poniedziałek, 15 maja 2017

HEJŻE, W SZEROKI ŚWIAT!




KRYSTYNA HABRAT


Czytałam w ogródku z książkę, gdy usłyszałam nadjeżdżającego na rowerze listonosza, bo zawsze hamował nogą, szurając głośno po chodniku. Od razu wiedziałam z czym przybywa. Kilka dni wcześniej śniło mi się, że wiadomość przyjdzie w czwartek, czyli dziś, i zaraz będę musiała szykować mapy na wyjazd w świat.
Chwilę później mama zawołała mnie przez okno.
- Dobra wiadomość?! – zapytałam nadbiegając.
- Dobra i zła. Nie dostałaś akademika.
Co tam akademik? – przemknęło mi przez głowę. – Najważniejsze, że się dostałam! I to na oblegany kierunek! Na słynnej uczelni. Resztę dnia spędziłam z Hanką, koleżanką z klasy, w lesie. Poszłyśmy aż na odległe wrzosowisko, okrywające fioletem pochyły stok rozległej polany pośród sosen. Patrzyłam w dół i choć horyzont zawężał dookoła las sosnowy, miałam wrażenie, że mam u swych stóp cały świat. Odtąd będę go zdobywać. Miałam siedemnaście lat. Wszystko tego dnia wydawało się wspaniałe. Był to drugi, albo trzeci, z najszczęśliwszych dni w moim życiu.
Hanka weszła głębiej w las, rozglądając się za grzybami, a ja przysiadłam na zmurszałym pieńku i popadłam w zadumę. Czułam w sobie niezwykłą lekkość, że zdawało się: zaraz pofrunę. Oddychałam jakoś inaczej, pełniejszą piersią. Ze wzruszenia. I nadmiaru wyobrażeń. Chciałam tyle powiedzieć, wykrzyczeć, ale słowa były zanadto ubogie, by oddać to, co we mnie śpiewało. Zresztą to było we mnie. Tylko dla mnie. Czekał mnie przecież nowy rozdział życia. Jeszcze nieokreślony, ale prowadzący w górę ku realizacji wzniosłych zamierzeń. Jakich? By być kimś, robić coś ambitnego i nie poprzestawać na małym. Od małego mi wmawiano, w domu, w szkole, że muszę wysoko latać. Bo mnie stać. Dopiero nazajutrz dotarło do mnie, co to będzie, gdy przyjadę z ciężką walizką i nie będę miała dokąd z nią iść? Co zrobię, jak na domiar złego zacznie tam padać deszcz? Ta ponura wizja prześladowała mnie już do końca wakacji. Co wtedy zrobię? Pakowałam się i... martwiłam. Spełniło się co do joty. Taksówkarz wysadził nas, mnie i Hanię, w pobliżu uczelni. Obie bez dachu nad głową, ale pełne wiary w siebie. Dotachałyśmy walizy do portierni i, zostawiwszy je pod okiem portiera, pobiegłyśmy na piętro dokonać wpisu na pierwszy rok studiów.
Pod dziekanatem czerniała ciżba, głownie przejętych swą rolą nowicjuszy. Podobno starsze roczniki już nie były w zapisach tak akuratne, osiągali się póki termin pozwalał. Tylko pierwszy rok podchodził do tego z nabożnym przejęciem. I chyba skrywanym strachem. Zanim się wystało swoje pod dziekanatem, należało załatwić formalności w kwesturze i gdzieś tam jeszcze... Tu coś wypełnić, tam podbić, złożyć... Były to zadania nie na jeden dzień. W kolejce doradzano sobie nawzajem usłużnie, jak sobie z tym poradzić, gdzie iść najpierw, dokąd potem. Udzielano chętnie takich informacji, bo większość czekających przybyła z daleka i wdzięczna losowi, że dostała się na studia, przekazywała więc tę radość każdemu dookoła. Tylko oni jakimś cudem dostali miejsca w domach akademickich. A gdzie ja dziś będę nocować? Co zrobię z wyładowaną książkami walizką?
