środa, 19 kwietnia 2017

STANISŁAWA PRZYBYSZEWSKA


OCZYMA ZWYKŁEGO CZYTELNIKA 
 







KRYSTYNA HABRAT




O Stanisławie Przybyszewskiej dowiedziałam się wcześniej niż o jej słynnym ojcu Stanisławie Przybyszewskim i o Młodej Polsce. Jako dziecko uczyłam się czytać na oprawionym roczniku „Tygodnika Illustrowanego” (pisownia ówczesna) z 1933 roku, który jakimś cudem przetrwał zawieruchę wojenną i kilka przeprowadzek. Kładłam się z tą wielką i ciężką księgą na dywanie, a liczyła 1034 stron (w prenumeracie - numeracja ciągła) i podczytywałam tu i tam o sprawach które mnie zaintrygowały. Choćby reklama wymyślonego już wtedy leku raz na zawsze zwalczającego łysinę. Jak to? - myślałam - dlaczego jeszcze mój tato, skrywa wstydliwie "wysokie" czoło? Czytywałam też, acz bez entuzjazmu, drukowane w odcinkach "Miliardy" Andrzeja Struga czy rubrykę z życia towarzyskiego wyższych sfer. To niespecjalnie było dla mnie - dziecka - zajmujące, ale czasem warto było popatrzeć na ich niespotykane już na ulicach samochody, dziwne suknie wieczorowe, kapelusze, kremy odmładzające... I jeszcze mapy - zupełnie inne niż w szkole uczono. Ale wciąż i wciąż mogłam oglądać na zdjęciach budowany wówczas w Rio de Janeiro olbrzymi posąg Chrystusa-Króla z rozłożonymi rękami, jeszcze otoczony rusztowaniami a u jego stóp malutkie ludziki. Później kopia tego posągu w Lizbonie, nie zrobiła już takiego wrażenia. No, ten nie był na tak wysokiej górze… Patrzyłam z dołu, zza rzeki. I byłam już dorosła. Jakże to wszystko było odległe od codzienności, jaka mnie otaczała: szarych sosen za oknem, kolejek w sklepach po cukier i mięso - a jakże, te zawsze były - i przykładnych, czasem dziecinnych, lektur szkolnych.
Nieco wcześniej na str. 803 rocznika Tygodnika Illustrowanego, kroczy sztywno, jakby połknął kij, z władczo zadartą do tyłu głową w białej peruce i oczami wzniesionymi ku niebu, cały w bieli, straszny Robespierre. Grał go K. Junosza-Stempowski. To były zdjęcia z premiery w Teatrze Polskim dramatu Stanisławy Przybyszewskiej „Sprawa Dantona”. Odpychający Robespierre dobrze wbił mi się w pamięć. Śnił mi się potem taki straszny po nocach, podobnie jak widziany na filmie car z filmu "Iwan Groźny". Dantona jakoś mniej zapamiętałam, bo jego zdjęcie było mniejsze i wyglądał bardziej ludzko. Bliżej poznałam ich później z innych książek i lekcji historii. Pół wieku po premierze tej sztuki sfilmował ją Andrzej Wajda w koprodukcji polsko-francuskiej i wtedy autorka na moment wyszła z cienia zapomnienia. A jednak pomimo niezwykłej umysłowości i powagi tematyki, jaką się zajmowała, pozostała niedoceniona. Może właśnie dlatego? Jej los przypomina mi przypadek Norwida, który dopiero długo po śmierci został odkryty i doceniony.
