Wizyty

poniedziałek, 18 grudnia 2017

Mario Vargas Llosa

O Radości Czytania 

 

 

Czytać nauczyłem się mając pięć lat, w klasie brata Justyniana w Colegio de La Salle w Cochabambie w Boliwii. Czytanie to najważniejsza rzecz, jaka mi się życiu przydarzyła. Prawie 70 lat później wciąż wyraziście pamiętam, jak magia przekładania słów z książek na obrazy odmieniła moje życie, obaliła bariery czasu i przestrzeni i pozwoliła przebyć z kapitanem Nemo 20 tysięcy mil podmorskiej żeglugi, walczyć u boku d'Artagnana, Atosa, Portosa i Aramisa przeciw knowaniom grożącym Królowej w czasach przewrotnego Richelieu i czołgać się jak Jean Valjean przez wnętrzności Paryża z rannym Mariuszem na plecach.

Czytanie zmieniało sen w życie, a życie w sen, kładło w zasięgu małego człowieczka, jakim byłem, wszechświat literatury. Matka opowiadała mi, że najpierw pisałem dalsze ciągi przeczytanych historii, bo albo nie mogłem przeboleć, że się skończyły, albo chciałem poprawić zakończenie. I być może przez całe dalsze życie nie robiłem niczego innego niż to właśnie: bezwiednie przedłużałem w czasie, rosnąc, dojrzewając i starzejąc się, pełne uniesień i przygód historie, które wypełniały moje dzieciństwo. Chciałbym, by była tu dzisiaj moja matka, która wzruszała się i płakała, czytając wiersze Amado Nervo czy Pabla Nerudy. I mój dziadek Pedro ze swoim wielkim nosem i lśniącą łysiną, który chwalił moje wiersze. I wuj Lucho, który tak bardzo zachęcał mnie, bym poświęcił się pisaniu ciałem i duchem, chociaż literatura, wówczas i tam, marnie karmiła tych, którzy ją uprawiali.

Przez całe życie miałem koło siebie ludzi, którzy mnie kochali, zachęcali i zarażali wiarą, kiedy sam wpadałem w zwątpienie. To dzięki nim, i zapewne także dzięki własnemu uporowi i łutowi szczęścia, udało mi się poświęcić większą część życia tej pasji, nałogowi i cudowi, jakim jest pisanie, stwarzanie drugiego życia, w którym chronimy się, gdy jest nam źle, zmienianie tego, co niezwykłe, w coś naturalnego i tego, co naturalne, w coś niezwykłego, coś, co rozwiewa chaos; życia, które upiększa brzydotę, uwiecznia chwilę, a śmierć czyni przemijającym widowiskiem.

***

Pisanie historii nie było łatwe. Pomysły zmienione w słowa na papierze więdły, idee i obrazy mdlały. Jak je ożywić? Na szczęście byli mistrzowie, od których można się było uczyć. Flaubert nauczył mnie, że talent to wytrwała dyscyplina i wielka cierpliwość. Faulkner, że to forma - narracja i struktura - czynią treść wielką lub nędzną. Martorell, Cervantes, Dickens, Balzak, Tołstoj, Conrad, Mann, że ambicja jest w powieści równie ważna, jak stylistyczna zręczność i strategia opowiadania. Sartre, że słowa to czyny i że powieść, sztuka czy esej, jeśli niosą zaangażowanie w teraźniejszość i szukanie najlepszych dróg, mogą zmienić bieg dziejów. Camus i Orwell, że literatura pozbawiona moralności jest nieludzka, a Malraux, że bohaterstwo i epika są na miejscu dzisiaj tak samo, jak były w czasach Argonautów, "Iliady" i "Odysei".

Gdybym przywołał tutaj wszystkich pisarzy, którym zawdzięczam coś albo wiele, ich cień pogrążyłby nas w ciemności. Jest ich bez liku. Nie tylko ujawnili mi tajemnice opowiadania historii, ale kazali zgłębiać otchłanie człowieczeństwa, podziwiać wielkie czyny człowieka i truchleć wobec jego obłędu. Byli moimi najbardziej usłużnymi przyjaciółmi, animatorami mego powołania; dzięki ich książkom odkryłem, że nadzieja nie ginie nawet w najgorszych okolicznościach i że warto jest żyć, choćby dlatego, że gdybyśmy nie żyli, nie bylibyśmy w stanie czytać ani roić opowieści.

Czasem zadawałem sobie pytanie, czy w takich krajach jak mój, gdzie tak mało jest czytelników a tak wielu biedaków i analfabetów, tak wiele nieprawości, gdzie kultura jest przywilejem tak niewielu, pisanie nie jest czasem samolubnym luksusem. Ale te wątpliwości nigdy nie zdusiły we mnie powołania i pisałem zawsze, nawet wtedy, gdy niemal cały swój czas musiałem poświęcać na pracę zarobkową. I chyba dobrze postępowałem, bo jeśliby warunkiem rozkwitu literatury w społeczeństwie były wysoki poziom jego kultury, wolność, dobrobyt i sprawiedliwość, to nigdy by nie zaistniała. Przeciwnie, to dzięki literaturze, sumieniom, które budziła, pragnieniom i marzeniom, które rodziła, rozczarowaniu, po którym wracamy z podróży do rzeczywistości do pięknego zmyślenia, cywilizacja jest dziś mniej okrutna niż wówczas, gdy pierwsi bajarze uczłowieczali życie swoimi opowieściami.

