niedziela, 4 lutego 2018

Cholernie Prosta Sprawa

czyli

Wszystkie nasze mroczne...

/Fragmenty/



Stoisz w sklepie w kolejce do kasy, lustrujesz puszki z zielonym groszkiem, czekoladopodobne czekolady, piwo z bydlęcej żółci i spirytusu, znudzony oceniasz cycki młodej laski przed tobą, opakowania gum do żucia i paczki kondomów o różnych smakach, jedziesz tramwajem, autobusem, pociągiem czy samochodem i zupełnie niespodziewanie zalewa cię wodospad wspomnień, obrazów i myśli o które byś się nie podejrzewał. A to to, a to tamto, rozumiesz. Fontanna wczoraj, dziś a nawet jutro, budowanego z tych dziś i wczoraj. Kiedyś siedziałem na kiblu patrząc tępo w ścianę z kafelków w kolorze brudnego indyjskiego różu Hari Krishna, Hari Krishna i raptem przypomniał mi się Kundera a właściwie nie Kundera tylko Nieznośna Lekkość Bytu. Boże ty mój jedyny to jest styl! Ale Nobla dali Seifertowi, nie jemu. Polityka. Nie tylko Nobla mu nie dali, próbowali zrobić z niego agenta STB, że niby kapuś. No i skąd mi ten Kundera do głowy raptem w kiblu? Hari Krishna, Hari Krishna to tak, to rozumiem: kafelki w kolorze brudnego indyjskiego różu.


(...) Tak... takie wspominki mógłbym snuć do usranej śmierci... Wlecze się za mną to gówno peerelu jak niewidzialna pępowina która mnie łączy bardziej z wczoraj niż z tudej. Jasne, trzeba z żywymi naprzód ale nie każdemu się ta sztuka udaje, panie ładny. Mnie się nie udaje, zawsze jakieś coś mi przypomni albo po grani, po grani, naznaczeni, potępieni i sprzedani albo ten jego tekst z Kasandry, że są ludy co dojrzały do śmierci z rąk ludów niedojrzałych do życia... Jezu nazareński, jak to się stało że Jacek wydał Tunel akurat w Tower Press? Nie wiedział że Edwin Myszk był agentem? Kaczmarski wydający swoje teksty u esbeka, czy to nie rechot losu? Mówią że to dlatego, że się kolegował z Antkiem Pawlakiem który wtedy pracował u Myszka a poza tym ten jego rak przełyku, wiara czyni cuda a oni poza książkami handlowali vilcacorą, za niezłą kasę wciskając ludziom kit że zioło uzdrawia jak sam Jezus a wiadomo że człowiek w obliczu śmierci uwierzy nawet w leczniczą moc psiego gówna, nie? Kaczmarski u Myszka... A kto wtedy na sto procent wiedział who is who? To nasz, pewny człowiek. He he, nasz, nasz. Albo ichni.

- No jak leziesz? No jak leziesz krowo przeklęta? krzyczy do baby idącej środkiem szosy z wiklinowym koszem pełnym jagód i kurek a baba idąca środkiem szosy z wiklinowym koszem pełnym jagód i kurek, pokazuje mu wyprostowany ku niebu tłusty środkowy palec. Skręcając na drogę do jeziora połyskującego hen daleko na horyzoncie, zanucił naznaczeni potępieni i sprzedani i przypomniał sobie że gdzieś czytał że w grudniu rozkaz użycia broni osobiście wydał Gomułka. Może i Gomułka, przecież ten bezmózgi trep kazał ludzi wieszać za papier toaletowy w pasztetowej, w aferze mięsnej powiesił Wawrzeckiego, ojca tego aktora więc za bunt tym bardziej mógł to zrobić ale w tle jak cień Drakuli zawsze czaił się Jaruzel, najwierniejszy janczar Kremla. Bo przecież ktoś wydał ten rozkaz przesunięcia czołgów przed wejście do Stoczni w Gdyni. I to nie był cywil. Inaczej nie mieliby jak zmasakrować idących do pracy na wezwanie Kociołka, nie? Ano tak. Jak Kociołek w wtedy? Na pytanie co robić, odpowiedź może być tylko jedna: powrócić do pracy od jutra, od zaraz. Słuchałem tego, oni też, uwierzyli i poszli po śmierć. Jak powiedział ten bydlak Kliszko? Z kontrrewolucją się nie rozmawia, do kontrrewolucji się strzela i jeżeli zginie nawet 300 robotników, to bunt zostanie zdławiony. No i rozstrzelali tłum walący do roboty, rozstrzelali wagony kolejki pełne stoczniowców. Czy umierający towarzysze Kliszko i Jaruzelski przyjęli do serc Jezuska? Przyjęli. Czy obmyli się z krwi niewinnych i teraz stoją w białych szatach po prawicy Pana brzdąkając mu na luteńce? Blowing in the wind. I KUL. Jaruzel wspominał że odwiedził azjatycką Rosję jadąc na grób ojca-zesłańca. Zajeżdża, szuka tu, szuka tam, w końcu znalazł mogiłkę porośniętą trawami, no to zwrócił się do Breżniewa z prośbą o pozwolenie na postawienie nagrobka. Zwrócił się z prośbą do samego Breżniewa, kumasz? Ja bym z tym poszedł do kamieniarza a ten lizał walonki genseka. Noż kim trzeba być, jakim człowiekiem? No dobra, potem podumamy nad imperium zła jak by powiedział Ronald. Muszę coś wtrząchnąć, jakieś flaczki czy bigos, bo się porzygam od papierochów i kawy. Kołduny? Kołduny byłyby ekstra. Albo gryczana ze skwarkami, wieki nie jadłem tylko furt na okrągło te prasowane pod ciśnieniem odpadki z KFC. Zaraz zaraz, gdzieś tutaj powinien być ten taki zajazd, pamiętam że... O a to przypadkiem nie toto?