Uzbrojone w kartki z adresami z ogłoszeń, powędrowałyśmy z Hanką szukać mieszkania. Deszcz rozpadał się na dobre. Tak, jak się obawiałam. Jeszcze nie wiedziałam, że w tym mieście często pada deszcz. Szczególnie jesienią. Mokłyśmy, przemierzając długie ulice i kręte zaułki, w poszukiwaniu miejsc gdzie oferowano pokój dla studentki. Wymiętoszony już plan miasta można było rozłożyć tylko w jakiejś bramie. Te bywały zakamuflowane gdzieś od strony podwórek. Czasem zamknięte. Wreszcie zbyt ciemne, by można coś dojrzeć. Plan powoli rozpadał się na zgięciach. Podobnie, jak nasze dumne plany. Mijałyśmy szare, średniowieczne mury, ale dziś zabytki nas nie poruszały. Ani żadne obiekty, dla których warto było znaleźć się właśnie w tym mieście. Co krok noga wpadała w kałużę. Byłyśmy już głodne i zmęczone, ale strach było tracić czasu na wstępowanie do baru, żeby ktoś nie sprzątnął nam lokalu sprzed nosa.
Wreszcie w kamienicy, straszącej od podwórka ciemnymi zakamarkami i dziwnymi rupieciami w labiryntach klatki schodowej, otworzyła nam drzwi kobieta w kapeluszu, niczym odwrócona doniczka. Zagradzając wejście, patrzyła, jakby zdzierała z nas ubranie i pokrzykiwała histerycznym głosikiem, że ogłoszenie nieaktualne! Ale możemy przyjść jutro. Byle za dnia! Po ciemku nikomu nie otwiera. To, po co przychodzić, skoro wynajęte? Później poznałyśmy, że to blef wynajmujących, żeby dobrać sobie kogoś, co najbardziej spasuje.
Spać się już nam chciało. Całą przecież noc spędziłyśmy w podróży. Nogi odmawiały posłuszeństwa. Do wieczora należało koniecznie coś znaleźć. A tu padało i podstępnie zapadał zmrok. Trudno było wypatrzyć kogoś, żeby spytać, gdzie ta poszukiwana ulica. Ludzie chowali się do domów. Tylko my dwie na pustej ulicy bez dachu nad głową. Proponowane na ogłoszeniach adresy znajdowały się w odległych dzielnicach. Brnąć tam w obce miejsca, gdy stawało się coraz ciemniej? Może chociaż gdzieś niedaleko? Trzeba kogoś zapytać, który z adresów jest najbliżej? To straszne znaleźć się w obcym mieście, w padającym deszczu, bez dachu nad głową. Po co było robić ten krok w nieznane?
Przenocowałam z Hanią u krewnej moich rodziców, ale należało szukać czegoś na stałe. Nazajutrz też nic nie znalazłam. I tak poszło dzień po dniu. Kiedy po długim błądzeniu ulicami w dalekiej dzielnicy i gdzieś pośród zaułków znalazłam zakamuflowany adres, przerażona przemierzałam labirynty mrocznych klatek schodowych z czyhającą tam rupieciarnią. Bałam się tych zakamarków i mieszkających tam ludzi. W starych kamienicach nie było łazienek, a toalety na korytarzu wspólne. Często obok zlew z kapiącym kranem, skąd lokatorzy brali wodę do gotowania i mycia. Widać nie dane mi już będzie wylegiwanie się w wannie z książką? Jak ci ludzie mogą tak mieszkać? Wyglądało, jakby wystarczały im same zabytki miasta, kawiarnie i teatry. Szczególnie ten ze słynną kurtyną. Starsza pani, u której nareszcie zamieszkałam, przypominała mi o tym co dzień. Należało tam iść w pierwszej kolejności, bo tam gromadziło się najwspanialsze towarzystwo. A na jaką sztukę? Nieważne. Byle się tam znaleźć. Popatrzeć, pooddychać. Oczywiście. Przyjechałam tu przecież i dla licznych teatrów. Co tam niewygody, gdy zamierza się zdobywać świat. Gdy wreszcie ma się dostęp do kilometrów książek na półkach olbrzymiej biblioteki, takich od początku dziejów. Trzeba trochę pocierpieć, może bardziej postarać się o miejsce w akademiku, by osiągnąć to, co w życiu najważniejsze. Tylko na razie biegam dalej za mieszkaniem. to lokum jest daleko od uczelni. Brakuje mi kontaktu z koleżankami. Nawet Hanka zamieszkała po przeciwnej stronie miasta i rzadko ją widzę, tym bardziej, że studiuje inny kierunek. Moje gospodynie dobre, sympatyczne, ale z innych czasów. Starsza pani, poczciwa kobieta, ale wciąż pyta mnie o to samo i zaraz zapomina. Zdradza wyraźną sklerozę. Jej półwieczna córka zwierza się, że porzucił ją przed laty narzeczony. I to adwokat. Bardzo wzięty. Po dwunastu latach narzeczeństwa. Dla jej serdecznej przyjaciółki. Teraz oprócz matki nie ma nikogo. Nikt nie zapyta, co jej dolega, czemu smutna. Mogłaby się zapłakać na śmierć. Żal mi jej. Dobra kobiecina. Odkładam książki, ile razy chce się wygadać. Kończy nieodmiennie: pamiętaj, nie ufaj mężczyznom.