Stanisława Przybyszewska była nieślubną córką malarki, Anieli Pająkówny i słynnego króla młodopolskiej bohemy Stanisława Przybyszewskiego, o czym więcej dowiedziałam się z książki Ewy Kossak – „Dagny Przybyszewska. Zbłąkana gwiazda”. Później przeczytałam „Dramat intelektu. Biografia literacka Stanisławy Przybyszewskiej” autorstwa Tomasza Lewandowskiego. Autor przedstawia tło historyczne tamtej epoki oraz społeczne i psychologiczne uwarunkowania, jakie wywarły piętno na życiu i twórczości Przybyszewskiej. Analizuje dogłębnie jej umysłowość, zainteresowania, uzdolnienia oraz działalność twórczą w postaci: artykułów, korespondencji i dramatów z czasów rewolucji francuskiej. Wtedy postać tej niezwykłej intelektualistki do reszty mnie zafascynowała. A zarazem przestraszyła. Oddać swe życie we władanie intelektu? To kuszące. Ale jakże niebezpieczne! Jeszcze później udało mi się kupić z przeceny III tom „Listów” Przybyszewskiej z okresu: grudzień 1927 – październik 1933 roku, w opracowaniu Tomasza Lewandowskiego. Są tu listy do Iwi Bennet, jej przyrodniej siostry, córki Dagny i Przybyszewskiego. Nie wiem, czy łatwo zdobyć teraz którąkolwiek z tych pozycji, ale pragnę gorąco zachęcić do poszukania ich w bibliotekach. Warto poznać nie tylko życie, ale też niezwykłą umysłowość oraz twórczość tej wybitnej a niedocenionej, postaci i zamyślić się nad jej losami.
Barwne dzieje krakowskiej cyganerii z przełomu XIX i XX wieku są powszechnie znane. Dużo tam nieszczęśliwej miłości, alkoholu, tragicznych śmierci i twórczości, co znajduje odzwierciedlenie w historii literatury. Króluje Stanisław Przybyszewski i jego piękna żona z Norwegii – Dagny. Kochał się w niej wcześniej malarz Edward Munch. Dotąd malowane jego ręką portrety Dagny, z burzą rudych włosów, wiszą w muzeum w Oslo. Udało mi się je zobaczyć zanim po raz któryś kusiły złodziei. Bywają wykradane, ale wracają.
W Krakowie twarz Dagny uwiecznia Wyspiański. Jesienią 1900 roku odbywa się słynne „ludomańskie” wesele poety Lucjana Rydla z wiejską dziewczyną z Bronowic, inspirujące Wyspiańskiego do stworzenia sztuki o takim tytule. Przed premierą czyta ją obojgu Przybyszewskim. "Wesele" dotąd pozostaje w repertuarze teatrów i spisie obowiązkowych lektur szkolnych. Sfilmował je też Andrzej Wajda. W Dagny kochał się beznadziejnie Boy-Żeleński, lekarz, tłumacz, współtwórca kabaretu „Zielony Balonik”, ale i ... posępny, bogaty młodzian, Emeryk. To on wkrótce w dalekim Tbilisi do niej strzeli. To wydarza się w maju 1901 r. A 1 października tego samego roku rodzi się w Myślenicach nieślubna córka Przybyszewskiego, Stanisława. W barwnym korowodzie wcześniej opisanych postaci ledwo daje się zauważyć jej szary, niepozorny, żywot. Wychowuje ją samotnie kochająca matka, malarka. Wozi za granicę, dba o jej edukację, ale w Paryżu umiera nagle, gdy Stasia ma zaledwie jedenaście lat. Odtąd, pomimo opieki dalszej rodziny, pozostaje osamotniona. Od małego zadziwia, niezwykłą w jej wieku, umysłowością. Mając dwanaście lat gra na skrzypcach i fortepianie, zna francuski, niemiecki, zaczyna mówić po angielsku, nieźle maluje. Ma poważne zainteresowania, skłonność do refleksji i syntetycznych skojarzeń. Cechuję ją dowcip i ironia. Niestety również niechęć do ludzi, a właściwie lęk przed nimi, na co niechybnie miało wpływ jej sieroctwo i brak ojca. Zostaje nauczycielką, wcześnie wychodzi za mąż i zamieszkuje w Gdańsku, gdzie jej mąż uczy rysunków w szkole, ale po dwóch latach umiera na serce.