Zwolnił. Czekajczekajczekaj... jot molka? Jotmolka, jotmolka... Noż, chyba nie Janusz Molka? A co on niby miałby tutaj robić? Zaszył się na Warmii żeby zniknąć ludziom z oczu? A czemu nie, tylu czerwonych zaszyło się w Ameryce czy Australii i teraz robią za emigrantów-patriotów. Jotmolka... Ten wywiad kiedy cieciował na jakimś parkingu, wysportowany, w okularach, dresy, adidasy. Od osiemdziesiątego któregoś pracował dla esbecji jako C-15, Romkowski, Majewski, Nowak. Człowiek Renesansu nie? Cenckiewicz opisał go w czymś-tam. Podobno studiował z Olkiem Hallem. Jotmolka... Ilu zaufało bydlakowi a on ich zakapował? Sam bym przez niego wpadł kiedy przysłała go do mnie Joanna Wojciechowicz, jak wcześniej Adamowicza i Sosnowskiego albo tego pacana Janka, podobno działacza Karty 77. Pepik ukrywał się u nas, potem u Haliny w Brzeźnie. Z nudów nadmuchał jej córkę. Boże, co to był za idiota! No żeby dzwonić z mieszkania Joanny do mamusi w czeskiej Pradze? Wypieprzyła go, to ze skowytem przyszedł do mnie. Pomogła Ania Walentynowicz i palant cichaczem przeskoczył Bałtyk...


(...) Ten szef wydawnictwa z Krakowa wysmarkiwał się w mankiet staremu Zielińskiemu, że lala swoje grafomańskie felietony złożyła właśnie u niego - No i powiedz mi stary, co ja mam teraz z tym jej szajsem zrobić? A co mogłeś chłopie zrobić? Nic. Wydrukował, choć recenzenci dawali tekstom mniej niż zero. I tak to działało... Chwaląc sobie obcych bogów, baba przez lata żyła dostatnio we wronim związku literatów a jak wyniuchała smakowitą woń kumysu pierestrojki wionącą od stepów, migiem przeflancowała się do zarządu głównego stowarzyszenia pisarzy. Cholernie ciekawe, dlaczego w SPP nikt nie oponował? Nowakowski, Konwicki i cała reszta, przecież polityczni twardziele.

(...) A Kałużyński? Bredził jak Piekarski na mękach, że on nigdy nie uwierzył, tylko starał się funkcjonować w systemie. Starałeś się funkcjonować w systemie? A co to według ciebie znaczy funkcjonować w systemie? Donosić na przyjaciół, sąsiadów, matki, żony i kochanki? Niszczyć ludziom ich literaturę, filmy, obrazy i rzeźby niezgodne z jedynie słuszną linią partii? Adama Pawlikowskiego nie mogli zmusić do współpracy, to zmusili do zeznań na procesie Szpotańskiego. Popiół i Diament, on i Cybulski w tej scenie z płonącym spirytusem... Do sądu dostarczyli go wprost z wariatkowa. Nie znał linii obrony Szpota ale przecież mówił tylko to, co było tajemnicą poliszynela. Wystarczyło, żeby ubecja rozpuściła plotki że jest ich człowiekiem, stary numer. Stary ale skuteczny. Nie wytrzymał, rzucił się z ósmego piętra. Mówią że i tak by się rzucił bo był kopnięty. Kopnięty... Co znaczy kopnięty? A co znaczy funkcjonować w systemie? Cholera, co za wyrwa!