Jeszcze mi te sprawy nie w głowie, ale też czuję się bardzo samotna na pustych ulicach, gdy wracam po wieczornych wykładach do domu. Każdy krok wielokrotnieje echem. Przeraża byle szelest uschłego liścia, poderwanego wiatrem. Wtedy pojęłam, co to jest obczyzna. To długie ulice, gdzie nikogo się nie zna. Dziesiątki przemierzanych schodów, korytarzy i drzwi, za próg których nikt nie zaprosi. A przecież od dawna chciałam uciec od jednej ulicy, której obraz mnie prześladował.
Pamiętam, jeszcze w liceum, któregoś zimowego zmierzchu stanęłam u jej jednego krańca i zobaczyłam ją, ciągnącą się, jak batem strzelił, pośród olbrzymich sosen, nieubłaganie w dal z rzędami białych, dwupiętrowych, bloków po obu stronach. Ledwo oświetlało ją mdłe światło latarń. Ja mieszkałam tam w połowie. Tego wieczoru na końcu ulicy, pomiędzy plamami czarnych o zmroku sosen, przezierał wąski pas horyzontu z kotłowaniną czerwono-sinych chmur. Wyglądało to niczym walka nieba z piekłem. Tam, skryty za sosnami, znajdował się cmentarz i po kolei odprowadzało się w kondukcie starszych sąsiadów. Ten krajobraz mnie przeraził. Odtąd unikałam wychodzenia pod wieczór z domu. Zimą bałam się tak ponurych widoków, latem – złowieszczych chmar jerzyków, przelatujących z piskiem nad domami. Nie mogłabym tu zostać na całe życie. Musiałam uciec do ważniejszego miejsca. Gdzie więcej świateł i nie tak ponuro? No i uciekłam.
Teraz do południa załatwiałam formalności niezbędne na początku studiów, a już biegałam na wykłady, ćwiczenia, lektoraty, a popołudniami łaziłam po mieście w poszukiwaniu miejsca do zamieszkania. Przestałam mówić: „pokój do wynajęcia”, odkąd spostrzegłam, że starsze panie, dysponujące zaledwie jednym pokojem, przyjmują do siebie studentkę, żeby zdobyć tak parę złotych. Pierwszej chcącej tak nas obie przyjąć, odmówiłam wyniośle. Nie uśmiechało mi się zamieszkanie w jednym pokoju z obcą, starą kobietą w szarych, dziwacznych, szatach. A te ich przedpotopowe kuchnie i wygódki bez wygód całkiem mnie odstręczały. Kiedy pięć lat później to wszystko zakończyło się propozycją asystentury, nie bardzo pamiętałam, co to ja właściwie zamierzałam osiągnąć? Obroniłam magisterium i od razu zdało mi się, jakbym doszła do horyzontu i dalej nie było już nic. Wkrótce od nowa przemierzałam ulice i schody kamienic w poszukiwaniu jakiegoś lokum. Tylko asystentce wynajmowano mniej chętnie. Taka miała większe wymagania i co gorsza, jako pracująca, mogła się podstępnie wmeldować na stałe. Co innego studentka, bywa tylko przelotnie, przyjeżdża, odjeżdża. Po co właściwie ja tu zostałam? Wyjeżdżałam jeszcze nie raz. Zawsze w odległy świat. W nieznane. Na szczęście już z mężem.
Kiedyś, w przeddzień wyjazdu, wiatr hulał po opustoszałym już mieszkaniu. Podrywał z ziemi gazety, rozłożone dla ochrony podłogi, przy wynoszeniu mebli i szurał nimi przeraźliwie. Póki stały tu meble, wisiały firanki, żaden podmuch się nie wdarł. Teraz było smutno i źle. Kiedy na to patrzyliśmy ogarniał nas lęk. Traciliśmy pewność, czy dobrze robimy. Ale oboje chcieliśmy znaleźć się w ważniejszym miejscu, gdzie będzie można się zrealizować. Tam będzie więcej możliwości pracy. Tej ciekawszej, o jakiej się marzy.