Odtąd Stanisława mieszka samotnie w ponurym mieszkaniu przy szkole, gdzie jeszcze pracuje, otoczona książkami, przymiera głodem, ale pisze. Dniami i nocami. Pisze poważne artykuły i prowadzi rozległą korespondencję, dzięki czemu poznajemy bliżej jej wielki intelekt. Tworzy dramaty z okresu rewolucji francuskiej: „Dziewięćdziesiąty trzeci”; „Sprawa Dantona”; ”Thermidor”. Tylko tak wielkie tematy uważa za godne jej twórczości. Zafrapowało ją to już w dzieciństwie, gdy mieszkała z matką w Paryżu i obejrzała w muzeum eksponaty związane z tą epoką. Zapragnęła zrobić z tego sztukę, by zainteresować ojca, słynnego Przybyszewskiego, który się jej losem nie bardzo przejmował. Trzeci tom „Listów” obejmuje korespondencję Przybyszewskiej z lat 1927-1933 do Ivi Bennet, jej przyrodniej siostry. Ivi, niewiele starsza córka Dagny i Przybyszewskiego, po tragicznej śmierci matki wróciła do dziadków w Norwegii i jej życie potoczyło się, można rzec: szczęśliwie wśród kochającej rodziny. Odkąd później nawiązały ze sobą kontakt, traktowała Stasię życzliwie i wspomagała finansowo. W którymś momencie Stanisława spotyka się ze sławnym ojcem. On daje jej niewiele: ot, zasmakować narkotyków. To staje się powodem jej szybkiego upadku. Nie nawiązuje się między nimi bliższa więź, bo patrzy na to krzywo zazdrosna żona Jadwiga, którą odebrał Kasprowiczowi i dla której porzucił Dagny. Jakże pogmatwane te ich dzieje! Ile w nich smutku! Ile dramatu! Odtąd Stanisława już tylko pisze i zatruwa się narkotykami. Na moment zaznaje sławy, gdy w 1931 roku wystawiają we Lwowie „Sprawę Dantona”, a w 1933 w Warszawie. Ta jej sztuka na temat mechanizmów władzy, rewolucji i polityki została przez krytykę doceniona. Niestety schorowana autorka nie ma okazji zobaczyć swych dramatów na scenie. Co gorsze, one szybko schodzą z afisza. Są zbyt poważne a publiczność łaknąca rozrywki, woli coś z podkasanej Muzy.
Stanisława umiera 15.VIII 1935 roku w Gdańsku, mając niespełna 34 lata. Smutne życie, ale jakże niezwykła umysłowość. Ten tekst ma właśnie pokazać, jak bardzo mi imponuje umysłowość Przybyszewskiej i ubolewam, że tacy ludzie pozostają niedocenieni, żyją w biedzie, osamotnieniu i szybko się o nich zapomina. Pojęcie "bieda" ma szerszy kontekst niż tylko finansowy, a ja używam go w znaczeniu psychologicznym, jako odpowiednik cierpienia psychicznego, bo moja bohaterka niewątpliwie dużo przecierpiała, choć sublimowała to poprzez swą twórczość. Przybyszewska wcześnie zapragnęła wywalczyć sobie piórem miejsce na Parnasie. Niestety zajmowała się poważną tematyką i bardziej jej pasowały rzeczy wielkie objętościowo, co nie ułatwiało startu na tej drodze. Narzekała, że nie potrafi pisać krótkich historyjek do prasy, od czego należało zacząć, a „Nie każdy talent nadaje się do celów żurnalistyki.”
Na próżno studiowała styl modnych nowelistów, np. O Henry’ego. Uczyła się na pamięć jego krótkich, błyskotliwych, historyjek, by zrozumieć ich konstrukcję i sposób narracji. Jednak nie potrafiła ich naśladować. Zasłynęła za to krytycznymi wypowiedziami w sprawie literatury. W roku 1928 Irena Krzywicka głośnym artykułem „Jazgot niewieści, czyli przerost stylu” zaatakowała ówczesną prozę kobiecą za jej minoderię, histerię, manieryzmy i wyszukaną liryzację. Przeciwstawia temu zintelektualizowaną prozę Prousta, T. Manna i G.H. Wellsa. W odpowiedzi Maria Kuncewiczowa broni stylu metaforycznego. Sprzeciwia się jej właśnie St. Przybyszewska. Ona metaforyzm określa jako „precjozyzm”, który grozi regresem w oryginalności pisarskiej. Literaturę w stylu lirycznym z tematyką stanów emocjonalnych i życia osobistego bohaterów umieszcza na poziomie średnim, ze względu na brak wartości poznawczych i estetycznych. Jeszcze niższy poziom to: ”zdroworozsądkowa reprodukcja szarej codzienności, poddawana tendencyjnym ocenom.”(...) ...pisarz ma kształtować nowe życie, uniwersalizm, antyindywidualizm i scjentyzm” (cyt. za T. Lewandowskim).
