piątek, 23 czerwca 2017

Pielgrzym z Ur

MIROSŁAW G. MAJEWSKI
 






Ogród rozkoszy ziemskich

a to usychające drzewo pośrodku ogrodu rozkoszy powiesz mi po co?
po co ten gad o jedwabnym głosie wyjętym prosto z reklam permen king?
po co? a jakby tego mało było ta panna naga bez welonu
poczęta z boku mężczyzny którego tworzyłeś incognito chowając się przed wścibskimi aniołami aby nie wyszło na jaw że lepisz go z byle jakiej gliny przeznaczonej na strawbale człowieczego losu tak po cichutku aby nikt cię nie przyłapał na gorącym uczynku ponieważ z góry założyłeś jaki będzie finał tej zabawy w raj dziwiąc się przy tym dlaczego nikt nie chce uwierzyć że puzzel twej wszechwiedzy w czarną dziurę wpadł bez dna!
pytać się
po co?

i w ten oto sposób skończyłeś wszystko nim cokolwiek zacząłeś!
więc nie doszukuj się winy w nas aby ratować swą nieskazitelną świętość
świeżą niczym wszystkie nowalijki edenu na targu wrzasków zakapturzonych teologów o pustych oczodołach których ślepota zmusza nas dźwigać krzyż jeden krok poza ludzką wytrzymałość! przecież ta gra od początku była nie fair skoro grałeś znaczonymi kartami predestynacji!
po co to wszystko?
to przecież takie niepobożemu nielogiczne i niehigieniczne takie...
a więc nadszedł czas nihil obstat aby zadać odważne pytanie
jak to jest być dobrym ojcem i złym demiurgiem naraz?

spójrz pojawiamy się i znikamy każdy w swej mydlanej bańce
poznania dobrego i złego z wyblakłym śladem raju w bruzdach naszych zmarszczek…
twój fermentujący słodko raj stał się przekleństwem naszym!
tak to nasz świat a nie twój raj! świat w którym dawno wywietrzały twoje reminiscencje w nas! ale nie mów nic! nic...
wsłuchaj się z jakim oddaniem śpiewamy ci gloria gloria in excelsis deo!
gdyż jedno jest pewne jesteś święty tylko wówczas kiedy figowym listkiem zasłaniamy nagość naszej wiary


Pielgrzym z Ur

kazałeś mi
opuścić dom rodzinny w ur chaldejskim
dom ojca mego tetrarcha
mędrca astronoma mistrza retoryki
promieniującego blaskiem wiedzy
niczym księżyc w pełni nad pustynią al-rab al-chalii
więc poszedłem za twą obietnicą jak chciwiec za brzękiem złotych monet
obuty w znoszone sandały wiary z piaskiem pustyni w ustach bym nie mógł utyskiwać na swój starczy los nocami smagany przenikliwym wiatrem twoich słów wpatrywałem się w gwiazdy tęskniąc za chaldeą ojczyzną wyroczni i astrologów a ty mnie sponiewieranemu dolą nomada kazałeś je liczyć tak
jakbyś nie mógł użyć innej paraleli przecież jako jedyny pośród moich bliskich zawierzyłem tobie oczekując pochwał i słodszego miodu...

a ich ohydne bożki spaliłem nocą by zerwać z religią przodków nie będąc świadom że w ogniu pożogi zgładzę harana brata mego!
potem zamiast gwiazd kazałeś liczyć ziarnka piasku którymi plułem wraz z krwią mojej odtąd przetrąconej wiary...
bo czyż nie obiecałeś zapełnić kołczan mój synami?
więc nie obiecuj już niczego otwórz tylko łono żony mojej saraj zamknięte ponoć mocą zaklęć mściwych magów z ur
a zrobię to bez twego udziału…

...i nie wódź nas po pustyni a raczej zbaw nas od płonnych nadziei
amen!


Dżambia

dżambia wygięty niczym róg barani na biodrze mego ojca którego miłości byłem pewien jak słońca na niebie nie zadawałem więc pytań czy ty mnie aby kochasz skoro ten zakrzywiony nóż miał być jej dowodem
postrachem dla wszystkich mych wrogów
dla złych spojrzeń
szakalich i
wilczych...

ojcze abrahamie
wciąż słyszę głos twój niczym wiatr pustynny
tak kocham cię bardzo
lecz nad ciebie -
wybacz mi mój synu -
wszechmocnego kocham boga!

dlatego zawsze widzę ten szpon nad wątłym moim ciałem
i słyszę przeraźliwy płacz matki z zaświatów
kiedy obudzonego koszmarami nocy
nadaremno próbuje
pocieszać

dziś wiem że wiara jest wiarą wówczas gdy obrać ją z szaleństwa
a dżambia mój ojcze żadnym jej wyrazem
lecz twego obłędu koronnym
dowodem


POWRÓT