Wizyty

wtorek, 18 grudnia 2018

Rubikon


Ongi tłumaczył siebie ze wszystkich popełnionych zarzutów na język zrozumiały tylko dla kurzu i ciszy a teraz zagarniał pyliste wspomnienia węsząc przewidywany chłód. Zaiste, przekroczył Rubikon samotności albowiem między cedrową powałą a mahoniowymi drzwiami gadał do parującej retorty.


- O! krzyknął we wtorek na widok iskry słońca opadającej na kopuły złotoblachej cerkwi a schludne - No! w piątek spleśniałej gomułce koziego sera i podreptał w kierunku urynału by podzielić się ze strumykami, rzekami, morzami i wszechoceanami esencjonalną esencją libido wytryśniętego siebie.
- Ego te egsorciso, szeplenił do muszli szumiącej wspomnieniami. Ileś-tam kroków w przód, ileś w tył areną pożeranego przez lwy samotności chrześcijanina przestrzeni gotowych do ewangelizowania.
Pochylony nad smażonym wężem kaszanki z krwi baranka i jagieł, westchnieniem zapytał krucyfiks - Jak powiedziałeś? Ach tak, bierzcie i jedzcie...Vale victis.
Kiedyś w Padwie upił się z kobietą równie samotną jak on i położył się z nią do łóżka, najpierw tylko rozmawiali a potem tylko spali. Za oknem gwiazdy, świerszcze i noc, jutro weźmie nowe zwoje? Zacznie od początku?
Skrzętnie rozkłada w pamięci ostrakony pamięci wklejone między bizantyńskie mozaiki. W innym śnie wyczuwał zapachy heliotropów, prawoślazu i mdlącą woń śmiercionośnej datury. Pochylony nad rozpaczliwie krzyczącym człowiekiem mandragory pytał - A czegóż to labiedzisz malcze? i rozcierając wonności opuszkami pamięci, wzruszał się starczo widząc rdzawe kości butwiejące pod murem Konstantynopola, gdzie lisy u pospołu ucztowały z krukami *
Jajo filozoficzne kryjące siarkowy posmak alembiku Johannesa z Brugii i zaklęcia na Trismegistosa nasunęły mu mgłę wspomnień panny o turkusowych oczach i koralu ust wtedy, tam, gdy straże okrzyknęły świtanie i zazgrzytał most, uniknął pchnięcia nożem w zaułku, gondola, peleryna, maska, krew wirująca wirując wycisnęła czas.
Kasza i skwarki, piersi i perły, oczy i kości, siarka i raj, zapłakał bezgłośnie. Tej nocy ryby z pochodniami w pyskach płynęły przez jego komnatę. Ryby? Może nie ryby, może smoki. Płynęły ławicą gdy ją kochałem i czekałem i wszystko minione obróciło się za mną w popiół, tak jakbym nigdy przedtem nie kochał i nie czekał *
Myślał o śnie czekającym go we śnie, bo wierzył niezachwianie że sny są myślami Boga, ciało zanurzone traci a kąt padania się równa. Kto mi się śni, syn perły i półksiężyca? Po nim już nigdy zamki za pionki, pionki za miasta. Czy to spojrzenia jej oczu pojmały mnie, gdyż oczy te były mi dobrze znane, tak jakbym widział je już kiedyś we śnie. Brązowa otwartość tych oczu spaliła wszystko czcze i codzienne na popiół *
Jak odręczne didaskalia Boecjusza w zapachu płonącej świecy nieomylnie rozpoznaje drobiny zamglonego wczoraj. Spoglądając pryzmatem pamięci na wierzchołki dawno ściętych cyprysów, starczą dłonią gładzi pergaminy, lepka ślina wzruszeń raduje go jak bezgłośna radość starego psa.
- O Beatrycze... Rdzawe kości pod murami Konstantynopola. Ujrzałem cię pierwszy raz i przemówiłem do ciebie. Było to tak, jakby przeszło przeze mnie trzęsienie ziemi. W głębi mej duszy przewróciło się wszystko, czeluście mego serca otwarły się i nie poznawałem już swej własnej natury... * Akwedukty słów, daktyle strof, plamy po winie złudzeń, kratery płynnych wersów a teraz? Łupiny myśli bezgłośnie pękając sieją myśli. Wstaje ciągnąc za sobą kapcie jak oporne kanapowe pieski. Starość nie radość, myśli wsuwając ptasie dłonie między pergaminy na półkach, tasując autorów, tytuły, chropowatość grzbietów, zapachy świec płonących wczoraj.
Znajduje wczoraj, odchodzi, siada skrzypiąc, oddycha świstem astmatyka.
- Jeszcze jedna chwila życia a umrę. Słowa warte śmierci niewartej słowa. Cóż, zacznijmy od początku, powiedział do myszy na parapecie. 

Sławomir Majewski 

/Fragment/

* Mika Waltari, Mroczny Anioł