Wyminął dziurę wielkości żubra. Drogi kurwa budują a nie ma dokąd iść. Funkcjonować w systemie... A gdzie imperatyw kategoryczny, mendo? Gdzie niebo gwiaździste nad wami, gdzie w was prawo moralne? Byliście gorsi niż rak. Rak też chce funkcjonować, dlatego niszczy ludziom życie, skazuje na cierpienia a na koniec zabija, ale on walczy o przetrwanie, nie o ideologię, władzę czy kasę wy skurwysyny. Ileż tego draństwa było... Kuśniewicz, Lovell, Szczypiorski, Piwowski, Koźniewski, Brycht, Sadkowski, Minkowski, Isakiewicz, Borowski, Micewski. I jeszcze Drawicz, Gaworski, Kabatc, Damięcki, Gisges, Toeplitz, Wittlin, Strumff, Worcell, Białowąs... jasna cholera, można tak bez końca, bo co dzionek wstanie, to nowych zdrajców ukaże. Byli jak góra lodowa, jedna siódma na powierzchni a reszta... Jak Worcell kapował na Wojaczka? Że jego sprawa jest kłopotliwa bo zachowuje się po chuligańsku, jest pijakiem i po pijanemu kaleczy ludzi rzucając w nich szklankami. Noż bajka! A Szymborska? Jak ta chluba polskiej literatury pisała po śmierci Józefa Wissarionowicza? Jaki ten dzień rozkaz przekazuje nam na sztandarach rewolucji profil czwarty? Pod sztandarem rewolucji wzmacniać warty! Pewnie żałowała, że to nie ona wymyśliła ten tekst o ustach słodszych od malin. Tak, cholera, tak to działało i dalej tak działa. Kochany... a kiedy to tak nie działało, w jakiej epoce?

