wtorek, 10 października 2017

ZUPEŁNA SAMOTNOŚĆ






Wanda Szczypiorska


Nie wiem czy zauważono, że zawsze staram się umknąć, odosobnić? Że boję się ludzi, pragnę samotności. Czy domyśla się ktoś jak głęboką czuję niechęć na myśl o czekającym mnie dniu pracy? Kiedy przed świtem jadę tramwajem, kiedy zbliżam się do tego domu samotnie sterczącego wśród ruin Woli, kiedy otwieram drzwi czując dobrze mi znajomy, jedyny w swoim rodzaju zapach? Wiem, nie budzę szacunku, za nic tu nie ponoszę odpowiedzialności. Może byłabym w stanie opanować strach gdybym miała pewność, że ode mnie cokolwiek zależy, jakakolwiek decyzja, w pewnych granicach, oczywiście. Ale nie. Ja, szeregowy wychowawca muszę się podporządkować. Mnie dano zastępstwa. Raz jestem tu, raz tam i dużo czasu minęło zanim poznałam wszystkich wychowanków. Do tej pory nie mogę ich polubić. Tak. Muszę się do tego przyznać, nie lubię ich. Nawet gdy śpią, nawet kiedy patrzę na ich uśpione twarze, nie lubię.
Dzieci są różne. Często nerwowe, często niezrównoważone, hałaśliwe, obłudne… Nie rozumieją nic, wiedzą zbyt wiele. Czują mój lęk. Podejrzewam że pomimo właściwego im okrucieństwa czasami litują się nade mną. To, że godzą się wstać z łóżek kiedy dzwonię i iść do umywalni zawdzięczam ich dobrej woli oraz nawykowi wpojonemu przez innych wychowawców. A więc dzwonię i zapalam światło. Jest szósta, na dworze zaledwie zaczyna świtać, okna zresztą są zasłonięte, ostre światło wdziera się nagle jednocześnie z dzwonkiem. Wołam, że czas wstawać.
Te najmłodsze w grupie podnoszą się pierwsze. Siadają w łóżkach na pół rozbudzone, smutne. Salę wypełnia ostry odór uryny, niektóre z nich moczą się. Idę w tamtą stronę, podnoszę kołdrę… znów wszystko trzeba będzie zmienić. Wszystko. I suszyć. Ogarnia mnie wściekłość. „Wstawać” mówię krotko. Na szczęście ubrania mają porządnie złożone na stolikach przy łóżkach – to już zasługa tego wychowawcy, który był tu wieczorem. Klaszczę w ręce „wstawać, wstawać” wołam. A potem rozglądam się: Ach ta!
Iwona. Leży przykryta po czubek głowy. Podchodzę do niej, podnoszę kołdrę z twarzy. Oczy ma otwarte. Kuli się i usiłuje wyrwać mi kołdrę. Nie puszczam. „Wstawaj” mówię spokojnie. „No dobrze” mówi. „Już wstaję”. Więc odchodzę. Widzę, że kilka dziewczynek z ręcznikami usiłuję wymknąć się do umywalni. „Zaczekajcie” krzyczę, „wszyscy razem”. Parami. Gdyby to ode mnie zależało mogłyby sobie iść, miałabym wtedy czas zająć się tymi które jeszcze nie wstały. Nie wolno. Regulamin.
Tu wszędzie chodzi się parami. Stoję więc przy drzwiach i przekrzykując zgiełk usiłuję wywołać imiona tych, które jeszcze leżą w łóżkach. Wreszcie ruszamy do umywalni. Są tam już chłopcy z innej grupy i wychowawca. Wita się ze mną. Nie lubię go. Ale czuję się pewniej. Hałas jest tu taki, ze na nic by się zdało wypowiadanie jakichkolwiek uwag. „Cisza!” krzyczę i głos mi się załamuje. Nie skutkuje wcale. Zapadam więc w jakieś dziwne odrętwienie i nie reaguję na panujący w umywalni chaos. Nie wszyscy mogą się jednocześnie myć, popychają się i oblewają wodą.
Ten mały garbaty chłopiec, z którym jest zawsze tyle kłopotu, z wściekłością okłada pięściami jedną z dziewczynek, tamta odwraca się i łapie go za piżamę tuż przy szyi. Rzucam się w ich stronę. „Przestańcie” krzyczę „przestańcie”. Spostrzegam, że tego drugiego wychowawcy nie ma w umywalni, a przecież powinien tu być. Nie ma prawa zwalać tego na mnie. Garbaty chłopiec, którego trzymam za rękę szamocze się chcąc się wyrwać. Cofając się w stronę drzwi dostrzegam w głębi korytarza wychowawcę. „Panie Ryszardzie” wołam, ale on udaje że nie słyszy, znika w otwartych drzwiach sypialni. A więc wbrew regulaminowi odsyłam dziewczynki pojedynczo. Niech się dzieje co chce. Nie mam siły się użerać. Idę za nimi, gdy kończy się myć ostatnia.