Z "Listów" Przybyszewskiej można dowiedzieć się, jak kształtował się jej talent, jak również poznać jej rozważania na temat powołania pisarskiego, procesu twórczego i problemach stylu, kompozycji oraz osobowości pisarza, np. jego nadwrażliwości. Dużo pisze o swych lekturach i co sądzi o: Conradzie, Prouście, S. Undset, Londonie i innych. Prousta nazywa grafomanem, „Klasycznym przykładem nieuzdolnionego talentu”. Donosi, że z ulgą odkłada jego lekturę. Jednak go czyta, bo ogólnie stawia wysoko, ceniąc jego bystrość i głębię obserwacji. Informuje zarazem o swych codziennych kłopotach z dymiącym piecem i niedzielnej samotności. Ciekawe są jej spostrzeżenia psychologiczne, choćby rozważania o bezinteresownej złośliwości ludzi głupich. Przykładem jest policjant na filmie pałujący biedaka, oraz poznany w realu strażnik więzienny. Jaką on miał „radochę”, kiedy mógł jej odmówić papierosów, bo i aresztu dane jej było zaznać. Skarży się na redaktorki przygotowujące jej tekst, że przestawiają przecinki, bo im się zdaje, że wiedzą lepiej, gdzie je stawiać. Ciekawe, kto miał rację. Analizuje też obszernie styl prozy swego ojca oraz własny z jego trudnościami i przemianami. „Tak, w przeciągu ostatnich dwóch tygodni problem się rozwiązał; dawno rozpoczęta powieść, przy której jak zwykle utknęłam (i co dalej???), po raz pierwszy w życiu dała się doprowadzić do punktu kulminacyjnego, a potem logicznie i prawidłowo zakończyć. Po raz pierwszy potrafiłam powieść rozpracować do końca, podzielić na sceny – odcinki, czarno na białym napisać w postaci dyspozycji. Teraz piszę i gładko zbliżam się do logicznie nieodzownego zakończenia. Tutaj w grę nie wchodziło ani szczęście, ani natchnienie. Jest to więc obowiązująca odpowiedź na moje życiowe pytanie.” (Listy, t. III, str 120). A oto, co Stanisława Przybyszewska pisze o swoim powołaniu „Co się tyczy mojego wzbraniania się przed pracą – no, wiesz przecież: musiałabym wówczas dla skromnej, choć stałej pensji zrezygnować z treści mojego życia (...), z jedynego sensu mojego ziemskiego bytu; z pracy, do której mam talent, do której jestem stworzona. Tak jak gdyby chciało się użyć mikroskopu jako młotka; nie wbijałby dobrze gwoździ, byłby więc złym młotkiem (...) Dokładnie to samo stałoby się ze mną (...) skoro tylko rozpoczyna się codzienna pańszczyzna, kończy się tworzenie.” I dalej: „Pracowałam (zawsze 6-10 tygodni) w czterech biurach. Za każdym razem byłam najgorszą urzędniczką w moim dziale. Uważano mnie za niezupełnie normalną, za półidiotkę – bo nigdy, przenigdy nie potrafiłam nauczyć się tego, czego wymagano.” (Listy , t. III str 218 - 219)
Jak widać Przybyszewska próbowała pracować i w szkole i w biurze, ale wszędzie kiepsko sobie radziła. Gorzej od przeciętnej urzędniczki. I nie zagrzała nigdzie miejsca. To wynika z pewnej prawidłowości psychologicznej, że osoby genialne, czy choćby tylko wybitne intelektualne, nie radzą sobie w prostej sytuacji zadaniowej, bo doszukują się w niej czegoś mądrzejszego, bardziej skomplikowanego a zadania zbyt łatwe ich śmiertelnie nudzą. W tym górują "nie orły". Dlatego do prostych prac biurowych czy fizycznych nie wolno dawać osób o wysokim intelekcie. Zasypiają (intelektualnie a nawet dosłownie) i np. na suwnicy mogą spowodować wypadek. Stąd płyną zasady doboru ludzi na właściwe stanowisko. Nie każde, ale np. zagrażające wypadkiem. Podobnie jest z interpunkcją, na którą Przybyszewska narzeka, że redaktorki ją uparcie przestawiają. Analogicznie w biurze projektów niewielu inżynierów nadaje się do wielkiej pracy koncepcyjnej, wielkich projektów wstępnych, gdzie potrzebna niezwykła wyobraźnia i odwaga, by narzucić innym swą twórczą wizję. Natomiast inni projektanci (oczywiście również inteligentni i rzutcy) będą lepsi (i bardziej zadowoleni), robiąc do jego wstępnego projektu: projekty uzupełniające, wyliczenia, sprawdzanie poprawności, co pierwszego już nudzi.