(…) W pobliskim kościele carillon wydzwonił piątą. Obudził się i słucha ciszy zadowolony, że w budynku jeszcze nikt nie kaszle, nie kłóci się, nie wyprowadza cholernych wiecznie skowyczących psów i że gwar ulicy nie rozjeżdża mu głowy a boli jak cholera kiedy tak leży na przemian pocąc się i trzęsąc z zimna. Lęki poranne, myśli. Grochowiak, Lęki Poranne. Dobrze pamięta ten dramat zaliczony do Złotej Setki Teatru Telewizji. Geniusz Grochowiaka, Zygadły i Wilhelmiego. Pamięta mieszkanie: stół na kozłach z nieheblowanych desek, dzieciaki w lnianych giezłach, kaszanka i flacha wódy jak w ruskich filmach. Jak leciało to cudeńko? Ledwie wyszepta wiatr i przez okiennice, topolich puszków wietlisty różaniec. Wietlisty różaniec. Wietlisty róża... cudeńko! A ten z Burnsem, ten że czegoś tam nie było? Czego nie było? Aaa, lata nie było! Nie było lata. Jesień szła od wiosny, jak ziąb - od wody, jak od dzwonu kręgi. Dnia piętnastego Burns pozbierał wiosła, zaszedł nad morze, zawrócił do karczmy... Ojezu, jak ja bym teraz zawrócił do karczmy! Dnia piętnastego Burns pozbierał wiosła. Piękne, pięk-ne... Kto dziś tak pisze? Nikt! Herbert tak pisał, może jeszcze Kornhauser. Zaraz zaraz, Kornhauser? A dziad żyje? Z Grześkiem Leśniakiem czytaliśmy jego wiersze. I Bursy. W którym to było? W siedemdziesiątym którymś. Gdzie ten jego tomik? Na trzeciej od góry, obok Czerniawskiego? Tam. No to kto jeszcze dzisiaj tak pisze? Barańczak, Zagajewski? A na emigracji? Czerniawski, Taborski i Wirpsza. A Wirpsza i Taborski żyją czy pagibli, bo Czerniawski żyje. Jezu, cholerna głowa! No to kto jeszcze? Nie ma żadnego jeszcze, reszta to nie poeci, to wicechuje jak mówił Iredyński. Grochowiak... A zaś w kobiecie co wnosiła dzbany, Burns odkrył tylko grubą dolną wargę. Grochowiak wielkim poetą był. Nie to co Świtaj albo ta stara rura, co od lat rządzi redakcją stalową łapą układów. Uchowała się przy każdym reżimie i uchowa przy kolejnych, spokojna twoja. A ta młoda broszka, no ta jak jej tam? I tak do literatury nie wejdzie, chyba że się będzie rżnąć z kim trzeba albo ma ukochanego tate w jakiejś sodalicji jak ten pedał w cylindrze, Derkacz, nooooo, to wtedy na pewno tak.
W plecy wcisnęły mu się Kolana Klary.
- Matko, posunęłaby się trochę... Zaraz zaraz, jak Hłasko napisał? Była tam jedna dziewczyna, której nazwiska nie mogę sobie przypomnieć; pamiętam tylko, że była ładna wyjątkowo. Pewnego dnia odczytała nam fragment swojej prozy; była to opowieść o funkcjonariuszach bezpieki. To wszystko co pamiętam z tego zjazdu; było tam wielu commies, ale nawet oni zachowywali pełne żenady milczenie, a ja patrząc na śliczną buzię czytającej myślałem sobie - Dlaczego ona nie może zostać po prostu dziwką? Dlaczego musi jeszcze pisać? Miał poczucie humoru! I nie napisał tego na potrzeby Pięknych Dwudziestoletnich, z życia był, jego prywatnego życia, jak łóżko w którym go Putrament wydymał na szczyty, no ale tak patrząc z dziś to pisał socreale jak ta lala. Bo on jeden! A Kwadratowe albo Biniek Kwiaciarz Marka z 1958? Potem zrobili z tego film. Maklak, Nowicki, Himilsbach. Soczysty socreal. Konwicki na początku też nie gardził, bo wtedy żeby zaistnieć trzeba było pisać jak nie po linii, to przynajmniej nie krytykować. Ruki pa szwam. Śledziłem w telewizorze wszystko, co o Konwickim pieprzyli rozmaici. Wśród nich wielu którzy przypisywali sobie zaszczyt bycia bardzo dobrymi znajomymi, najlepszymi kolegami albo jego odwiecznymi przyjaciółmi. Wiadomo że jak wykorkuje jakiś wielki człowiek, ilość jego totumfackich rośnie w postępie geometrycznym. Niech im. Rozmaici co jakiś czas ukazywali na monitorach powleczone bagienną żałobą lica. Nie, nie płakali, choć powinni. Jeden wspomniał, że Konwicki wielki socrealista był. Był, powiada, u początku. Drugi, że u początku to Konwicki strzelał do komunistów. Z karabinu. Trzeci kiwał głową z niedowierzaniem, że jeszcze żyje a Tadek... Socreal... I co tu wbijać szpile Hłasce? Facet miał w sobie niezmierzone pokłady pokory, stanowię produkt czasu wojny, głodu i terroru. Stąd bierze się nędza intelektualna moich opowiadań. Ja po prostu nie potrafię wymyślić opowiadania, które nie kończyłoby się śmiercią, katastrofą, samobójstwem czy też więzieniem. Nie ma w tym żadnej pozy na silnego człowieka, o co posądzają mnie niektórzy. Naprzypisywali chłopakowi wszystkiego, że grafoman z gatunku nie matura lecz chęć szczera, oprych, alkoholik, bandyta, beztalencie, pedał, szpaner i podjebowszczyk. I że zabił Komedę. Zabił? Jak: zabił? Porąbało ich? (…)