W sypialni jest już tylko przytłumiony gwar. Niektóre mozolnie usiłują się ubrać inne szepczą zebrane grupkami przy łóżkach. Tego nie lubię najbardziej. Maja jakieś swoje sprawy, do których nie mam dostępu. O czym mówią takie małe dziewczynki? O mnie? Spoglądają na mnie spode łba, ukradkiem, jakby chciały się upewnić, że nie słyszę, ale może wcale nie mówią o mnie. Podchodzę do nich i każę się ubierać. Niechętnie rozchodzą się w stronę swoich łóżek. Teraz okazuje się, że tamta nie chce nałożyć przybrudzonych pończoch, tej znów oderwał się kołnierzyk. Tłumaczę po raz któryś, że nie mam prawa wymieniać im garderoby. Od tego są inni wychowawcy. Ja mam tylko zastępstwo. Wszystko co dostają ma być zapisane, nie mam zamiaru odpowiadać za ewentualne braki.
Ubierają się powoli. Do śniadania jeszcze daleko. Najpierw będą musiały posprzątać. Niektóre zresztą już ścielą swoje łóżka. Kręcę się między nimi z przytłaczającym poczuciem znużenia i niepewności. Jeśli nie posprzątają dokładnie znów ktoś się mnie będzie czepiać. W domu są tylko dwie sprzątaczki. Sprzątają schody i sale ogólne. Resztę robią dzieci same. Pytam się kto dyżurny? Zgłaszają się dwie. Niech więc przypilnują porządnego posłania łóżek. Usuwam się na chwilę do pokoju lekcyjnego i staję przy oknie. Wiem, że nie powinnam odchodzić, czasu jest mało, ale mózg tłamsi mi ciężar, mieszanina nudy i udręki. Odetchnę przez chwilę. W zmętniałym, brudnym powietrzu jesiennego poranka widzę dramatycznie, gwałtownie wygiętą akację przy bramie. Nawet lubię na nią patrzeć. Coś mi przypomina. Czyżby bardzo stare obrazki chińskie? Może. Tylko że tamte były mimo wszystko sielankowe, a za tą akacją piętrzą się zwały gruzu. Muszę wrócić.
Część łóżek już posłanych inne jeszcze nie. Wydaje mi się, że w sypialni jest o kilka dziewczynek mniej. Ogarnia mnie niepokój. „Gdzie reszta?” krzyczę. Te, które są nie wiedzą. Może w jadalni. Wypadam wiec i biegnę po schodach na dół do jadalni. Jest tam kilkoro dzieci, ale nie z mojej grupy, Dziewczynki znajduje w zakamarku przy schodach i poszturchując prowadzę je do sypialni. Dwie pozostałe wychodzą z ubikacji. „Sprzątać, dzieci, sprzątać”. Wiem jedno: wyręczać ich mnie nie wolno, bo wtedy zupełnie przestałabym się liczyć, muszę je zmusić, żeby to zrobiły same. Maja po osiem, dziesięć lat. Nie chodzi o nic wielkiego. Pozamiatać, powycierać kurze. Sprawdzam. Wreszcie ustawiam je parami i prowadzę do dużej sali na dole. Stamtąd pójdą na śniadanie.
Do sali wchodzi dyrektorka. Gwar cichnie i znów narasta. Dzieci raz jeszcze ustawiają się parami, grupa obok grupy, pod okiem kilku wychowawców . Czekamy. Dyrektorka podchodzi bliżej, tym razem to tylko trzy słowa „Dzień dobry dzieci”. „Dzień dobry” wrzeszczą i brzmi to tak jakby tam było znacznie więcej słów. Teraz możemy wejść już do jadalni. Podchodzę do okienka i odbieram łyżki. Numerowane. Dla ochrony przed kradzieżą. Kto mógłby ukraść łyżkę? Chyba tylko wychowawca. Dyżurne rozstawiają talerze. Rozlewam mleczną zupę. Jedzą niechętnie – dostają ją bez ograniczeń. Oprócz zupy dzisiaj porcje wędliny i masła. Siedzę przy końcu stołu i patrząc na nie walczę z rozdzierającym wnętrzności głodem. Ale nie wolno mi jeść, będę jadła osobno. Taki jest regulamin. A jestem taka głodna, że jadłabym resztki. W tej chwili podchodzi do mnie dziewczyna ze starszej grupy i prosi na górę do sypialni, wiem że jest to pora obchodu komisji czystości, żołądek kurczy mi się przeczuciem czegoś niedobrego. Rzeczywiście. W szafkach u dwóch dziewczynek znaleziono jakieś drobiazgi. Tombakową broszkę, szmatki, laleczkę. Ależ wiem, że niczego oprócz rzeczy przewidzianych regulaminem nie wolno im trzymać w szafkach. Ani pod poduszką. Ani pod materacem. Nigdzie. Zabawki mają w pokoju do zabaw. Więc zabrać to stąd i uważać na przyszłość.
