackim tym, kim Rodzeń wśród pisarzy dojrzałych. Obaj panowie bez wątpienia już zasłużyli sobie na miano „eminencji”, pytanie tylko, czy szarych, bo bardzo jawnie, wręcz spektakularnie, na pokaz działają.
Literatura jest określoną strukturą. Jej ogniwem finalnym jest książka, lecz narodziny książki to cały proces – duchowy, wydawniczy, instytucjonalny, w końcu towarzyski. Czytelnicy znają nazwiska pisarzy, znają tytuły książek, lecz na ogół nie zdają sobie sprawy, że za tym wszystkim kryją się także inni ludzie i niejawne mechanizmy. To trochę tak jak z piłkarzami. Żeby 22 facetów wybiegło na boisko, trudzi się cały sztab działaczy. O ile jednak szare eminencje piłki nożnej uwielbiają się kompromitować i wywoływać aferę za aferą, o tyle w życiu literackim „eminencja” jest najczęściej wydawniczym lub redakcyjnym menedżerem. W tej branży trudno zrobić przekręt, więc gra toczy się do jednej bramki: wylansować pisarza, zainspirować, nagłośnić. To gra uczciwa. Gra o wartości. Jeżeli ktoś sfauluje, natychmiast sypią się polemiki prasowe. Nadużycie może mieć charakter raczej intelektualny niż finansowy. Stąd kulisy życia literackiego, choć pełne swoistych dramatów, zwłaszcza podziałów politycznych i różnych etycznych porachunków z przeszłością, są w sumie bardziej czyste aniżeli w innych dziedzinach życia. Toteż i eminencje, skoro już są, to nie rażą ponurą szarością.