poniedziałek, 22 maja 2017

WIERSZE - BARBARA MARSZAŁEK






Wiosenne porządki w ogrodzie

Przyjdzie wiosna, poszukam cienia i pomyślę,
że brakuje mi dobrego kontaktu ze sprawami ostatecznymi.
Może skoszę trawnik, a może pozwolę mu rosnąć.
Zakwitnie bez i najprawdopodobniej dostanę alergii.

Przyjdzie wiosna, chwasty i chore pędy.
Poszukam środka nieszkodliwego dla roślin i pomyślę,
że śmierć można opisać tylko przez życie,
zasuszony w książce liść. 


Każdy gołąb miał swoje imię

Dobrze się czuję w tym wierszu, dziadku.
Ciepło i przytulnie, jak pod ciężką pierzyną o zapachu nafty.
Zapalam latarkę w trzecim wersie,
a słowa wylatują przez dziurę w dachu.
I wcale ich nie widać, nie słychać szelestu skrzydeł na strychu.

Pozostał smak malin z ogródka.
Wysuszona tęsknota, jak studnia za domem.
Niektóre gołębie już nigdy nie wróciły,
milczałeś, gdy pytałam 
dlaczego?


3:00

Policzyłam wszystkie palce.
Dwadzieścia.

Mały u lewej ręki jest nieswój.
Mrowienie może być spowodowane zmianami kręgosłupa.
Kupię odpowiedni materac z warstwą ochraniającą sprężyny.
Kupię wkładki ortopedyczne i co będzie potrzeba,
aby piękniej żyć przestanę tęsknić za miłością.

Z tęsknoty wykluwają się schorowane pisklęta.
Oddech zmięty jak poduszka, niespokojny jak wiersz
z ograniczoną ilością znaków.

Czekam, aż duchy wypełzną z zegara,
przecinając pajęczynę krążącą pod sufitem.
I nic więcej już nie zmieszczę w tej pułapce
świecącej na niebiesko, świecącej dla ciebie. 



Adelaide house

Margaret boi się czarnej dziury
rozpuszcza nitki włosów, jest ich coraz mniej,
coraz mniej Margaret wyczekującej w oknie.

Stuletni John z parteru
był pilotem, teraz jest ślepy
i został mu tylko wnuk,
który wyjechał do Australii.

Margaret rozczesuje włosy,
na balkonie rozkwitają pelargonie.
Sąsiadka Jenny dziecinnieje,
zostawiając gówno na dywanie,
chowa oblizane landrynki
pod poduszką, w poszewce i w zmiętym prześcieradle.

Chcę powiedzieć Margaret,
że i mnie i moje dzieci zakopią w czarnej dziurze,
ale milczę.
Wyrzucam srebrny pukiel ze szczotki do kosza,
obrywam zeschnięte liście.

Koty wygrzewają się na słońcu. 


Presto na śniadanie

to miasto z tysiącem i jedną latarnią
nauczyło nas pośpiechu
wstajemy przed dźwiękiem budzika
dodając gazu na ruchomych schodach

nie mamy czasu na wyrzuty sumienia
który cień to my z osobna?

to miasto blada pajęczyna
wrasta w nasz garb
kochamy się pięć i pół minuty
aby zdążyć na wiadomości

szybka przemiana materii

zapalam papierosa od tyłu
to znak by rzucić
słowa na wiatr usiąść odpocząć
nim rozpoczną się ostatnie przystanki
poranne kolejki za drożdżówką

w hipermarketach na ścianach
brak zegarów 


_____________________
BARBARA MARSZAŁEK ur. w 1980 w Oświęcimiu, absolwentka Uniwersytetu Śląskiego Wydziału Filologii Polskiej w Katowicach. Z zawodu koordynator projektów.
Publikuje wiersze i opowiadania na portalach literackich oraz w miesięczniku Sofa. 2015 debiutancki tomik wierszy Milion kawałków. Laureatka portalowych konkursów literackich, jak również Ogólnopolskiego Konkursu Literackiego Pisanie na chandrę.
Od ośmiu lat mieszka w czeskiej Pradze, wcześniej - we Francji oraz Irlandii Północnej. Obecnie na urlopie wychowawczym; matka rocznego synka Tymona.