Reasumując: nie ma tu ścisłego podziału i życie jest bogatsze niż teoria. Przybyszewska w Listach często analizowała swe powołanie pisarskie i predyspozycje twórcze. "I jeszcze ten pech, że moje literackie uzdolnienia są tak piekielnie niedostępne, trudne - pisze do Iwi. - Tak, gdybym miała lekkie uzdolnienia do żurnalistyki, do zabawnych short stories, do podniecających powieści miłosnych - ale nastawiać się właśnie jedynie na najpoważniejsze zjawiska ludzkie, a z powodu trudnych tematów zmuszonym być do pracy tak rozpaczliwie powolnej - to źle. Jestem zmęczona jak pies. Teraz jest godzina ósma rano; o 21.30 rozpoczęłam pracę -10 1/2 godziny. Piękny, złoty, straszliwie zimny poranek." (Listy, t. III str.237) Czemu tak właśnie ułożyło się jej życie warto poszukać odpowiedzi w tych właśnie polecanych wyżej książkach. Ale czy pozna się to tak do końca?
Losy Stanisławy Przybyszewskiej przywodzą mi na myśl poetkę Halinę Poświatowską. Ona też wcześnie owdowiała, a po operacji serca, pełna apetytu na życie, chciała czerpać jego urodę pełnymi garściami. Studiowała najpierw w Ameryce, potem filozofię na UJ, pisała wiersze, podróżowała, chodziła po górach wbrew zaleceniom lekarzy. W końcu wyczerpała swe siły życiowe i zmarła po kolejnej operacji serca, mając zdaje się też 34 lata. Poświatowska wydaje mi się w swym krótkim życiu zaznała bogactwa przeżyć a również sławy. Inaczej Przybyszewska. Ona głosiła: „Życie moje, bez rozrywek, bez towarzystwa, bez erotyki, bez możności luksusowych wydatków jest bogatsze od życia 99 procent ludzi. Tyle radości, zachwytów i wstrząsów, co ja w ciągu miesiąca, nie dozna każdy w ciągu swojej całej egzystencji”. Poświatowska miała chyba więcej radości życia. Nie zasklepiała się w swej introwersji, a biegła ku ludziom i światu. Cenię jej wiersze. Lubię ją, jako postać. Natomiast Stanisława Przybyszewska bardzo, bardzo mi imponuje, bo intelekt to jest coś, co cenię w ludziach najbardziej. Jej listy są pasjonujące. Tylko ona była nazbyt poważna i mądra. Co gorsza: bała się świata i ludzi, bo po kolei traciła najbliższych. W końcu okopała się w swoim intelekcie i na innych patrzyła z tego punktu widzenia, czyli z góry. Miała poczucie swej niedostępności. Pozostawiła po sobie trzy wymienione wcześniej dramaty ze "Sprawą Dantona" na czele oraz powieści i nowele, ogłoszone częściowo z rękopisów w tomie "Ostatnie noce Ventose'a". Dużo ciekawych postaci wiąże się z kręgiem, z którego wywodzi się Stanisława: jej ojciec Stanisław Przybyszewski, Boy, Stanisław Wyspiański, Jan Kasprowicz i nawet w dalekiej Norwegii Munch. Towarzyszą im ciekawe kobiety: Dagny, Aniela Pająkówna, i mniej znana Jadwiga, żona Kasprowicza, która odeszła do Przybyszewskiego. Jeszcze wspomniana wcześniej publicystka Irena Krzywicka. Wreszcie trzecia żona Kasprowicza Marusia, z domu Bunina. Ją też poznałam z w/w „Tygodnika Illustrowanego”. Przyciągała moją uwagę jej twarz w burzy czarnych loków i obok zdjęcie Harendy, jeszcze wtedy nieocienionej zielenią. Pisząc później pracę magisterską z psychologii: „Geneza pomysłu twórczego”, poznałam „Dzienniki” Marii Kasprowiczowej. Ta kochająca żona Jana Kasprowicza, dużo od niego młodsza i wychowana w cieplarnianych warunkach arystokratycznego, rosyjskiego domu, troskliwie wynosi męża na piedestał i z pasją utrwala dla potomności informacje, jak powstawały kolejne utwory jej męża. Starannie opisuje w Dziennikach skąd brał się pomysł wiersza i jaki towarzyszył temu nastrój emocjonalny. Zachwyciła mnie geneza „Hymnu Święty Boże”. Szkoda, że to wykracza poza ramy tego tekstu. Może innym razem.