Synek, pozostawiany chwilowo u mamy, wystawił spomiędzy szczebelków łóżeczka nóżkę w niebieskich rajstopkach. Jeszcze nie wiedział, że jakiś czas już nas tu nie będzie. Bardzo za nim tęskniliśmy. Tak bardzo, że całe to przedsięwzięcie wydało się błędem. Nie mówiliśmy o tym głośno, ale ja sama siebie wciąż pytałam, po co właściwie wyjechaliśmy?
Mąż, poszukiwany specjalista, miał łatwiej, ale ja z mym rzadkim zawodem znowu przemierzałam ulice, schody i korytarze, tym razem w poszukiwaniu ciekawszej pracy. Znowu błądziłam po obcym mieście. Kiedyś wsiadłam w autobus z odpowiednim numerem, ale jadącym w stronę przeciwną. Spóźniłam się do pracy. Szef nie był wyrozumiały. Z podniesionym paluchem wygłaszał kazania i uzupełniał je łacińskimi sentencjami. Szczególnie dokuczał odkąd przywiozłam syna i często mi chorował. Czasem nie miałam go z kim zostawić. Ale szefowe potem były bardziej okrutne. Nie tylko dla mnie.
- Urlop? To tylko opieka nad chorym dzieckiem. Ma zapalenie oskrzeli.
- Tylko pani na poczcie może zamknąć sobie kiedy chce okienko, a profesor w szkole nie może sobie na takie przerwy pozwolić.
Nie mogłam. Tytułowano mnie przecież panią profesor.
- Gdy następnym razem prowadziłam rozpalone gorączką dziecko do lekarki, ta patrzyła na mnie z Źle sobie pani ten urlop zaplanowała, gdy tyle roboty.
przyganą, jakbym ja była wszystkiemu winna. Przecież nie chciałam od niej zwolnień. Chciałam, by było zdrowe. Ale znów nałykało się zimnego powietrza, kiedy wlokłam je rano do przedszkola. Szło z ociąganiem już chyba przeziębione i znowu spóźniałam się do pracy. Postanowiłam szukać innej posady. Cóż, obczyzna.
- Na pewno chce pani odejść? – dziwili się.
- Niech się pani namyśli.
Kręciłam głową i dziwiłam się, że się dziwią.
W następnym miejscu było lepiej. Miałam autorytet i poszanowanie. Przeważający tu mężczyźni, dobrze zarabiali i nie zawracali sobie głowy drobiazgami. Było z nimi o czym porozmawiać. Miałam własny gabinet z fotelami i dywanem. Próbowałam nie myśleć, czy ta praca jest na miarę mych ambicji. Na początku na pewno była.
Przybyło nam jeszcze jedno dziecko. Znajomym też się rodziły. Wątłe już i tak kontakty towarzyskie urywały się na dobre. Czasem usiłowałam sobie przypomnieć, ile należy mieć punktów, żeby wyjść w kolor lub dwa bez atu. Nasza odzywka: „no, bo w Pińczowie dnieje”, tu nie bawiła.
Nikt nie znał tamtej drogi w rejonie Jędrzejowa, może Chęcin, ciągnącej się zboczami wzniesień, gdzie nieoczekiwanie daleko na prawo w jednym miejscu z mroku nocy wyłoniły się z nieba różowe promienie. Przecinały zachmurzony, ponury, świat. Czyżby się paliło? – powiedziałam do męża przy kierownicy. Ale zaraz drogowskaz oznajmił nam, że tam jest właśnie Pińczów. To wschodziło słońce. Czy tak to widział ten, co wymyślił brydżowe powiedzonko, że w Pińczowie dnieje? Ale my to raz widzieliśmy. Tylko wtedy od dawna już karty poszły w kąt...
Przy dwojgu dzieciach trudno było pracować osiem godzin dziennie i wracać do domu późno. Trochę z żalem zwolniłam się z dobrej pracy, ale musiałam odchować dzieci. Kiedy drugie poszło do przedszkola znalazłam sobie pracę z mniejszym wymiarem godzin. Wmawiałam sobie, że tym razem muszę wytrwać dłużej. I że to całkiem dobra praca. Wracałam do domu sama i szłam z mężem i dziećmi do parku. Drzewa co rok były większe. Uczyliśmy się nazw żyjących tu ptaków.