***

Bylibyśmy gorsi, niż jesteśmy, bez dobrych książek, które czytamy. Bylibyśmy większymi konformistami, mniej niespokojni i mniej niepokorni, a duch krytyki, napęd postępu, w ogóle by nie istniał. Podobnie jak pisanie, także czytanie jest formą protestu przeciw niedostatkom życia. Ten, kto w fikcji szuka tego, czego mu brak, mówi, bez wypowiadania tego głośno, a nawet może tego nie wiedząc, że życie takie, jakim jest, nie wystarcza, by zaspokoić nasze pragnienie absolutu, tej podstawy ludzkiej kondycji; że powinno być lepsze. Wymyślamy fikcje, żeby móc przeżyć tych wiele żywotów, które chcielibyśmy mieć, choć mamy zaledwie ten jeden jedyny.

Bez fikcji bylibyśmy mniej świadomi, jak ważna jest wolność, żeby życie dało się żyć, i jakim się staje piekłem, gdy wolność dławi tyran, ideologia czy religia. Kto wątpi, że literatura nie tylko pozwala nam śnić o pięknie i szczęściu, ale i przestrzega nas przed wszelkim uciskiem, niech spyta, czemu wszystkie reżimy, które usiłują kontrolować ludzie życie od kolebki po grób, tak się jej boją, że ustanawiają cenzurę, by ją zdławić, i śledzą podejrzliwie niezależnych pisarzy. Czynią tak, bo wiedzą, jak niebezpieczne są wycieczki wyobraźni w książki, jak groźne stają się fikcje, gdy czytelnicy zestawiają wolność, która je rodzi i która się w nich realizuje, z obskurantyzmem i strachem czyhającymi na nich w prawdziwym życiu.

Wymyślający historie opowiadacze zawsze, choćby o tym wiedzieli lub nie, choćby tego chcieli lub nie, sieją niezadowolenie, pokazują, że świat jest kiepsko urządzony, że życie w fantazji jest bogatsze niż codzienny znój. To ta świadomość i wrażliwość, gdy zapuszczą korzenie, sprawiają, że ludzie nie dają sobą łatwo manipulować i nie przyjmują łgarstwa, które głosi, że za kratami i w towarzystwie inkwizytorów i strażników żyje im się bezpieczniej i lepiej.

Dobra literatura przerzuca mosty między różnymi ludami i ludźmi. Budząc rozkosz, cierpienie czy zdumienie, łączy nas ponad dzielącymi nas językami, wierzeniami, przyzwyczajeniami, obyczajami i przesądami. Kiedy biały wieloryb grzebie kapitana Ahaba w odmętach, serce czytelnika w Tokio, Limie czy Timbuktu zamiera tak samo. Gdy pani Bovary połyka arszenik, Anna Karenina rzuca się pod pociąg, a Julian Sorel wstępuje na szafot, gdy widzimy, że wszyscy mieszkańcy wioski Comala w książce "Pedro Páramo" nie żyją, tak samo wstrząśnięty jest wyznawca Chrystusa, Buddy, Konfucjusza, Allacha czy ateusz; czy nosi marynarkę i krawat, burnus, kimono czy szarawary. Literatura rodzi braterstwo i przyćmiewa granice, które między mężczyznami i kobietami wytyczają niewiedza, ideologie, religie, języki i zwykła głupota.

***

Od dziecka marzyłem, by pewnego dnia stanąć w Paryżu, bo olśniony francuską literaturą wierzyłem, że mieszkając tam i oddychając powietrzem, którym oddychali Balzak, Stendhal, Baudelaire, Proust, stanę się prawdziwym pisarzem; że jeśli nie wyjadę z Peru, będę tylko pisarzem niedzielnym. I rzeczywiście, Francji i jej kulturze zawdzięczam niezapomnianą naukę, że literatura jest tyleż powołaniem, co dyscypliną, pracą i uporem. Mieszkałem tam, gdy żyli jeszcze i pisali Sartre i Camus, w czasach Ciorana, Becketta, Bataille'a, teatru Brechta, kina Bergmana, inscenizacji Jeana Vilara i Odeonu Jeana Louis Barrault, Nowej Fali i Nouveau Roman, mów i przecudnych dzieł André Malraux, a także być może największych teatralnych przedstawień ówczesnej Europy - konferencji prasowych i olimpijskich gromów gen. de Gaulle'a"
TEKST ZA

POWRÓT