Wszystkim piszącym polecam gorąco „Listy” Stanisławy Przybyszewskiej i jej biografię w opracowaniu Tomasza Lewandowskiego pt. „Dramat intelektu”, bo to kopalnia wiedzy o literaturze, twórczości i o tamtych czasach. Warto zastanowić się, dlaczego Stanisława Przybyszewska była tak nieszczęśliwa i szybko zapadła w cień zapomnienia. Dlaczego, podobnie jak Norwid, długo pozostała niedoceniona. To właśnie dramat intelektu. Tu muszę wtrącić anegdotę z książki Tischnera o wybitnym fizyku, inżynierze, który na Syberii skonstruował aparat rentgenowski. Niestety ludzie tam nad Kołymą tego nie docenili. Bardziej potrzebowali zwyczajnych lusterek. Fizyk zajął się więc produkcją lusterek. Jego talent, wykształcenie i bardziej szlachetne zamiary zostały zmarnowane. Dramatem jest też to, że obecnie tak mądre i wartościowe książki  kupuje się z przeceny, albo są one w ogóle nieosiągalne. Sama kupiłam kiedyś z przeceny Andrica, Manna, Bunina i innych. Czyżby byli mniej warci od autorów produkujących na pęczki bestsellery, sprzedawane w milionach egzemplarzy, co według niektórych krytyków jest wyznacznikiem wartości? Co to będzie dalej z literaturą zwaną "piękną"? Powiało pesymizmem. On czaił się już od samego tytułu. Nie zachęci do polecanych książek. Raczej odstręczy. To wbrew mojej intencji. Udowodnione jest, że wszelkiej pracy twórczej sprzyjają pozytywne stany umysłu: radość, zadowolenie, atmosfera rozrywki i zabawy, poczucie szczęścia! W radosnym nastroju łatwiej przychodzą do głowy nowe, ciekawe pomysły twórcze, odkrycia, rozwiązania artystyczne. Tak bywa w pracy naukowej jak też artystycznej czy literackiej. Ośrodki inwencji twórczej w naszym mózgu są zlokalizowane blisko ośrodków radości i mózg tak ożywiony uskrzydla z kolei inwencję, inspiruje pomysłami.
Wnioski pozostawiam czytelnikom. Dla mnie pisarz, choćby początkujący, to mędrzec. Ma nie tylko zabawiać czytelnika, dostarczać mu pożywki intelektualnej i przeżyć artystycznych, ale też być jego przewodnikiem w trudnej drodze życiowej. Chyba większość tego właśnie od autora oczekuje, biorąc jego książkę do ręki.



Wykorzystana literatura

Stanisława Przybyszewska – LISTY. TOM III (grudzień 1927 – październik 1933) Opracował, wstępem i przypisami opatrzył Tomasz Lewandowski. Z jęz. niem. przełożył Antoni Weiland Wydawnictwo Morskie Gdańsk 1985. Tomasz Lewandowski – DRAMAT INTELEKTU. Biografia literacka Stanisławy Przybyszewskiej. Wydawnictwo Morskie. Gdańsk 1982. TYGODNIK ILLUSTROWANY – rocznik 1933. Ewa Kossak – DAGNY PRZYBYSZEWSKA. ZBŁĄKANA GWIAZDA. Małgorzata Szułczyńska – „NIE POPEŁNIŁAM ZDRADY” RZECZ O HALINIE POŚWIATOWSKIEJ. Maria Kasprowiczowa – DZIENNIKI.