Po ca ja tu przyjechałam? No, chciałam żyć w wielkim mieście. Nie w takim, gdzie jest długa, pusta ulica, kończąca się na horyzoncie złowieszczym niebem o zmierzchu. Chciałam większych perspektyw, nowych możliwości. Potrzebowałam więcej ulic, domów, miejsc pracy, czegoś ciekawego, co może kryć się za nieznanym rogiem. Tymczasem wciąż biorę prace nie na moje ambicje, byle zarobić na chleb. Tu nie miałam żadnych znajomych z przedszkola ani szkoły, żadnych znajomych rodziców, mogących coś krewnych, kolegów ze szkoły. Kompletna obczyzna może być nie tylko za granicą. Trudno, sama muszę torować sobie drogę bez poparcia, pleców, protekcji... Mnie protekcja niepotrzebna – wmawiałam sobie. Prawdziwy talent sam się wybije.
Obserwowałam kiedyś dziewczynę, która pojawiała się uparcie na konferencjach prasowych znanych postaci. Stawała z przodu i wpychała mówiącemu w usta swą miotłę z mikrofonem. Sama nigdy nie zadała pytania. Pewnie była nadmiernie chroniona przez rodzinę i otulona miękką watą protekcji, bo szczyciła się wpływowym dziadkiem - och, zadbano, żeby ją światu pokazać! Dlatego nie wyrobiła sobie ostrych łokci. Kamera raz po raz przybliżała jej przejętą twarz - ktoś o to zadbał - i widać było, że zaraz coś powie, błyśnie, i zacznie wielką karierę. Kiedy wreszcie któregoś dnia otworzyła usta, powiedziała coś tak bez sensu, że wszyscy wybuchli śmiechem. Więcej się nie pojawiła.
Imieniny też spędzałam w gronie rodziny. I święta. Kolejne próby nawiązania bliższych stosunków towarzyskich połączonych z bridżem, jakoś więdły. Brakowało na to czasu. Wieczorem należało kąpać dzieci, karmić i usypiać. Później baczyć, jak odrabiają lekcje. Grać z nimi w szachy. Kiedy nasze podrosły, rodziły się u przyjaciół. Nawet na czytanie brakowało czasu. Zarywanie nocy nie wchodziło w rachubę, bo wcześnie rano trzeba było wstać do pracy. A niedziele poświęcić rodzinie. Dziecku, ciągniętemu w deszcz czy mróz do przedszkola. I temu przesiadującemu co dzień w świetlicy, gdzie pani wali metrową linią w stół, chcąc się przedrzeć przez dziecięcy gwar. W każdą sobotę piekłam jakieś ciasto. Mama uczyła, że prawdziwy dom musi pachnieć na co dzień zupą a od święta – ciastem. Inne kobiety dziwiły się: Nie lepiej kupić gotowe?
- Takie nie pachnie jak z własnej duchówki...
- A co to ta duchówka?
- Piekarnik. Ale u nas tak się mówiło duchówka. Ładnie, prawda? Ileż w tym treści...
- Dziwnie... Powinniście inaczej urządzić kuchnię. Zmodernizować...
Niby tak, tylko my ciągle baliśmy się urządzać tu na stałe. Nie zawieszaliśmy obrazów, półek, bo po co dziurawić ściany, gdy znowu przyjdzie ruszać gdzieś dalej? Przecież nie zostaniemy tu na zawsze! To nie jest jeszcze to najważniejsze miejsce. Te prace, jakie biorę tylko by pracować i mieć na chleb, są byle jakie. Byle jak mamy urządzone mieszkanie. Ludzie kafelkują wciąż od nowa innymi płytkami łazienki, kuchnie. Nasze kafelki, kupione w przypływie dziwnej nadziei, ciągle nierozpakowane. Jeśli przykleimy je do ścian, trudniej będzie się i nam stąd oderwać. Z każdym gwoździem, który wbijało się w ścianę, czułam, że przybijamy tu tak samych siebie. Nigdy dalej się nie wyrwiemy. Nie znajdę się w najważniejszym miejscu. Nie będę robić nic ważnego i trudnego, na miarę mych ambicji.