Mija wędrowne prostytutki; na widok samochodu unoszą bluzki pod brody
- Dla ciebie, miły! Macha im życzliwie
- Owocnej pracy, panienki!
Śmiejąc się serdecznie, farbowana blondyna zadziera mini. Bułgarki, Rumunki albo nasze. Sądząc po cerze, nie nasze. Ta chuda miała fajne cycki. A propos cycków, że też matka Maxa Broda nie zadusiła go cyckiem w kołysce, nim dorósł i zmasakrował ducha prozy Kafki! Na wieki wcisnął wszystkim rzekomo czarne przesłanie literatury Franca, że tam nic, jeno płacz a zgrzytanie zębów. A skoro tak, to co zrobić z tym opisem, że po przeczytaniu pierwszego rozdziału Procesu introwertyczny ponurak Franz tak z kumplami ryczał ze śmiechu, że nie mógł dalej czytać? No i co wy na to? Kafkaesk to nazwali... Jezu, Max Brod! Co za pokrętna czarna dusza! Sprzedał swoje schizofreniczne wizje jako wizje nieśmiałego lecz przecież wesołego gentlemana ze Zlatej Prahy. Chciał zaistnieć w blasku? Głoszą, że gdyby nie on, to cała literatura Kafki poszłaby z dymem i świat nie dowiedziałby się o jego twórczości. Chcielibyście, patafiany! Od 1913 napisał i opublikował osiem genialnych opowiadań. A potem Zamek, Proces i Ameryka. Że ich nie opublikował? Nie opublikował bo umarł, kmiotki! Na ostatniej stronie Dziennika napisał Ale ponad tym wszystkim jestem jeszcze ja sam, który teraz odłożyłem pióro, aby otworzyć okno, może najlepszą siłą pomocniczą moich agresorów. Mianowicie nie doceniam siebie, a to oznacza już przecenianie innych, ale ja przeceniam ich jeszcze ponadto. I co wy wiecie o pisaniu, ciule... Po publikacji Wyroku zrozumiał że osiągnął przełom, że można zaryzykować wszystko a każdy, nawet najdziwniejszy pomysł, w każdej chwili da się rzucić w wielki ogień, w którym ginie i znów się odradza. Z Żydów o pisaniu wiedzieli Singer, Kafka, Kästner, Korczak, Schulz, Canetti, Roth i setki innych, więc niby dlaczego jakiś tam nieważny Brod miał cokolwiek kończyć za niego? Franz pisał do końca. Teraz odłożyłem pióro. Że Der Enge Prager Kreis? To niczego nie tłumaczy, gołąbki. Że Jesenská albo Diamant? I jak najbardziej ale Brod nie dorastał mu do pejsów, za to w kieszeni tużurka introwertycznego introwertyka miał tajemny przepis באָבע wypij krew kogoś znacznego a będziesz coś znaczyć. Filozofia dobra dla Papuasów żrących mózgi najdzielniejszych wrogów, za co złe Mzimu zabiera ich tam, gdzie po śmierci idą źli Murzyni. I nie tylko Murzyni. Egzystencjalistami byli? A ja jestem lelek kozodój. Kafkaesk... Pieprzenie! O, zajazd, kupię fajki I mineralną.

Przed oberżą kilkanaście aut na niemieckich rejestracjach, w ogródku spoceni, rozwrzeszczani Übermensche, bez bojaźni i drżenia przy golonkach i spienionych kuflach. Przyspieszył a wtedy tkwiący w nim üntermensch zanucił



Wspomniał film Kabaret, ogródek piwny i młodzianka z Hitlerjugend śpiewającego Tomorrow Belongs To Me. Pomyślał, że tamten staruszek zmiętoszony nad kufelkiem wiedział do czego zmierza i czym się zakończy ichnie Tomorrow. On jeden wiedział. A pieprzyć to! Ma wizję Haydna przy fortepianie ze swastyką oplatającą mu ramię niczym Wąż Edenu. Roześmiał się z zażenowaniem. Boże, noż co za durnota we mnie siedzi? Odbija ci, lecz się, stary! Zrobiłeś się zgorzkniały i jak tak dalej pójdzie, zostaniesz antysemitą, rasistą, łysym uczestnikiem partaitagów White Power. Lecz się. Haydn? Ach, ta jego Stabat Mater albo Msza G-dur, no ale dla mnie i tak tylko Händel. Händel jest über alles.

Rozśpiewał się Ombra mai fu... Di vegetabile, Cara ed amabile... Soaaaaave piùùù... Fiu-fiu... fiu-fiu fiu-fiu... Kilometr dalej, pod topolą obłupaną z kory, drewniane krzyże, wypalone znicze, wyschnięte bukiety. Od morza po góry ogólnopolska pielgrzymka śmierci. Brzmi jak tytuł powieści. Ale co się dziwić, za kierownicami pijani policjanci, posłowie, prokuratorzy, senatorowie, sędziowie, księża, wójtowie, biznesmeni, furmani, traktorzyści, kombajniści, dziwki pijane z pijanymi alfonsami, pijani chłopi, nachlane gospodynie domowe. Każdego roku znika nam całkiem spore powiatowe miasto. Chwila nieuwagi i RIP! (...)

Copyright © HomeEdition Sławomir Majewski