Tłumaczę się, że to nie moja grupa. Dyrektorka patrzy na mnie nieżyczliwie, a może tylko obojętnie i wychodzi bez słowa. Wracam do jadalni. Jestem znużona i nieludzko wprost głodna. Siadając ponownie przy stole nic nie mówię o znalezionych rzeczach, w gruncie rzeczy nic mnie to nie obchodzi. Przekażę to komu trzeba w swoim czasie. Udaję, że nie widzę, jak wstają pojedynczo od stołu i wymykają się z jadalni. Tak robią zresztą i inni. Po chwili jestem sama przy swoim stole, liczę łyżki, zgadza się, osobiście je oddaję w kuchennym okienku i teraz dopiero mogę wziąć swoje śniadanie. Jest to chwila odprężenia i chwila ciszy. Ale nie przypominam sobie, żebym kiedykolwiek naprawdę się najadła. Pośpiech.
Na górze zastaje dziewczynki o dziwo bez żadnych sztuczek zajęte tornistrami. Pytam, czy są przygotowane do lekcji, chociaż to sprawa tego wychowawcy, który miał z nimi zajęcia poprzedniego dnia. Oczywiście, są doskonale przygotowane. Ustawiam je już mniej rygorystycznie, szatnia jest na tym samym piętrze i prowadzę. Jesteśmy pierwsze, to dobrze, obejdzie się bez irytacji. Najmłodszym chętnie pomogłabym się ubrać, gdyby nie domagały się tego tak natarczywie, udając że są nieporadne. Zależy mi jednak na tym żeby wyjść stąd jak najszybciej. Nakładam płaszcz. Denerwuję się.
Zawsze się denerwuję, kiedy mamy wyjść na ulicę. Pary ustawiam tuż przed drzwiami wyjściowymi, za bramę wychodzimy już w jakim takim szyku, który jednak w każdej chwili może się załamać. Ulica jest ruchliwa, o tej porze może już nie tak zatłoczona, ale i tak przechodnie co chwila rozrywają mi szyk. Idę z tyłu, to znów z boku trochę zażenowana z powodu wyglądu moich dzieci. Dobrze odżywione, solidnie ubrane, a przecież nie takie jak inne. Do szkoły kilka przecznic, kilka skrzyżowań. Któraś wyrywa się w bok w stronę kiosku ze słodyczami. Krzyczę, że ma natychmiast wrócić do szeregu. Wreszcie ulga. Skręcamy w boczną cichą ulicę i wchodzimy na boisko szkolne. Wyrywają się, biegną do szatni.
Nie zatrzymuję, nie krzyczę, jestem już prawie spokojna. Zaglądam do szatni. Zmieszały się z tłumem dzieci i nie zwracają na mnie uwagi obce, niemal nierozpoznawalne. Wiem o której godzinie tu po nie wrócę, one też wiedzą, nie mamy sobie nic więcej do powiedzenia. Wychodzę. I teraz dopiero zauważam, że powietrze przenika lekki złotawy blask jesiennego słońca. Skręcam z boiska na ulicę, w przeciwną stronę niż ta z której przyszliśmy, idę swobodnie, patrząc pod nogi, szurając butami w szeleszczących liściach. Mam „okienko”. Przez pewien czas mogę robić co mi się podoba. Ogarnia mnie cicha radość z powodu tych wolnych godzin, nieco melancholijna, bo przecież czas ten minie o wiele za szybko. Coś trzeba z nim zrobić. Na chodzenie po sklepach nie mam pieniędzy. Do parku za daleko. Ulica tu jeszcze częściowo nie zabudowana, pełna pagórkowatych ruin, załomów.
Widzę wysoki mur, za nim kilka drzew, skręcam i rzeczywiście; jakieś dawne podwórko. Wysokie suche chwasty. Siadam na kamieniu. Wydaje m i się, ze jest tu cieplej. I cicho. Bardzo cicho. Zupełna samotność.