Znów szefowa mi nie imponowała. Chyba czuła, że tak o niej myślę, bo wnet toporek wojenny został wykopany. Była jaka była, ale od przedszkola znała dyrektora. A ja byłam bez korzeni. Może nie powinnam była przyjeżdżać tak daleko? Jednak, kiedy odwiedzałam stare strony, też czułam się niezadomowiona. I tu, i tam, miałam poczucie, że przysiadam tylko na moment i zaraz odfrunę.
Gdzie była moja ojczyzna? Gdzie czułam się u siebie? W moim domu! Od balkonu do końca wycieraczki. Tu było nam dobrze. W sobotę piekłam ciasto i pachniało aż na korytarzu. Mieliśmy swoje ulubione miejsca w parku. Alejkę wzdłuż oczek wodnych z nenufarami. Duży staw, w którym zanurzały swe sploty wierzby płaczące. Mały kiosk z gorącymi kiełbaskami, gdzie można się było posilić i rozgrzać. Przyjaciół też miewaliśmy, lecz i oni bywali tu przelotem. Wszyscy tu przyjeżdżali, odjeżdżali. Wszystkich nas zmienne losy nosiły, choć już zapomnieliśmy, po co?
W ostatnim miejscu jakoś dłużej się zasiedzieliśmy. To chyba jeszcze nie starość? Może złudzenie, że coś się i tu wydarzy. Odrobinę ciekawsza praca. Większe możliwości kontaktów przez internet. Wirtualne złudzenia, że coś się dzieje ważnego. Wystarczało kliknąć i zaraz pojawiali się na ekranie dawno nie widziani znajomi ze szkoły. Korespondencja z nimi poprzez Naszą-Klasę zabierała mi całe wieczory. Ile było z tego uciechy! Wreszcie miałam na wirtualne wyciągnięcie dłoni kogoś z odległego kontynentu.
Okazało się, że mogę pisać nawet opowiadania i „wklikiwać” je w wirtualną przestrzeń, a one w jakiś sposób zaistnieją. Wydawać tym sposobem całe książki, które kupowali wirtualni czytelnicy. Tacy, co niby są a może ich nie ma? Zaczynałam gubić się w złudzeniach, gdzie jest to, co naprawdę a gdzie złuda. Należało wreszcie zrobić remont mieszkania. Poprzybijać gwoździami półki i obrazki. Przestać myśleć, że z każdym gwoździem przybijamy tu samych siebie. Jeszcze nie... Może pojedziemy dalej?
I tak trwało. Wychodziliśmy z mężem do parku. Tam spotykaliśmy dużo znajomych. Zamieniało się zawsze kilka miłych zdań. Czasem postało się dłużej i zagadało, póki nie dotarło, że tarasujemy dróżkę, tę zaciszną pośród bzów nad stawem. Bolały też od stania nogi. Żegnaliśmy się więc z żalem, wiedząc, że znów długo ich nie spotkamy.
Zapraszać kogoś do domu nie przychodziło do głowy. Od dawna zdziwaczeliśmy. Jak tylko miał przyjść ktoś obcy, nawet najbardziej lubiany, należało wcześniej postawić mieszkanie do góry nogami. Zrobić perfekcyjny porządek, przygotować wystawne danie, rozstawić stół, wyjąć najlepszą zastawę... Komu by się chciało? Nawet takiej zastawy za dużo nie mieliśmy. Po co? Utrudniałaby przeprowadzki. Kto miałby czas prasować białe obrusy?
Gdzieś tam daleko, w odległych czasach hołdowaliśmy innym zasadom. Wedle rodzinnych tradycji obowiązywała większa gościnność. Bez ludzi nie wyobrażało się życia. Należało bywać, przyjmować w rewanżu, spędzać w gronie przyjaciół imieniny i święta. Świętować hucznie sylwestra. Ale tam była mama z adamaszkowymi obrusami w szafie, lubiąca przyjmować gości. Były ciocie chętnie szykujące gorące dania dla każdego przybysza. I koleżanki z którymi można było przegadać w domu cały wieczór przy szklance herbaty. A często i bez tego, gdzieś na ławce pod drzewem. Póki nas nie wystraszył nadlatujący od lasu z chrzęstem czarnych skrzydeł olbrzymi chrząszcz. Ale tutaj od progu, no, od wycieraczki, sami obcy... Dopiero na ekranie komputera świat staje się bliski.